01.05.2026 – 08.05.2026
Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne
OPIS PODRÓŻY
01.05.2026 r.
Wyjazd na Wyspy Owcze zaczęliśmy bardzo wcześnie, bo o 2:00 w nocy. Wylot liniami SAS z Gdańska mieliśmy o 6:00 (lot nr SK 1758). Już o 6:55 byliśmy w Kopenhadze i szybko, można powiedzieć „owczym pędem”, ruszyliśmy do bramki na kolejny lot SAS-em o 7:50 (lot SK 1779) do Vágar, gdzie znajduje się jedyne lotnisko na Wyspach Owczych. Bez problemów, do celu dotarliśmy około 9:00. Po odebraniu bagaży kupiliśmy starter FøroyaTele (197 DKK, za 7GB danych i 50 DKK na rozmowy i SMS-y na 14 dni) i poszliśmy odebrać samochód.

W wypożyczalni Come North mieliśmy zarezerwowanego SUV-a. Bez zbytnich procedur, ale za to z dużą ilością żartów, odebraliśmy Nissana Qashqai. Wesoły Eddie załatwił formalności, które polegały na dokupieniu lokalnego ubezpieczenia, opłaty lotniskowej i opłaty za tunele w wysokości 900 DKK (szczegóły w informacjach praktycznych). Wyruszyliśmy do stolicy Wysp Owczych, czyli Torshavn, do której mieliśmy około 45 minut jazdy. Po drodze, na stacji benzynowej kupiliśmy bajgle z różnymi dodatkami (58 DKK za szt.).

Torshavn – Zaparkowaliśmy na dużym parkingu Parkeringsøkið á Skálatrøð przy przystani jachtowej i udaliśmy się na zwiedzenie stolicy, która liczy sobie zaledwie nieco ponad 14 tys. mieszkańców i jest cichym, prowincjonalnym, ale bardzo sympatycznym miasteczkiem o dość jednolitej, niewysokiej zabudowie. Spacer zaczęliśmy od starówki Á Reyni oraz przylegającej do niej dzielnicy rządowej Tinganes. Znaczna część budynków w tym rejonie jest drewniana, kryta darnią, czyli warstwą ziemi, porośniętą trawą i pochodzi z XVI-XVII w. Dość oryginalny widok, zważywszy, że to stolica :-)

Przeszliśmy na drugą stronę i udaliśmy się w kierunku twierdzy z latarnią na szczycie. Po drodze, przy nabrzeżu promowym mieliśmy doskonały widok na farerską dzielnicę rządową, która wyrosła w miejscu parlamentu, urzędującego nieprzerwanie od 825 r. Tu trzeba dodać, że Wyspy Owcze to Faroe Islands, mieszkańców nazywa się Farerczykami, a wszystko co ma związek z Wyspami jest zwane fareskim, jak choćby używany tu język , czy też waluta – korona farerska.

Potem weszliśmy na twierdzę Skansin, która od 1580 r. broni portu w Torshavn. Na wzgórzu prócz fortyfikacji stoi kamienny budynek pokryty darnią, kilka armat i charakterystyczna, biało-czerwona, mała latarnia morska. Największym atutem jest doskonała panorama stolicy. To stąd najlepiej widać jak kolorowa jest zabudowa Torshavn i jak niewielkie w rzeczywistości jest to miasto.

Tuż przy twierdzy zobaczyliśmy czynną restaurację – Angus Steakhouse, która od 11:30 do 15:00 serwuje lunch. Na wczesny obiad wybraliśmy steki (190g za 159 DKK i 250 g za 199 DKK) z sosem whisky, frytkami i lokalnym piwem Oyn Oy (0,4l 49 DKK, 0,5l 59 DKK). Obiad był naprawdę pyszny, a lokal sympatyczny (cały obiad 466 DKK). Najedzeni mogliśmy pójść na dalsze zwiedzanie.

Na początku miasto sprawiało wrażenie opuszczonego. W miarę zwiedzania, zaczęliśmy spotykać mieszkańców Torshavn. Poszliśmy na Starówkę, gdzie minęliśmy dużo klimatycznych, tradycyjnych domów w różnych kolorach, aż doszliśmy do białej katedry – zwanej Havnar kirkja, czyli Kościół Portowy. Stąd już było słychać odgłosy jakiejś imprezy, która odbywała się tuż za rogiem. Teoretycznie 1 maja na Wyspach Owczych to Wielki Dzień Modlitwy, ale kościół był zamknięty, a wiec miał zdecydowanie charakter świecki, sądząc po muzyce i okrzykach przypominających manifestację.

Minąwszy tłumek osób zebranych na placu, bo tłumem tego nazwać nie sposób, poszliśmy do Ratusza (Radhusid), który jest niskim budynkiem zbudowanym z szarego kamienia, istotnie różniącym się od reszty zabudowy miasta. Potem przeszliśmy różnymi uliczkami, aż do Viðarlundin, czyli miejskiego parku, który zarazem jest chyba największym skupiskiem drzew na całych Wyspach Owczych. Park przecina strumień, a spacer po nim jest bardzo przyjemny.

Gdy wracaliśmy z parku zadzwonił do nas Wesoły Eddie z wypożyczalni, który przez swoje roztargnienie, zapomniał pobrać od nas opłaty za wynajem samochodu… Na szczęście, dzięki jego koledze Polakowi z innej wypożyczalni, wytłumaczył nam jak dokonać płatności.

Strendur – Po zwiedzaniu pojechaliśmy wprost na nocleg w obiekcie „Budget Mobile House in Faroe Islands” w Strendur. Nie chcieliśmy wykorzystać darmowego przejazdu bardzo drogim tunelem Eysturoyartunnilin (szczegółowe informacje o płatnościach za tunele w informacjach praktycznych), więc zamiast 20 minut, mieliśmy godzinny (około 65 km) przejazd darmowymi drogami i mostem łączącym wyspę Streymoy z wyspą Eysturoy, na której stał nasz mieszkalny kontener.

Na miejscu zastaliśmy cztery białe kontenery. Nam przypadł kontener nr 4, który był schowany najgłębiej i zarazem osłonięty od wiatru, co doceniliśmy w kolejnych dniach. W skrzynce na klucze ustawiliśmy podany nam wcześniej kod, ale niestety nie zadziałał. Pomyśleliśmy, że albo podano nam zły kod, albo zły numer kontenera. Niestety szyfr nie pasował także do pozostałych trzech przyczep. Spróbowaliśmy zadzwonić na wskazany numer, ale nikt nie odebrał. W końcu okazało się, że kod jest dobry, a jedynie należy inaczej go ustawić. No cóż… Wiele razy korzystaliśmy z takich skrytek, ale pierwszy raz ktoś wpadł na pomysł, że na skrzynkę można patrzeć pod zupełnie innym kątem :-)

Wbrew naszym obawom, mieszkalny kontener okazał się bardzo wygodny i dobrze wyposażony. Do dyspozycji mieliśmy aż trzy sypialnie, w tym jedną z łóżkiem dwuosobowym i pryczą wiszącą ponad nim oraz dwie maleńkie sypialnie jednoosobowe, w których ulokowaliśmy nasze bagaże. Do tego była tu kuchnia z wszelkimi potrzebnymi sprzętami i stołem oraz całkiem duża łazienka z prysznicem i gorącą wodą.

Podczas gdy odpoczywaliśmy, ktoś oddzwonił z biura. Powiedzieliśmy, że sprawa jest nieaktualna, bo udało nam się dostać do klucza. Za chwilę mieliśmy drugi telefon, w którym poinformowano nas, że ktoś przyjedzie się z nami rozliczyć. Byliśmy zaskoczeni, ponieważ całą opłatę za pobyt pobrano już wcześniej. Zastanawialiśmy się cóż to za dodatkowe rozliczenie. Przez godzinę nikt się nie pojawił. Potem był kolejny telefon z pytaniem: „czy to Rebecca?”. W sumie to tak naprawdę nikt nie zapytał nas skąd dzwoniliśmy, więc była to zabawa w „głuchy telefon”, zważywszy, że korzystaliśmy z farerskiego numeru, a firma wynajmowała wiele lokali na Wyspach Owczych. Najwyraźniej to taka lokalna rozrywka :-)

02.05.2026 r.
Viðareiði – Na ten dzień zaplanowaliśmy zwiedzanie tak zwanych wysp północnych. Najpierw pojechaliśmy na najbardziej oddaloną wyspę Viðoy, na której znajduje się bardzo ciekawa miejscowość Viðareiði (około godziny jazdy, 55 km). Żeby się tam dostać, trzeba przejechać tunelem na wyspę Borðoy, minąć drugie co do wielkości miasto Klaksvík i groblą przejechać na Viðoy. Tunel jest jednym z czterech płatnych tuneli podmorskich, którego środkowa część jest kolorowo podświetlona.

Do Viðareiði podjechaliśmy od strony punktu widokowego, skąd rozciągają się przepiękne widoki na Enniberg, klif, który od strony lądu wygląda jak krater wulkanu oraz miejscowość u jego podnóża. Z drugiej strony otwiera się widok na ocean oraz mniejsze wysepki. Na tym punkcie widokowym mogliśmy po raz pierwszy odczuć bardzo surowy klimat Wysp, temperaturę kilku stopni i silny, zimny wiatr.

Dojechaliśmy do miejscowości, zaparkowaliśmy na niewielkim parkingu i poszliśmy w kierunku klifu. Nie zamierzaliśmy się na niego wspinać, choć jest to możliwe, a jedynie wejść powyżej Viðareiði, żeby z góry spojrzeć na wioskę. Po drodze widzieliśmy zaledwie trzy osoby, bo inaczej można byłoby uznać miejscowość za bezludną. Za to owiec było co niemiara, więc uznaliśmy, że nazwa Wyspy Owcze jest zasłużona. Schodząc z klifu i idąc do kościoła, musieliśmy przejść przez pastwisko. Jest to normalne na Faroe, że idzie się przez czyjąś posesję, ważne, aby nie zostawić otwartych bramek, którymi mogą uciec zwierzęta.

Po drodze widzieliśmy poszarpane wybrzeże, małe kaskady spływające strumieniami do oceanu oraz hodowle łososi w wielkich kręgach umieszczonych w wodzie i „doglądanych” z dużych kutrów. Dotarliśmy do protestanckiego kościółka, który był otwarty, dzięki czemu zobaczyliśmy, typowe, surowe wnętrze takiego przybytku. Z powrotem na wyspę Borðoy wróciliśmy wąską, widokową drogą, poprowadzoną po półce skalnej, wzdłuż fiordu.

Múli – Na Borðoy pojechaliśmy do opuszczonej osady, do której prowadzi wąska, częściowo asfaltowa, a częściowo szutrowa droga. Wioska składa się z kilku budynków, które nie są opuszczone, a jedynie niezamieszkane na stałe. Samochód zostawić należy na parkingu przed Múli. Idąc do wsi zobaczyliśmy świeżo urodzoną, jeszcze chwiejącą się na nogach owieczkę oraz wiele owiec różnej maści i wielkości.

Od malowniczo położonej osady wiedzie ścieżka do ciekawego wąwozu, czy może raczej rozpadliny skalnej, w której rozbijają się fale ciemnolazurowego oceanu. Po drodze zobaczyliśmy na zboczach kicające zające bielaki, które zmieniały swoje białe zimowe futro na szare, letnie, więc w tym momencie były w zasadzie łaciate :-) Co zabawne, w tej „opuszczonej” osadzie, zobaczyliśmy więcej osób niż w poprzedniej wsi.

Árnafjørður – W Árnafjørður spodziewaliśmy się ciekawego wodospadu Svartidalurfoss, a w rzeczywistości zobaczyliśmy dużo słabszą kaskadę niż strumień, który spływał ze zbocza w Múli. Za to sama miejscowość była malownicza, z kolorowymi domami i szeroką kamienistą plażą. Sądząc po stołach i ławkach, plaża jest miejscem rekreacyjnym.

Klaksvík – Na Wyspach Owczych jest niewiele restauracji, a do tego część z nich jest czynna dopiero późnym popołudniem, więc wybór lokali jest raczej niewielki. Trudno się więc dziwić, że w Klaksvík wybraliśmy Angus Steakhouse, czyli lokal bliźniaczy do lokalu w Torshavn. Tym razem na obiad zamówiliśmy grillowanego łososia farerskiego z frytkami i sosem berneńskim (164 DKK za porcję), a do tego bar sałatkowy, czyli możliwość skomponowania własnej miseczki warzyw z sosami (65 DKK) i wypiliśmy doskonałe piwo Slupp (69DKK za 0,5l i 59 DKK za 0,4l). Obiad był po prostu pyszny.

Trwał właśnie półmaraton, więc musieliśmy zaparkować nieco od restauracji i ominąć biegaczy, za to przeszliśmy wzdłuż ukwieconych klombów, pełnych tulipanów i hiacyntów. Kwiaty niby takie samek jak u nas, ale o wiele bardziej masywne. Zapewne są to odmiany, które są w stanie wytrzymać w klimacie Wysp Owczych. W trakcie obiadu mogliśmy obserwować zmagania sportowców. Po obiedzie poszliśmy do portu w Klaksvík, który nie jest zbyt urodziwy, za to atrakcyjnie położony. Do tego w porcie znajduje się browar Føroya Bjór, przy którym w małym sklepiku można zaopatrzyć się w kilkanaście gatunków lokalnych piw.

Kunoy – Wyspę Kunoy, trzecią wyspę północną, z Borðoy łączy grobla. Do samej miejscowości o tej samej nazwie prowadzi najdłuższy, bardzo wąski, nieoświetlony tunel Kunoyartunnilin o długości 3031 m, w którym jest tylko jeden pas i mijanki dla samochodów jadących z przeciwka. Po przejechaniu tunelu, tylko kilka kilometrów dzieliło nas od Kunoy. Zatrzymaliśmy się nieco za kościołem i chcieliśmy skorzystać z toalety, która gdzieś tu miała być.

Na wprost parkingu stał otworem dom, a w nim otwarta toaleta. Przekonani, że jest to toaleta publiczna, wpakowaliśmy się do łazienki w prywatnym domu. Jakież było zdziwienie zarówno właścicielki, która oczywiście nie miała nic przeciwko skorzystaniu z toalety, ale także nasze, gdy się dowiedzieliśmy, że to prywatny dom… No cóż… Uprzejmość Farerczyków nie zna granic :-)

Ruszyliśmy na spacer wokół Kunoy, która prócz tego, że sama w sobie jest bardzo ładną wsią, jest także położona malowniczo nad fiordem. Poszliśmy w stronę kilku domów na północnym skraju wsi, gdzie widzieliśmy jak przygotowywana jest darń na pokrycie dachów. Potem skręciliśmy w górę, żeby dojść do malowniczego wodospadu, a następnie drogą w kierunku lasu plantacyjnego. Minęliśmy chatę pasterską, przy której rozciągał się rozległy widok na wieś Kunoy w dole i wyspę Eysturoy w oddali.

Las plantacyjny Viðarlundin í Kunoy to sztucznie posadzony lasek, mający nieco ponad 100 lat i zaledwie 0,8 ha powierzchni. Centralnym punktem w lesie jest skała Eggjarsteinur, czyli „kamień jajo”, głaz o całkiem pokaźnym rozmiarze. Potem zeszliśmy do przystani portowej i wróciliśmy na parking.

03.05.2026 r.
Vestmanna – O 10:30 mieliśmy zarezerwowany rejs z miasteczka Vestmanna do klifów o tej samej nazwie (500 DKK od osoby). Do miasta dojechaliśmy szosą pomijającą płatny tunel, co wymagało jazdy około 1 h i niecałe 70 km. Zaparkowaliśmy przy Centrum Turystycznym, a że mieliśmy sporo czasu, zdążyliśmy wypić kawę (35 DKK kawa z ekspresu przelewowego).

Półtoragodzinny rejs wyruszył fjordem wzdłuż miasteczka. Vestmanna jest stosunkowo duża jak na fareskie standardy, ale niezbyt malownicza w porównaniu do innych miejscowości. Za to klify Vestmanna są majestatyczne, obfitują w wysokie skały, łuki skalne i kaskady spływające ze zboczy wprost to Oceanu Atlantyckiego. Do tego klify pozwalają na obserwację ptaków. Nam udało się zobaczyć fulmary, nurniki i w oddali maskonury. Chwilami padał deszcz, który doskonale obrazował klimat Wysp Owczych, na których dzień bez deszczu jest świętem :-)

Rejs nam się podobał. Zgłodnieliśmy. Na szczęście w Centrum Turystycznym działa restauracja, w której zjedliśmy dorsza przygotowanego na parze, z warzywami na ciepło, opiekanymi ziemniakami i sosem śmietanowym, do którego wypiliśmy po puszce 0,33 l piwa Gull (640 DKK za obiad dla dwóch osób).

Saksun – Drugą atrakcją tego dnia była miejscowość Saksun, oddalona o niecałą godzinę jazdy od Vestmanna, a konkretnie skansen i laguna. Dúvugarðar Saksun Heritage Farm to niewielkie muzeum prezentujące kilka budynków krytych darnią oraz tradycyjny, fareski dom. Farma prezentuje proste życie na Wyspach Owczych, a w domu sypialnię z łóżkami znajdującymi się wnękach, kuchnię oraz mniejsze pomieszczenia o różnym przeznaczeniu. Po wyjściu ze skansenu w przyczepie będącej kasą i mini kawiarnią, kupiliśmy kawę (25 DKK). Spod muzeum, można zejść jeszcze do ciekawego kościoła porośniętego trawą.

Przejechaliśmy na drugi parking w Saksun, skąd wiedzie 2,5 kilometrowy szlak do laguny pływowej Pollurin i dalej na czarną plażę nad oceanem. Pollurin to jezioro, które było dawniej zatoką morską, a Saksun portem. Po dużym sztormie, piach zablokował dostęp oceanu do laguny i obecnie tylko podczas przypływu wąski strumień zasila ją słoną wodą. Co ciekawe, nadal mogą tu wtedy wpłynąć małe łodzie.

My byliśmy podczas odpływu, więc szliśmy po wielkiej łasze ciemnego, szarego piachu, oglądając fulmary gnieżdżące się na skałach ponad przesmykiem. Nad samym oceanem świeciło słońce, więc ludzie wykorzystywali ten moment, aby poplażować na czarnym, skrzącym się piachu. Aż ciężko było zawrócić, bo zrobiło się nagle całkiem przyjemnie, wiosennie. Do samochodu wróciliśmy tą sama drogą.

04.05.2026 r.
Oyndarfjørður – Pierwszą połowę tego dnia postanowiliśmy spędzić na zwiedzaniu kilku małych miejscowości na wyspie Eysturoy, na której mieszkaliśmy. Rozpoczęliśmy od niewielkiego Oyndarfjørður, do którego prowadzi droga przez góry, by następnie serpentynami zjechać nad ocean. Na atrakcyjnym punkcie widokowym, z którego widać było całą zatokę, podeszło do nas stadko owiec. Nie jest to zwyczajna sytuacja, bo owce choć mają właścicieli, to żyją w stanie półdzikim i są bardzo nieufne.

Zjechaliśmy do Oyndarfjørður, zaparkowaliśmy na parkingu nieco ponad wsią i ruszyliśmy w krótki spacer wokół miejscowości. Pozwoliło to delektować się widokami z różnych perspektyw. Najbardziej charakterystycznym budynkiem jest biały kościół z trawiastym dachem, wyróżniający się pośród kolorowych drewnianych i kamiennych domów. Z Oyndarfjørður doskonale widać było niewielkie Hellurnar na przeciwnym brzegu zatoki.

Hellurnar – Przejechaliśmy do Hellurnar, z którego widać doskonale Oyndarfjørður. Wioska jest jeszcze mniejsza i położona wzdłuż zaledwie jednej ulicy i skalnej ściany. Tu również stoi biały kościół, jednakże ze zwyczajnym dachem. We wsi stoją kolejne kolorowe domy.

Norðragøta – Musieliśmy kawałek przejechać do kolejnej wsi, tym razem do Norðragøta. Znajduje się tu malownicza stara część z muzeum i charakterystycznymi, czarnymi domami z białą podmurówką i dachami pokrytymi darnią. Jest tu także kościół dokładnie w tym samym stylu z niewielką białą wieżyczką. Ta część wsi położona jest powyżej portu i jednocześnie przetwórni ryb, więc zwiedzaniu towarzyszy charakterystyczny i to wyraźny zapach ryb :-)

Leirvik – Miasteczko Leirvik okazało się nieco mniej atrakcyjne. W zasadzie poza portem i kolorowymi domami ustawionymi w szeregu, malowniczo prezentującymi się na tle gór, nie ma tu wiele do podziwiania.

Fuglafjørður – Miasto Fuglafjørður rozłożone jest malowniczo nad fiordem o tej samej nazwie. Miejscowość sama w sobie jest bardzo ładna, rozlokowana na zboczu góry. Najlepsze widoki są z portu w którym ustawiono metalowe rzeźby z rybami i jakimiś mitycznymi stworzeniami. Dodatkowo, na brzegu stoi stary, drewniany, mocno nadszarpnięty zębem czasu szkuner. W kilku miejscach w miasteczku zaobserwowaliśmy klomby z kolejnymi, masywnymi tulipanami i żonkilami.

Klaksvík – Jak pisaliśmy wcześniej, na Wyspach Owczych nie ma wyboru restauracji, więc chcąc nie chcąc pojechaliśmy do Klaksvík, do Angus Steakhouse. Nasz wybór dnia to żeberka wołowe BBQ z frytkami (189 DKK za dużą porcję), bar sałatkowy (65 DKK od osoby) oraz piwo Pilsner (0,4 l – 49 DKK, 0,5l; – 59 DKK). Jedzenie jak zwykle w Angusie doskonałe :-) Korzystając z tego, że jesteśmy ponownie w Klaksvík, odwiedziliśmy sklepik w browarze, żeby kupić mały zapas piwa ;-) Co zabawne, sprzedawca doskonale nas pamiętał z poprzedniej wizyty. Widać, niewielu tu „obcych” klientów.

Runavík – Do Runavík przyjechaliśmy nie po to, żeby zwiedzić miasteczko, lecz zaplanowaliśmy trekking wokół Jeziora Toftavatn. Zaparkowaliśmy przed Løkshøll i ścieżką przyrodniczą ruszyliśmy nad malownicze jezioro. Co ciekawe, miejsce to jest zupełnie inne i przypomina krajobrazy Islandii. Jezioro składa się z dwóch części: mniejszej i większej, przedzielonych groblą.

Poszliśmy wzdłuż mniejszej części, przy brzegu której wiedzie ścieżka. Obserwowaliśmy ptaki, które licznie żyją na jeziorze oraz w jego otoczeniu. Są to głównie mewy, gęsi zbożowe, czernice i inne mniejsze ptaszki. Zaplanowaliśmy obejście obu części, więc po dojściu do skrzyżowania, nie poszliśmy na groblę, lecz skręciliśmy w ścieżkę prowadzącą na górę ponad Toftavatn. Pokonaliśmy pierwszy etap do punktu widokowego przy skałach.

Potem szliśmy dalej w górę, aż do kolejnego skrzyżowania. Szlak nie jest znakowany, więc mimo, że zniknęła nam ścieżka, to weszliśmy na górę Húsklond (129 m n.p.m.) skąd rozciągał się doskonały widok na jezioro z jednej strony i miejscowość Strendur z drugiej, gdzie mieszkaliśmy. To na górze zorientowaliśmy się, że poszliśmy niewłaściwą drogą. Trasa wiodła niżej, asfaltową drogą i nie wydała się nam atrakcyjna, więc zamiast naprawić błąd, wróciliśmy nad jezioro i groblą przeszliśmy na drugą stronę małej części Toftvatn.

Wygląda na to, że tak właśnie miało być, ponieważ zaczął sypać całkiem gęsty śnieg. Wyglądało to niemalże jak śnieżyca, więc tym bardziej ucieszyliśmy się, że zawróciliśmy, szczególnie, że i tak najlepsze widoki były ze szczytu. Na tym zakończyliśmy dzień.

05.05.2026 r.
Hestur – Wieczorem poprzedniego dnia dostaliśmy wiadomość, że rejs wokół Wyspy Hestur (800 DKK od osoby), został przeniesiony z 12:00 na 9:40. Dla nas było to całkiem dobre rozwiązanie, więc bez problemów zgodziliśmy się na zmianę. Na miejscu zbiórki w Gamlarætt Ferjulega dowiedzieliśmy się, że gdyby nie 9-osobowa grupka Polaków, to nasz rejs w ogóle by się nie odbył… Towarzystwo było sympatyczne, bo rzeczywiście zainteresowane wycieczką.

Musieliśmy ubrać specjalne kombinezony, automatycznie nadmuchiwane kamizelki ratunkowe i kaski. Zabrać ze sobą można było jedynie sprzęt do filmowania i robienia zdjęć. Na rejs wyruszyliśmy bardzo szybką motorówką, na której prócz nas były dwie osoby obsługi. Z dużą prędkością ruszyliśmy w kierunku Wyspy Hestur, która jest niewielka, ma zaledwie 6,1 km² powierzchni, choć jej najwyższy punkt to aż 421 m n.p.m.

Wyspa posiada wiele formacji skalnych wyrastających wprost z oceanu, ma dużo niewielkich zatoczek oraz jaskiń, a do tego jest ostoją ptactwa wodnego. To właśnie podczas tego rejsu mogliśmy dość dobrze zaobserwować pływające w wodzie maskonury, które parę dni później gniazdują na wysokich klifach. Prócz maskonurów widzieliśmy kormorany, fulmary, nurzyki, a na łąkach ponad klifem, kicające, białe zające, jeszcze całkowicie w zimowej szacie. W wodzie zaobserwowaliśmy także foki.

W drodze powrotnej sternik rozwinął naprawdę dużą prędkość, ponoć aż 120 km/h i włączył skandynawski heavy metal, który głośno niósł się po oceanicznych falach. Wrażenie było duże, bo motorówka rozwinęła niezłą prędkość.

Kirkjubøur – 3 km od przystani jest miejscowość Kirkjubøur. Wjeżdżając widać zabytkowe zabudowania w czarnym kolorze z czerwonymi obramowaniami okien. Na końcu drogi stoją najważniejsze budynki: dwa kościoły oraz wyjątkowy dom-muzeum. Pierwszy z kościołów to kościół św. Olava z XII w., biały z zewnątrz i bardzo surowy w środku, za to do dziś użytkowany. Drugi kościół to malownicza, masywna ruina katedry Magnusa z 1300 r.

Najważniejszym zabytkiem jest jednak Kirkjubøargarður, czyli drewniany, kryty darnią dom rybaka z XI w. na kamiennej podmurówce, uważany za najstarszy, stale zamieszkany, drewniany dom na świecie. Charakterystyczną cechą chaty są ciekawe, rzeźbione, czerwono-błękitne wrota oraz błękitna kolumna podtrzymująca konstrukcję. Wewnętrzne drzwi, także posiadają rzeźbione obramowania. W środku zobaczyć można dużą salę z paleniskiem oraz kilka mniejszych pomieszczeń z farerskimi pamiątkami.

Torshavn – Na ten dzień zaplanowaliśmy jeszcze jedną atrakcję, a dokładnie wizytę na prawdziwej farerskiej, owczej farmie, podczas której miano zaserwować nam oryginalne przekąski z Wysp Owczych. Niestety kilka godzin przed wycieczką, dostaliśmy informację, że impreza się nie odbędzie. Bylismy blisko Torshavn, więc chcąc nie chcąc pojechaliśmy znowu do Angus Steakhouse :-) Tym razem postanowiliśmy spróbować burgerów. Angus burger to danie z doskonałą wołowiną, ogórkami, pomidorami, cebulą, sałatą i porcją frytek. Uzupełnieniem pysznego obiadu było piwo Oyn Oy (cały obiad dla dwojga – 386 DKK).

Við Áir – Wracając do Strendur zatrzymaliśmy się w niewielkiej osadzie Við Áir, która dawniej była stacją wielorybniczą. Dziś czerwono-brązowe domy z zielonymi dachami, malowniczo wyglądają na tle fiordu i porośniętych trawą gór. Ku naszemu zdziwieniu z jednego z budynków wydobywały się czarne kłęby dymu. Otóż miejscowi strażacy mieli właśnie ćwiczenia…

Jadąc do Strendur musieliśmy zatankować. Zatrzymaliśmy się na stacji przy skrzyżowaniu szos, blisko miejscowości Skálabotnur. Tankowanie przebiegło bez problemów, jedynie podczas płacenia kartą w dystrybutorze, wydawało się, że coś jest nie tak. Aplikacja bankowa pokazała blokadę pieniędzy, więc uspokojeni, odjechaliśmy na kwaterę…

Strendur – Mieliśmy wolne popołudnie, więc postanowiliśmy obejrzeć miejscowość, w której mieszkaliśmy. Podjechaliśmy na wysunięty cypel Raktangi, z którego rozpościerały się widoki na miejscowość Toftir, Wyspę Streymoy i małą wysepkę Nólsoy w oddali. Idąc drogą minęliśmy obelisk poświęcony pamięci osób, które zginęły na morzu.

Potem podjechaliśmy do Strendur, gdzie od kilku dni intrygowała nas mała, kilkumetrowa, biało-czerwona latarnia morska oraz czarno-biały kościół kryty darnią. Latarnia jest typową małą latarenką, których jest wiele wzdłuż fiordów na Wyspach Owczych. Widać, że ukształtowanie terenu nie wymaga stosowania wysokich konstrukcji. Nieopodal stoi Sjóvar kirkja, malowniczy drewniany, czarny kościół na białej podmurówce z dachem porośniętym trawą, który odcina się na tle krajobrazu.

Wieczorem dostaliśmy wiadomość od Wesołego Eddiego, który poinformował nas, że nie zapłaciliśmy za tankowanie i mamy podjechać na stację, żeby uregulować płatność. Okazało się, że nasze wątpliwości przy dystrybutorze były uzasadnione, a blokada bankowa po prostu zniknęła… No cóż… Trochę zawstydzeni, zapłaciliśmy następnego dnia za paliwo. Panie z obsługi były przemiłe i po prostu wytłumaczyły, jak należy tankować. Takie rzeczy tylko na Wyspach Owczych ;-)

06.05.2026 r.
Eiði – Rano czekała nas niespodzianka, bo przed kontenerem leżał dywanik ze śniegu. Na przemian świeciło słońce i padał śnieg. Teoretycznie pogoda miała się poprawić, więc postanowiliśmy nie zmieniać planów i wybrać się na trekking z Eiði do skał Olbrzym i Wiedźma. Zaparkowaliśmy przy osiedlu powyżej centrum wsi i poszliśmy na szlak. Ośnieżone wzgórze nie zachęcało do marszu, ale wyraźna ścieżka oznaczona kupkami kamieni ułatwiała znalezienie właściwej drogi na szczyt.

Mieliśmy do podejścia około 250 m w górę oraz 2,5 km do celu. Wyszło słońce, więc wyruszyliśmy na szlak. Początkowo ścieżka wspinała się powoli w górę, później wypłaszczyła się w łąkę, by przejść w stromy, całkowicie ośnieżony szlak. Wspinaliśmy się po stopniach wydeptanych butami innych turystów, dzięki czemu nie mieliśmy wrażenia, że możemy się ześlizgnąć. Po wejściu na górę zaczął sypać dość gęsty śnieg i wiać silny wiatr.

Kawałek dalej śnieżyca ustąpiła słońcu, a na górze było już całkowicie zielono i panowała wiosna. Jak widać, granica między zimą a wiosną na Wyspach Owczych jest bardzo płynna i aż trudno było nam uwierzyć, że tak szybko może zmienić się aura. Widoki z góry były spektakularne. Wśród skał w dole wyróżniały się dwie iglice: Olbrzym i Wiedźma (Risin og Kellingin), które z wysokości 352 m n.p.m. wydawały się niewielkie. W oddali widać było częściowo ośnieżone szczyty pobliskich gór.

Wracając nie mogliśmy się nadziwić, że ośnieżona, stroma góra, którą pokonywaliśmy niecałą godzinę wcześniej, była już zupełnie zielona i co ciekawe, nie było nawet błota, które powinno pozostać po stopionym śniegu… Ot zima ustąpiła wiośnie i to po prostu błyskawicznie. Cały trekking zajął nam około dwie godziny.

Gjógv – W linii prostej z Eiði do Gjógv jest zaledwie 8 km. Jednakże droga wiedzie przez góry, więc w rzeczywistości do pokonania jest niemal dwa razy więcej, bo 14 km. Droga jest bardzo wąska, a do tego na znacznej jej części zalegał mokry śnieg. Czuliśmy się jak podczas prawdziwej zimy i cieszyliśmy się z posiadania opon zimowych. W pewnym momencie zima skończyła się i nastała wiosna. Było to niczym nożem uciął…

W Gjógv zaparkowaliśmy na niewielkim parkingu tuż przy wąwozie, który jest najważniejszą atrakcją miejscowości. Po stopniach zeszliśmy do naturalnego portu, który jest ulokowany w wąskiej szczelinie skalnej i wygląda niezwykle malowniczo. W ścianach wąwozu gniazdują fulmary. Potem weszliśmy na punkt widokowy po prawej stronie, z którego widać wąwóz z zupełnie innej perspektywy oraz wioskę.

Następnie poszliśmy na lewą stronę, żeby wspiąć się na tzw. klify maskonurów. Widoki były piękne, ale niestety żadnych maskonurów nie widzieliśmy, ani na ścianach skalnych, ani w dole na wodzie. Chcieliśmy zjeść obiad w Gjaargardur Guesthouse, ale bardzo się zawiedliśmy, bo tego dnia serwowano wyłącznie naleśniki z bitą śmietaną i dżemem (dwie porcje po dwie sztuki plus dwie kawy – 206 DKK).

Elduvík – Zjechaliśmy do miejscowości Elduvík, która jest malowniczo położona nad małą zatoką u wylotu strumienia do oceanu. Wybraliśmy się na krótki spacer wokół wsi. Miejscowość to kilkanaście kolorowych domów, z których znaczna część pokryta jest darnią oraz biały kościół.

Ciekawym miejscem jest punkt widokowy ponad wsią, z którego doskonale widać okolicę, a przede wszystkim malowniczo ulokowaną osadę Funnings u stóp najwyższego szczytu Wysp Owczych – Slættaratindur (880 m n.p.m.). Dodatkowo na punkcie pasły się owce i chodziły ostrygojady.

Norðskála – Jako, że nie udało nam się zjeść obiadu w Gjógv, postanowiliśmy pojechać do Norðskála, gdzie zjedliśmy pizzę w Number 1 Pizza. 12-calowa pizza Chef Special z zielonym, kremowym sosem z awokado, mozzarellą, kurczakiem, kawałkami awokado, pomidorkami koktajlowymi, serem, polana zielonym pesto kosztowała nas zaledwie 144 DKK wraz z półlitrowym napojem. Smaczną pizzę zaserwował nam sympatyczny Turek, który w swoim lokalu oczywiście podawał także kebaby :-)

07.05.2026 r.
Sørvágsvatn – Przedostatni dzień pobytu na Wyspach Owczych nie zachęcał do opuszczenia naszego kontenera, ponieważ wiał silny wiatr i nieprzerwanie padał deszcz. Trudno się więc dziwić, że zarezerwowany rejs na Wyspę Mykines został odwołany. Zdecydowaliśmy się pojechać na wyspę Vágar, żeby przejść wzdłuż Jeziora Sørvágsvatn do Bøsdalafossur.

Pojechaliśmy nad jezioro do miejsca zwanego Vørðuklettar, gdzie ku naszemu zaskoczeniu zastaliśmy zamkniętą bramkę i informację, że ze względu na ochronę ptactwa, dojście dojście do jeziora znajduje się w nieco innym miejscu. Przejechaliśmy na Trælanípan Trail Parking. Wiatr był tak silny, że wyrywał z rąk drzwi samochodu i trzeba było uważać, żeby nie uszkodzić zawiasów. Wiało z prędkością 23 m/s, czyli 82 km/h co oznaczało 9 stopień w skali Beaufort, czyli silny sztorm.

Po zakupie biletów (200 DKK za osobę) ruszyliśmy ścieżką wiodącą wzdłuż Sørvágsvatn, które jest największym farerskim jeziorem o powierzchni ponad 3,5 km². Ciekawostką jest to, że lustro jeziora znajduje się 32 m n.p.m., a jego wody wpadają wprost do Oceanu Atlantyckiego, tworząc Bøsdalafossur, niezwykły wodospad. To właśnie nad tym jeziorem znajduje się jedyne lotnisko międzynarodowe Wysp Owczych, dzięki czemu samoloty lądują na pasie tuż za jeziorem.

Z trudnością szliśmy szlakiem, smagani wiatrem i deszczem, który padał nieustannie, aż doszliśmy do wysokiego klifu Trælanípa. Wchodząc na górę poczuliśmy najsilniejsze podmuchy, które niemalże spychały nas z klifu. Widoki były spektakularne, a wrażenia mrożące krew w żyłach. Z góry rozpościerał się widok na całe Sørvágsvatn, klify i nieco zasłonięty Bøsdalafossur. Schodząc po trawie i wilgotnych kamieniach musieliśmy bardzo uważać, żeby się nie ześlizgnąć. Przeszliśmy najbliżej jak się dało w tych warunkach, żeby choć z boku spojrzeć na niesamowity wodospad. Wróciliśmy tą samo ścieżką na parking. Cały trekking w dwie strony, z pętlą na klifie to około 7 km.

Torshavn – Pojechaliśmy na obiad do Torshavn, oczywiście do Angus Steakhous. Nie mogliśmy odmówić sobie powtórki pierwszego obiadu, czyli świetnych steków z barem sałatkowym i piwem. Pogoda nie zachęcała do kolejnych wypraw, więc postanowiliśmy zwiedzić Tjóðsavnið, czyli Muzeum Narodowe Wysp Owczych (90 DKK od osoby).

Muzeum na dwóch poziomach prezentuje przekrój farerskiego życia i historii. Można tu zobaczyć szkielety wielkich, morskich ssaków, wypchane zwierzęta, a w szczególności ryby i ptaki. Do tego dochodzą wszelkie przejawy ludzkiej działalności, od znalezisk archeologicznych, przez morskie wyprawy, rybołówstwo, rękodzieło, aż po tradycje. Wizyta w muzeum to ciekawe dopełnienie pobytu na Wyspach Owczych.

08.05.2026 r.
Gásadalur – Po opuszczeniu naszego lokum, a przed wylotem, postanowiliśmy obejrzeć jeszcze jedną miejscowość na wyspie Vágar,czyli Gásadalur, a w zasadzie znajdujący się tuż obok, niezwykle malowniczy i oryginalny Wodospad Múlafossur. Strumień spada tu kaskadą z 30 m wprost do oceanu. Do miejscowości dojeżdża się długim, a wąskim tunelem, w którym trzeba chować się w zagłębieniach skalnych, żeby minąć pojazdy jadące z przeciwka.

Do wodospadu wiedzie krótka ścieżka z parkingu na najlepszy punkt widokowy na Múlafossur. Podczas spaceru towarzyszył nam miejscowy pies, który koniecznie chciał się bawić. Nosem pokazywał kamień, który mieliśmy mu rzucić, aby mógł go przynieść tuż pod nogi. Wodospad wygląda spektakularnie, zwłaszcza, że za nim widać wieś, na tle wysokiej góry o wysokości 722 m n.p.m., której szczyt podczas naszej wizyty był w chmurach. Z oceanu wystają mniejsze skaliste wysepki oraz skały. Poszliśmy wzdłuż klifu w kierunku wsi, by napawać się ostatnimi widokami z Wysp Owczych.

Przejechaliśmy na pobliskie lotnisko, gdzie na parkingu zostawiliśmy samochód, chowając kluczyki pod dywanik, zgodnie z otrzymaną instrukcją. Na niewielkim lotnisku, w jedynym lokalu, zjedliśmy pyszną kanapkę z jajkiem i krewetkami, racząc się winem i piwem. Mieliśmy dużo czasu, więc wypiliśmy jeszcze kawę, zajadając się sernikiem.

Z Wyspo Owczych wylecieliśmy o 13:25 (linie SAS, lot nr SK 1778), a w Kopenhadze byliśmy o 16:35. Mieliśmy jeszcze czas na typowo duński obiad, czyli rybę w tempurze z frytkami. Do Gdańska wylecieliśmy o 18:15 małym, turbośmigłowym ATR72 (linie Braathens Regional Airways Ab, lot nr SK 757), by o 19:35 wylądować u celu.