Wietnam, Kambodża i Doha (Katar)

12.04.2024 – 29.04.2024

Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne

OPIS PODRÓŻY

Wietnam Północny
Kambodża
Wietnam Południowy
Doha (Katar)

Wietnam Północny

12.04.2024 r.

W kolejną naszą podróż wyruszyliśmy na Daleki Wschód. Rozpoczęliśmy od Północnego Wietnamu, potem przenieśliśmy się do Kambodży, a z niej do Wietnamu Południowego. Wyprawę zakończyliśmy krótkim pobytem w mieście Doha, stolicy Kataru. Do Hanoi polecieliśmy z Warszawy liniami Qatar Airways (lot nr QR260 o 17:40) z dość krótką przesiadką w Dosze (2h 10 minut). Stąd mieliśmy już bezpośredni lot do stolicy Wietnamu – Hanoi (lot nr QR 976 o 2:20).

Lotnisko w Doha stolicy Kataru
Lotnisko w Doha stolicy Kataru

Lotnisko w Katarze bardzo nas zaskoczyło swoim rozmachem, a zwłaszcza częścią będącą wielkim ogrodem, w którym rosną naturalne drzewa, krzewy i kwiaty. Efektu dopełniają wodospady, strefy relaksu ukryte wśród zieleni oraz kładka spacerowa zawieszona ponad tym wszystkim.

13.04.2024 r.

Hanoi – Do celu dotarliśmy o 13:45. Po przejściu przez migrację, gdzie sprawdzono nasze wizy,  odebraniu bagaży, podeszliśmy do jednego z licznych stanowisk sieci komórkowych, żeby kupić starter.  Tu okazało się, że możemy całkiem opłacalnie wymienić walutę (około 25.000 VND za 1$). Obsługa była tak zakręcona, że zapomniała skasować nas za kartę SIM… My jednak nie chcieliśmy nikogo oszukać, więc oczywiście zapłaciliśmy :-) Karta SIM z sieci Vinaphone jest bardzo dobrym wyborem, bo za 350.000 VND (dongów wietnamskich), czyli około 56 zł dostaliśmy kartę o ważności 30 dni z limitem 7GB dziennie.

Ulice Hanoi
Ulice Hanoi

Przez Whatsappa, zamówiony wcześniej taksówkarz poinformował nas, że czeka w umówionym miejscu. Rzeczywiście stał nieopodal filara, którego zdjęcie nam przesłał i zabrał nas do zarezerwowanego apartamentu (kurs z lotniska do centrum Hanoi – 400.000 VND). Podjechaliśmy pod dość obskurną kamienicę, przed którą siedziało mnóstwo ludzi na plastikowych krzesełkach, przy plastikowych stolikach, zajadając wietnamskie zupki. Taksówkarz ku naszemu zdziwieniu nie wziął od nas pieniędzy za kurs, za to zadzwonił do gospodarza, który przysłał młodą dziewczynę, aby zaprowadziła nas do pokoju o szumnej nazwie Tropical Theme studio.

Ulice Hanoi
Ulice Hanoi

Mieszkaliśmy na samej górze, więc musieliśmy wspiąć się na poddasze po wyjątkowo wąskich i niezbyt czystych schodach . Sam apartament był czysty i całkiem fajny, choć wymagałby większego zadbania. Byliśmy głodni po podróży, więc rozpoczęliśmy od szukania jakiejś jadłodajni. Co prawda wszędzie dookoła można było coś zjeść, ale jedzenie nie wyglądało zbyt zachęcająco. Pierwszego dnia po opuszczeniu Europy, trzeba się przestawić na inne standardy :-) W końcu znaleźliśmy coś co bardziej przypominało bar w naszym rozumieniu, więc przysiedliśmy i zamówiliśmy kurczaka z patelni z grzybami i tradycyjnym ryżem, do tego dostaliśmy ogórki w sosie słodko-kwaśnym oraz piwo Ha Noi. Cały obiad dla dwojga kosztował 140.000 VND, czyli około 22 zł. No cóż, tak to można żyć :-) Jedzenie było proste, ale bardzo smaczne, bez żadnych kontrowersji.

Cukiernia w Hanoi
Cukiernia w Hanoi

Najedzeni ruszyliśmy nad jezioro Hoàn Kiếm w samym centrum Hanoi, przy którym skupia się całe życie metropolii. Była sobota i trwała niekończąca się fiesta. Wiele ulic przy jeziorze było zamkniętych, więc masy ludzi przelewały się w tę i z powrotem. Ludzie tańczyli, śpiewali, grali, a dzieci jeździły przeróżnymi, elektrycznymi pojazdami. Wzdłuż ulic sprzedawano najróżniejsze przekąski. Nam osobiście do gustu przypadły pieczone kiełbaski na patykach, obsypane obficie chilli, bądź polane ketchupem.

Spektakl teatru lalek na wodzie – Nhà hát Múa rối Thăng Long (Thang Long Water Puppet Theater)

Wracając musieliśmy zatrzymać się przy upatrzonej wcześniej cukierni, której witryny zachęcają przechodniów niesamowitymi ciastami i tortami. Aż trudno było się zdecydować co wybrać. Ostatecznie wybór padł na piankę karmelową (45.000 VND), ciastko red velvet (36.000 VND) oraz różowe serduszko z musem owocowym (45.000 VND). Co ciekawe, kawę musieliśmy kupić osobno w lokalu obok :-) Tu była kolejna niespodzianka, gdyż wybór kaw był przeogromny. Nas zaintrygowała egg-coffee, która okazała się gorącą kawą z olbrzymią ilością kogla-mogla (60.000 VND). Zarówno ciastka, jak i kawa były wyśmienite! Do dziś się oblizujemy na samą myśl :-)

Spektakl teatru lalek na wodzie – Nhà hát Múa rối Thăng Long (Thang Long Water Puppet Theater)

Przy tej okazji należy wspomnieć skąd tak dobre ciastka i kawa w Wietnamie. Otóż kraj ten był kolonią francuską od połowy XIX wieku do lat 40-tych wieku XX. Stąd też Wietnamczycy zawdzięczają Francuzom kawę, wyroby cukiernicze, bagietki oraz uprawę winorośli i związaną z nią produkcję wina.

Spektakl teatru lalek na wodzie – Nhà hát Múa rối Thăng Long (Thang Long Water Puppet Theater)

Wieczorem poszliśmy ponownie nad jezioro, tym razem na zarezerwowany wcześniej przez Internet spektakl teatru lalek na wodzie – Nhà hát Múa rối Thăng Long (Thang Long Water Puppet Theater). Bilet dla VIP-ów kosztował 200.000 VND (32 zł), ale dzięki  temu mogliśmy podziwiać spektakl z pierwszego rzędu. W 50-minutowym przedstawieniu zaprezentowano zarówno historię, obyczaje, jak i wietnamskie legendy. Animowanym zza kotary lalkom, towarzyszył zespół ubrany w tradycyjne stroje i grający na tradycyjnych instrumentach. Całości dopełniał śpiew, oraz światła i efekty pirotechniczne. Mimo, że występ był wyłącznie po wietnamsku, nie było problemu z jego odbiorem.

Spektakl teatru lalek na wodzie – Nhà hát Múa rối Thăng Long (Thang Long Water Puppet Theater)

14.04.2024 r.

Hanoi – Rano zeszliśmy na dół w poszukiwaniu śniadania. Obeszliśmy cały kwartał dookoła i wróciliśmy do niewielkiego lokalu tuż obok naszej kwatery, gdzie serwowano naleśniki. Nie były to jednak zwykłe naleśniki z patelni, lecz placki smażone na specjalnej blasze, rozcierane drewnianą szpatułką. Był duży wybór nadzień, a my wybraliśmy naleśnika z serem i bekonem (30.000 VND za szt.), który złożono w wąski trójkąt i zapakowano w małą reklamówkę. Śniadanie zjedzone na tarasie apartamentu bardzo nam smakowało.

Jezioro Hoàn Kiếm w Hanoi
Jezioro Hoàn Kiếm w Hanoi

Wyruszyliśmy nad, żeby obejrzeć małą, ale efektowną świątynię Ngọc Sơn na wodzie (50.000 VND), a raczej na wysepce, do której prowadzi Most Wschodzącego Słońca. Po drodze nie mogliśmy opędzić się od wietnamskich dzieci, które koniecznie chciały poćwiczyć z nami naukę języka angielskiego. Miały przygotowane zestawy pytań i niczym ankieterzy odpytywały nas na różne tematy zadane przez nauczycieli.  Dzieci było tak dużo, że w końcu wybraliśmy okrężną drogę, żeby uniknąć kolejnych „ankieterów” :-)

Świątynia Ngọc Sơn
Świątynia Ngọc Sơn

Potem zapuściliśmy się w uliczki starego miasta z tradycyjną zabudową charakteryzującą się drewnianymi frontami, mnóstwem warsztatów, sklepików i kolorowych lampionów. Wśród budynków wyróżniała się świątynia Bach Ma, która jest prawdopodobnie najstarszą świątynią w Hanoi, aczkolwiek obecny budynek pochodzi z XVIII. Jest to typowa świątynia w Wietnamie z kolorowymi pomieszczeniami z posągami bóstw, przed którymi stoją liczne dary w postaci jedzenia, papierosów, alkoholu i gotówki. Nisze są bogato zdobione, mają dużo złoceń, a posągi są niezwykle barwne. Po drodze kupiliśmy „wypas” różnych ciastek, które okazały się wariacjami na temat pączków (spora porcja za 120.000 VND, cena stosunkowo wysoka, zapewne specjalna dla turystów ;-) )

Świątynia Bach Ma
Świątynia Bach Ma

Kilka ulic dalej dotarliśmy do ogromnego targowiska Đồng Xuân, w którym znajdują się stoiska z niezliczoną ilością przeróżnych towarów. Takiego asortymentu nigdzie nie widzieliśmy. Każdy artykuł miał setki wariantów, w tym kolorów, rozmiarów i wzorów. Coś niesamowitego i to zarówno jeśli chodzi o ubrania, dodatki do ubrań, ozdoby, zabawki, czy też jedzenie.

Targowisko Đồng Xuân
Targowisko Đồng Xuân

Chcieliśmy z bliska zobaczyć stalowy most kolejowy Long Biên przerzucony nad Sông Hồng, czyli Rzeką Czerwoną, która nazwę zawdzięcza kolorowi mułu spływającego z gór. Dojście nad rzekę było tak skomplikowane, że postanowiliśmy wejść na górę, na most. Okazało się, że schody prowadzą nie tylko na most, lecz przede wszystkim do stacji kolejowej o takiej samej nazwie jak most. Dzięki temu poznaliśmy rozkład jazdy pociągów, co było o tyle ważne, że związane z kolejną atrakcją, czyli tzw. Train Street. Ulica Kolejowa to wąska uliczka, gdzie bardzo blisko budynków przejeżdża pociąg. Ustaliliśmy, że do najbliższego pociągu mamy około 45 minut, więc szybkim krokiem jesteśmy w stanie dojść do miejsca, z którego będzie efektowny widok na przejeżdżający pociąg. 

Train Street w Hanoi
Train Street w Hanoi

Sympatyczna Wietnamka zaprosiła nas „do swojego domu”, a raczej niewielkiej kawiarni tuż przy torach. Mieliśmy jeszcze dość czasu, żeby wypić wyśmienitą wietnamską kawę ze słodkim mlekiem i dużą ilością lodu (50.000 VND), a następnie z drinkiem mango mohito w dłoni oczekiwać na główną atrakcję tej części miasta (120.000 VND za drinka z alkoholem). Tuż przed przejazdem pociągu odsunięto stoliki i krzesełka od torów, a mimo to lokomotywa z wagonami, z dużą prędkością przejechała tuż obok naszych twarzy. Efekt murowany :-D

Train Street w Hanoi
Train Street w Hanoi

Do następnego pociągu było kilka godzin, więc spokojnie mogliśmy iść dalej wzdłuż torów. Spokojnym krokiem udaliśmy się na krótki odpoczynek na kwaterze, po drodze jedząc przekąskę na patyku, tym razem mięso przypominające szaszłyki, polane ketchupem i majonezem (15.000 VND).

Uliczki Hanoi
Uliczki Hanoi

Następna atrakcja była nad drugim, dużo większym jeziorem, znacznie oddalonym od ścisłego centrum. Złapaliśmy taksówkę, która dowiozła nas do efektownej Pagody Trấn Quốc na Tây Hồ, czyli Jeziorze Zachodnim (140.000 VND za kurs). Początki wieży służącej do przechowywania relikwii sięgają VI w., dzięki czemu jest to najstarsza pagoda w mieście. Prócz wieży w kompleksie stoi świątynia z wieloma posągami oraz drzewo Bodhi, którego pierwotna sadzonka pochodzi z nasion drzewa, pod którym Budda będąc jeszcze wędrownym mnichem, osiągnął stan oświecenia.

Pagoda Trấn Quốc na Tây Hồ
Pagoda Trấn Quốc na Tây Hồ

Stąd czekała nas długa wędrówka uliczkami Hanoi do Mauzoleum Ho Chi Minha, czyli twórcy tzw. Demokratycznej Republiki Wietnamu, której zasadami najbliżej było do komunizmu w wersji radzieckiej oraz chińskiej. Do Mauzoleum nie dostaliśmy się, bo mieliśmy na sobie zbyt krótkie odzienie, aczkolwiek nie za bardzo nam na tym zależało ;-) Co ciekawe, nasz strój zupełnie nie przeszkadzał w świątyniach, za to był zbyt niestosowny do grobowca… Na terenie rozległego placu stali uzbrojeni wartownicy, gotowi przegonić intruzów próbujących nielegalnie wejść na teren monumentalnej budowli, mieszczącej mumię zmarłego przywódcy.

Mauzoleum Ho Chi Minha
Mauzoleum Ho Chi Minha

Przy tej okazji trzeba dodać, że pieszy w Wietnamie ma niewiele praw. Musi mieć oczy dookoła głowy, bo nawet na nielicznych przejściach jest ignorowany przez kierowców i może z łatwością zostać potrącony.

Szukając czegoś do jedzenia, mijaliśmy instytucje rządowe, mieszczące się w dawnych, kolonialnych budynkach o ciekawej architekturze. W końcu natrafiliśmy na niewielki bar, w którym zjedliśmy smaczny, smażony makaron ryżowy pho z wołowiną i warzywami (50.000 VND za porcję), popijając do tego piwo Ha Noi (20.000 VND za puszkę 0,33l).

Cesarska Cytadela – Hoàng thành Thăng Long

Na koniec odwiedziliśmy Cesarską Cytadelę – Hoàng thành Thăng Long, znajdującą się na liście Unesco. Warownia pochodzi już z VIII w. i choć przez kilkaset lat pełniła rolę siedziby władcy Wietnamu, to wzniesiona została przez Chińczyków, gdy władali tymi ziemiami. Najbardziej charakterystycznym budynkiem Cytadeli jest południowa, główna brama Doan Mon, będąca idealnym planem zdjęciowym dla młodzieży przebranej w tradycyjne stroje :-) W kompleksie znajdują się także inne budynki, w których są różne wystawy, aczkolwiek jak dla nas mało interesujące. Wracając, nie mogliśmy odmówić sobie zakupu kolejnych, pysznych słodyczy w znanej już nam cukierni :-)

Cesarska Cytadela – Hoàng thành Thăng Long

15.04.2024 r.

Perfumowana Pagoda (Chùa Trong) – Bardzo wcześnie rano, bo o 6:00, zarezerwowaną dzień wcześniej taksówką (1.500.000 VND za cały dzień z wszystkimi kosztami) wyruszyliśmy do tzw. Perfumowanej Pagody (Chùa Trong) w kompleksie świątynnym Chùa Hương. Nim jednak wyruszyliśmy w trasę, tuż pod naszą kwaterą kupiliśmy bánh mì, czyli kanapkę, na którą składała się krótka bagietka z nadzieniem z mięsa i dużej ilości warzyw, dość pikantnie przyprawionych (20.000 VND). Bagietki, to oczywiście francuska spuścizna, aczkolwiek w wersji wietnamskiej, bardzo smaczna i pożywna.

Kompleks świątynny Chùa Hương
Kompleks świątynny Chùa Hương

Zabraliśmy nasze bagaże do taksówki, gdyż kierowca, po wycieczce, miał nas odstawić na przystanek autobusowy. Do atrakcji mieliśmy zaledwie 65 km, ale jechaliśmy około dwóch godzin, gdyż w Wietnamie nie dość, że panuje duży ruch, to kierowcy jeżdżą raczej wolno i bezpiecznie. Mieliśmy dużo czasu na obserwowanie okolicy. Zaintrygowały nas liczne groby i grobowce rozsiane po polach, stojące w wodzie, czy też na posesjach budynków. Zdecydowanie był to niecodzienny widok.

Kompleks świątynny Chùa Hương
Kompleks świątynny Chùa Hương

Kierowca wysadził nas na dużym parkingu, skąd zabrał nas elektryczny busik (50.000 VND za dwie osoby) na przystań, gdzie musieliśmy zapłacić za wstęp na teren świątynny położony pośród masywu kamiennych gór Hương Tích (410.000 VND za dwie osoby) oraz za prywatną łódkę z wioślarką (650.000 VND).

Góry Hương Tích
Góry Hương Tích

Wypłynęliśmy, aby po kilku chwilach dotrzeć na drugą stronę kanału do świątyni Đền Trình, gdzie zobaczyliśmy najmniejszy z kompleksów. Płynąc dalej, dopadły nas łodzie będące sklepikami na wodzie, oferującymi napoje i przekąski. My jednak nie skorzystaliśmy, za to popłynęliśmy pod mostkiem będącym niejako bramą do właściwej części atrakcji. Mimo mglistej pogody, wokół rozciągały się malownicze widoki na otaczające nas strome pagórki porośnięte bujną roślinnością.

Góry Hương Tích
Góry Hương Tích

Płynęliśmy w błogiej ciszy, aż dotarliśmy do drugiej przystani przy świątyni Chùa Hương. Zatrzymaliśmy się przy ciągu barów i sklepików, aby wzdłuż wody dotrzeć do ścieżki wiodącej na teren świątynny poprzedzony bramą. Sama świątynia, a raczej jak zwykle w Wietnamie kompleks kilku świątyń, jest bardzo kolorowa, z licznymi wyobrażeniami ludzi i zwierząt. Są to zapewne odrealnione bóstwa i ich różne inkarnacje, których znajomość wymaga wejścia głęboko w tamtejszą religię. Prawdę mówiąc jest to dla nas tak odległa religia, że my skupiamy się na walorach artystycznych, traktując wszelkie rzeźby i wyposażenie jak dzieła sztuki, a nie przedmioty kultu. Nie zmienia to faktu, że całość jest fascynująca i robi naprawdę ogromne wrażenie.

Kompleks świątynny Chùa Hương
Kompleks świątynny Chùa Hương

W Chùa Hương przed główną świątynią stoją charakterystyczne posągi złotych lwów, nieco dalej kolorowe figury smoków, zaś dookoła wystawiono donice z pięknymi bonsai. Na zapleczu znajdują się niewielkie kaplice w małych jaskiniach. Tu warto wspomnieć jak wygląda typowa świątynia w Wietnamie. Jest to parterowy budynek na planie wydłużonego prostokąta, z reguły drewniany, przykryty chińskim dachem, którego narożniki lekko wznoszą się do góry i podzielony kolumnami na mniejsze części poświęcone różnym postaciom wyższym, niekoniecznie bóstwom. Wewnątrz znajdują się najróżniejsze rzeźby i niezliczona ilość darów ułożonych w piramidy z owoców, słodyczy, alkoholu, napojów, papierosów oraz oczywiście gotówki.

Kompleks świątynny Chùa Hương
Kompleks świątynny Chùa Hương

Naszym głównym celem była znacznie wyżej położona świątynia Hương Tích, zwana perfumowaną pagodą, być może za sprawą niezliczonych kadzidełek palonych w jej wnętrzu, ale my nie znaleźliśmy genezy tej nazwy. Do świątyni można dojść pieszo po niezliczonej ilości stopni, ale zważywszy na wysoką temperaturę oraz wilgotność powietrza, można rozważyć wjazd na górę kolejką linową. Wybraliśmy dogodniejszy wariant, ciesząc się przy okazji widokami gęstej dżungli porastającej strome wzgórza.

Perfumowana Pagoda
Perfumowana Pagoda

Ostatni odcinek wiedzie wśród licznych kramów, a następnie stromo w dół do dużej jaskini, w której wnętrzu znajduje się właściwa Perfumowana Pagoda. Pierwsze co rzuca się w oczy, to olbrzymi stalagnat porośnięty roślinnością i przez to przypominający duże drzewo. W jaskini znajduje się kilka miejsc kultu oraz okazałe formy naciekowe. Oczywiście, w wilgotnym powietrzu czuć było silny zapach kadzidła oraz woń unoszącą się od porastającej roślinności, która jak dla nas uzasadnia nazwę świątyni :-)

Perfumowana Pagoda
Perfumowana Pagoda

Po wyjściu z jaskini skusiliśmy się na coś, co wyglądem przypominało małe jajka. Myśleliśmy, że to jaja przepiórcze lub coś podobnego. Jakżeż wielkie było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że są to miękkie, słodkie, ryżowe kulki o nieco gumowej konsystencji i niebiańskim, słodkim smaku karmelu, czy może miodu (20.000 VND za 10 szt.). Aby ugasić pragnienie, namówiono nas na piwo Ha Noi, które w takich okolicznościach, także smakowało wyśmienicie (25.000 za puszkę 0,33l).

Smażony makaron phở z wieprzowiną
Smażony makaron phở z wieprzowiną

Schodząc na dół mieliśmy okazję przekonać się o słuszności decyzji o wjeździe kolejką na górę. Schodziliśmy i schodziliśmy, a końca nie było widać. Zajęło nam to godzinę i byliśmy totalnie mokrzy, choć nie braliśmy prysznica ;-) Na przystani, w barze, przy którym nasza wioślarka zacumowała łódź, zjedliśmy oryginalny lunch. Zamówiliśmy smażony makaron phở z wieprzowiną, azjatyckim szpinakiem, miętą i cebulą. Do tego dostaliśmy swego rodzaju rosół z kolendrą, szczypiorem i kawałkami bambusa. Nie zabrakło też piwa, ale tym razem był to Saigon (cały obiad dla dwóch osób kosztował 250.000 VND). Łódką wróciliśmy do punktu wyjścia, skąd ten sam bus zabrał nas na parking, gdzie umówiliśmy się z kierowcą. Pozostał nam powrót do Hanoi, do biura, z którego odjeżdżał nasz pierwszy autobus.

Ninh Bình – Powrót do stolicy trwał jeszcze dłużej, ale mimo to, u celu byliśmy ponad godzinę przed czasem. Myśleliśmy, że zatrzymamy się na jakimś dworcu autobusowym, ale okazało się, że było to niewielkie biuro wciśnięte między sklepiki i inne małe firmy. Miła Wietnamka zaproponowała nam bus, który odjeżdżał godzinę wcześniej. Autobusik zawiózł nas w inne miejsce, gdzie przesiedliśmy się do właściwego pojazdu. Był to niewielki, wygodny bus, który w dwie godziny dowiózł nas do Ninh Bình.

Trang An Lotus Lake Homestay w Ninh Binh
Trang An Lotus Lake Homestay w Ninh Binh

Z wesołym kierowcą dogadaliśmy się, że za 120.000 VND dowiezie nas do hotelu. W Ninh Bình rozpętała się burza, więc tym bardziej cieszyliśmy się, że zostaniemy zawiezieni bezpośrednio na nocleg do Trang An Lotus Lake Homestay. W Wietnamie określenie homestay oznacza różnej klasy rodzinne obiekty, a w tym przypadku był to całkiem luksusowy pensjonat z dużymi, świetnie wyposażonymi domkami nad jeziorem oraz atrakcyjnym basenem.

Po zakwaterowaniu poszliśmy do restauracji na wyśmienitego, usmażonego okonia morskiego zawiniętego w liście pieprzu, podanego z ryżem (98.000 VND za porcję). Czekając na koniec burzy, raczyliśmy się drinkami – White Lady (85.000 VND) oraz Long Island (100.000 VND). Dzień zakończyliśmy kąpielą w pięknym, kolorowo podświetlonym basenie. Normalnie żyć, nie umierać :-)

16.04.2024 r.

Park Narodowy Cúc Phương – Po śniadaniu pojechaliśmy wynajętym samochodem z kierowcą (1.000.000 VND za cały dzień) do Parku Narodowego Cúc Phương (wstęp za dwie osoby plus samochód – 345.000 VND), co zajęło nam około godzinę. Na powitanie zobaczyliśmy niezliczoną ilość motyli, które przyciągnęła kałuża pozostała po wczorajszej burzy. Spacer wśród tysięcy, głównie białych motyli, to niezwykłe przeżycie.

Niezliczone ilości motyli w Parku Narodowym Cúc Phương
Niezliczone ilości motyli w Parku Narodowym Cúc Phương

Następnie udaliśmy się do oddalonego o kilkaset metrów od bramy Endangered Primate Rescue Center (EPRC), czyli centrum ratunkowego dla małp, w którym zwierzęta są rozmnażane, leczone i wypuszczane na wolność. W Wietnamie niemalże cała fauna została wytrzebiona i tylko dzięki staraniom tego typu placówek, zwierzęta wracają do swoich naturalnych siedlisk. W dużej ilości klatek zobaczyliśmy różne gatunki małp, których nie da się zobaczyć w naturze. Centrum to zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem, który opowiada różne ciekawostki.

Centrum ratunkowe małp w Parku Narodowym Cúc Phương
Centrum ratunkowe małp w Parku Narodowym Cúc Phương

Tuż obok znajduje się Turtle Conservation Center, gdzie z kolei można zobaczyć kilka gatunków żółwi, które podobnie jak małpy są na skraju wyginięcia. Ciekawskie żółwie początkowo były niewidoczne, ale gdy nas zobaczyły, pojawiały się nie wiadomo skąd, licząc zapewne na jedzenie :-)

Centrum ratunkowe żółwi w Parku Narodowym Cúc Phương
Centrum ratunkowe żółwi w Parku Narodowym Cúc Phương

Wróciliśmy do taksówki i wjechaliśmy do właściwego Parku Narodowego. Po drodze zatrzymaliśmy się nieopodal Jaskini Człowieka Prehistorycznego. 300-metrowa ścieżka prowadziła pośród dżungli po betonowej kładce, imitującej drewnianą, a potem w górę po skalnych stopniach do groty zawierającej jakieś pochówki. Jaskinia ma kilka komór i znacznie węższe wyjście. Aby przejść z głównej komory do kolejnych, trzeba się mocno schylać, a miejscami nawet kucać. Do samochodu wróciliśmy tą sama drogą. Całość zajęła nam około pół godziny.

Jaskinia Człowieka Prehistorycznego w Parku Narodowym Cúc Phương
Jaskinia Człowieka Prehistorycznego w Parku Narodowym Cúc Phương

Dojechaliśmy na sam koniec drogi asfaltowej, skąd wyruszyliśmy na Thousand Year Old Tree Loop Trail and Palace Cave, czyli ścieżkę okrężną o długości około 10 km. Szlak początkowo prowadził dość stromo pod górę na szczyt – Silver Cloudy Peak. Cały czas otaczała nas gęsta dżungla. Roślinność składała się z paproci, bananowców, kwitnących krzewów i wielkich drzew przypominających południowoamerykańskie puchowce. W powietrzu panowała ogromna wilgoć, a nas otaczała tylko przyroda, bo na szlaku spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Całe szczęście, że ścieżka była wyraźnie oznaczona, bo można byłoby zgubić się w tej gęstwinie.

Park Narodowy Cúc Phương
Park Narodowy Cúc Phương

Drugim punktem na szlaku była grupa pięciu wielkich drzew – 5 Big tree Population. Wysokie i rozbudowane pnie budzą szacunek i ciężko dostrzec koronę, która znajduje się nawet 70 metrów wyżej. Niezwykle trudno było nam laikom ustalić konkretny gatunek. Jedno jest pewne, drzewa są imponujące i wyróżniają się w zielonej gęstwinie.

Park Narodowy Cúc Phương
Park Narodowy Cúc Phương

Kolejne odbicie ze szlaku to dość stroma ścieżka do Palace Cave, jaskini naciekowej, którą było trudno penetrować z uwagi na dużą wilgoć i co za tym idzie bardzo śliskie podłoże. Nie zapuszczaliśmy się głęboko, ale to co zobaczyliśmy i tak było całkiem ciekawe. Ostatnim punktem było Tysiącletnie Drzewo (Ancient Tree), czyli migdał indyjski.

Park Narodowy Cúc Phương
Park Narodowy Cúc Phương

Trzygodzinny trekking spowodował, że mocno zgłodnieliśmy. Na szczęście przy parkingu znajdowała się dość siermiężna jadłodajnia, w której skusiliśmy się na zupę pomidorową (30.000 VND za porcję), która była raczej rosołem z kawałkami pomidorów i rozbełtanym jajkiem :-)

Ninh Bình – Po powrocie mieliśmy jeszcze sporo czasu na posiłek i odpoczynek. Zjedliśmy bardzo smaczny i przy tym ciekawy obiad. Zamówiliśmy porcję przepysznych sajgonek Chá chai (5 szt. za 58.000 VND), dwie porcje rewelacyjnego, smażonego makaronu z owocami morza (88.000 VND za porcję) oraz piwo Ha Noi (20.000 VND). Obiad zakończyliśmy drinkami Frozen mango daiquiri (85.000 VND). 

Chá chai, czyli sajgonki w Trang An Lotus Lake Homestay
Chá chai, czyli sajgonki w Trang An Lotus Lake Homestay

Nie był to koniec dnia, bo przecież mieliśmy do dyspozycji piękny basen… Po udanej kąpieli zachciało nam się egg coffee (50.000 VND), czyli kawy jajecznej. Tym razem była w nieco innym wydaniu niż w Hanoi, ale także doskonała :-) No cóż, jak to mówią Amerykanie, mieliśmy prawdziwy „good time” :-)

Piękny basen w Trang An Lotus Lake Homestay
Piękny basen w Trang An Lotus Lake Homestay

17.04.2024 r.

Tràng An – Po śniadaniu wypożyczyliśmy skuter (150.000 VND za cały dzień), który najpierw musieliśmy zatankować. Nie mogliśmy namierzyć stacji benzynowej wskazanej przez właścicieli pensjonatu, więc poszukaliśmy kolejnej w nawigacji w telefonie. Podjechaliśmy na miejsce wskazane przez GPS, ale niczego takiego tam nie było. Gdy rozglądaliśmy się wokół, zauważyła nas Wietnamka, która zapytana o stację benzynową, wskazała na butlę z menzurką na szczycie. Zapytała ile paliwa potrzebujemy i napompowała ręczną pompką trzy litry do menzurki (35.000 VND za litr), a następnie spuściła wężykiem paliwo wprost do naszego baku… Najoryginalniejsza stacja benzynowa na naszych szlakach :-)

Rezerwat Tràng An
Rezerwat Tràng An

Po zatankowaniu mogliśmy pojechać na przystań, z której odpływają czteroosobowe łódki zabierające w rejs po rezerwacie Tràng An wpisanym na listę UNESCO. Spektakularne, wapienne formacje skalne porośnięte bujną roślinnością ogląda się z wody, przepływając przez jaskinie i odwiedzając świątynie. Wybraliśmy trzygodzinną trasę nr 2, która wiedze czterema grotami oraz przez trzy świątynie (bilet 250.000 VND od osoby plus parking dla skutera za 15.000 VND). Wraz z nami w rejs popłynęło małżeństwo Wietnamczyków, z którymi nie dało się wprawdzie porozmawiać, ale i tak byli bardzo sympatyczni.

Świątynia w Rezerwacie Tràng An
Świątynia w Rezerwacie Tràng An

Mimo, że łodzi było naprawdę dużo, nie mieliśmy wrażenia tłumu turystów, gdyż rezerwat jest rozległy, ruch turystyczny rozkłada się na trzy trasy, a wioślarze, głównie wioślarki, nie wchodzą sobie w drogę, są bardzo spokojni i cisi. Dzięki temu można delektować się przepięknymi widokami. Jaskinie będące tunelami o różnej wysokości, są rozświetlone kolorowymi światłami.

Świątynia w Rezerwacie Tràng An
Świątynia w Rezerwacie Tràng An

Z kolei świątynie mieszczące się w fantazyjnych, drewnianych budynkach, posiadają niezwykle bogate, kapiące złotem wnętrza z rzeźbionymi ścianami, dużymi posągami oraz wielkimi naczyniami w stylu chińskiej porcelany. Większość turystów to mieszkańcy wschodniej Azji. Tym bardziej nie mogło dziwić, że znaczna część z nich, oddawała się modlitwom. Groty Tràng An to była dla nas jedna z najbardziej niezapomnianych atrakcji Wietnamu.

Rezerwat Tràng An
Rezerwat Tràng An

Hoa Lư Ancient Capital – Po rejsie pojechaliśmy do starej stolicy Wietnamu – Hoa Lư, w której na przełomie X i XI wieku rządzili miejscowi cesarze. Wstęp do miasta jest bezpłatny, ale należy pozostawić skuter na jednym z rozlicznych parkingów przed główną bramą (10.000 VND). Na terenie Hoa Lư znajdują się świątynie, w których właśnie odbywały się jakieś uroczystości. Przebrane w barwne stroje i fantazyjne nakrycia głowy, leciwe uczestniczki modłów, odprawiały bardzo spokojną i powolną ceremonię.

Rezerwat Tràng An
Rezerwat Tràng An

My w międzyczasie zwiedzaliśmy świątynię i przyglądaliśmy się temu co robi barwny korowód. Zastawialiśmy się dla kogo przygotowano złocone palankiny, czyli lektyki. Wychodząc ze świątyni dostaliśmy od jednej z kobiet mandarynkę, pochodzącą wprost z darów dla czczonych tutaj pierwszych władców Wietnamu. Owoc zjedliśmy po chwili, zastanawiając się, czy czasem nie jest to jakieś świętokradztwo ;-)

Barwny korowód w Hoa Lư Ancient Capital
Barwny korowód w Hoa Lư Ancient Capital

Po wyjściu ze świątyni weszliśmy na wzgórze ponad miastem, na szczycie którego znajdują się cesarskie grobowce. Prócz tego z góry rozciąga się rozległa panorama okolicy z licznymi, niewysokimi, ale stromymi pagórkami. Po zejściu przeszliśmy główną ulicą, a potem pośród kramów, które rozlokowały się z na całym terenie, zapewne z powodu trwającego święta i związanego z tym festynu.

Widok ze skały ponad Hoa Lư Ancient Capital
Widok ze skały ponad Hoa Lư Ancient Capital

Jadąc do następnej atrakcji, zatrzymaliśmy się przy typowym dla Wietnamu cmentarzu. Groby to miniaturowe posesje z prawdziwymi niskimi płotami oraz małymi świątyniami, czy też pagodami. Wydaje się, że są to grobowce rodzinne, gdyż jest na nich po kilka niedużych sarkofagów.

Brama do Hoa Lư Ancient Capital
Brama do Hoa Lư Ancient Capital

Hang Múa – Ostatnią atrakcją dnia była jaskinia Hang Múa, a w szczególności punkt widokowy ulokowany na wzgórzu ponad jaskinią. Skuter zostawiliśmy na jednym z parkingów wzdłuż długiej ulicy prowadzącej do atrakcji (15.000 VND). Już z daleka widzieliśmy poszarpane, wapienne wzgórza, pod którymi kryje się dość duża grota, a może raczej naturalny tunel. Weszliśmy na teren przy jaskini (100.000 VND od osoby) i najpierw postanowiliśmy obejrzeć okolicę z góry. Czekała nas wędrówka po 460 stopniach na wyżej położoną platformę, ponad którą góruje figura smoka. Wilgotne i parne powietrze nie ułatwiało podejścia na górę.

Wietnamski cmentarz
Wietnamski cmentarz

Na rozwidleniu w połowie ścieżki, musieliśmy wybrać czy idziemy na nieco niższe wzgórze, czy skręcić w lewo i iść na wyższe. Warto było pomęczyć się trochę bardziej, bo widok spod smoka jest naprawdę spektakularny. Jedynie wdrapanie się do wydłużonego cielska monstrum było praktycznie niemożliwe, bo opanowane przez miejscowych, spragnionych selfie ze smokiem :-)

Punkt widokowy ponad jaskinią Hang Múa
Punkt widokowy ponad jaskinią Hang Múa

Zejście w dół było zdecydowanie prostsze. Na dole weszliśmy do niewielkiej jaskini, przez którą można dojść do miejsca piknikowego. Dodatkową atrakcją tego miejsca są stawy z kwiatami lotosu. Niestety w kwietniu kwiatów było jak na lekarstwo…

Jaskinia Hang Múa
Jaskinia Hang Múa

Po powrocie na kwaterę zachciało nam się ryby na obiad. Naszym łupem padł sea bass, czyli okoń morski w sosie z pomidorami i ananasem oraz ryżem (98.000 VND za porcję). Pozostało nam tylko czekać na taksówkę, która zawiezie nas na autobus w Tam Coc (120.000 VND). Byliśmy trochę skonsternowani, bo zamiast przystanku lub biura, mieliśmy czekać koło jakiejś restauracji… Na szczęście bus przyjechał na czas i zabrał nas w kolejne miejsce, gdzie wraz z dwójką Francuzów czekaliśmy na kolejnego busa, tym razem 16-osobowego do Hạ Long, który przyjechał mocno spóźniony. Do tego po dwóch godzinach kierowca zrobił przerwę na obiad i mimo, że gnał jak opętany po ruchliwej drodze, to i tak do celu dotarł z półtoragodzinnym opóźnieniem (4h zamiast 2,5 h).

Stawy z lotosami niedaleko Hang Múa
Stawy z lotosami niedaleko Hang Múa

Hạ Long – Bus dotarł do biura, które znajdowało się nieopodal naszego noclegu, czyli Samatha Hotel Bãi Cháy. Samochodem osobowym, gratisowo dowieziono nas pod same drzwi. Przywitała nas młoda dziewczyna, która zaprowadziła do pokoju i przyjęła zamówienie na śniadanie, na które jak zrozumieliśmy, miały być kanapki. Przed położeniem do łóżka wypiliśmy po zimnym piwie, które czekało na nas w pokoju :-)

18.04.2024 r.

Hạ Long – Głodni, licząc na fajne śniadanie, zeszliśmy na parter, gdzie ku naszemu zaskoczeniu, dostaliśmy rosół z makaronem i dużą ilością zieleniny, a do tego kawę i owoce. Mimo, że zupa była naprawdę niezła w smaku, to nie było to śniadanie marzeń :-) Chcieliśmy wybrać się na pobliską plażę, żeby zaliczyć małą kąpiel w Morzy Południowochińskim, ale powstrzymała nas gwałtowna burza. Mieliśmy tylko nadzieję, że skończy się przez zaplanowanym rejsem po Zatoce Hạ Long, który zarezerwowaliśmy jeszcze przed wyjazdem za pośrednictwem hotelu (820.000 VND za osobę z posiłkiem i wstępem do wszystkich atrakcji). Na szczęście pogoda się stopniowo poprawiała, poszliśmy więc poszukać czegoś na drugie śniadanie. W mikro markecie przecznicę od naszego hotelu kupiliśmy dwie słodkie bułki z żółtym serem oraz ciastko kakaowe, wszystko o raczej dziwnym smaku (bułki i ciastko po 20.000 VND) :-D

Zatoka Ha Long
Zatoka Ha Long

O 11:00 podjechał bus, który zawiózł nas na przystań w starej części Hạ Long. W dość dużym terminalu promowym czekaliśmy na resztę wycieczki. W kilkunastoosobowej grupce wsiedliśmy na niewielki stateczek i popłynęliśmy do niezwykłego miejsca, uznawanego za jeden z siedmiu przyrodniczych cudów świata. Zatoka Hạ Long obejmuje obszar 1500 km², na którym wprost z wody wyłania się około 1900 skalistych, stromych wysepek, porośniętych bujną roślinnością. Atrakcja została uznana przez UNESCO za pomnik krajobrazowy i wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa.

Sung Sot Cave
Sung Sot Cave

Rejs rozpoczął się o 12:00 od obiadu, który był taki sobie. Na każdy sześcioosobowy stolik przyniesiono zupę z owoców (trudno powiedzieć jakich), ryż, makaron, frytki, kapustę zasmażaną, sajgonki, jakieś danie z owoców morza, kawałki kurczaka w panierce, rybę wędzoną na ciepło i krewetki. Nikt od stołu nie odszedł głodny, ale zachwytów nie było.

Rezus w Zatoce Ha Long
Rezus w Zatoce Ha Long

Rejs obejmował trzy przystanki. Na pierwszej z wysepek poszliśmy do niezwykłej jaskini Sung Sot Cave pełnej nacieków. Nie dość, że jaskinia jest bardzo duża, ma 10.000 m², to na 800-metrowej ścieżce można zobaczyć trzy przepastne komory z mnóstwem podświetlonych stalaktytów i stalagmitów. Wejście do jaskini jest położone na dość dużej wysokości, więc żeby się do niej dostać, trzeba pokonać sporo stopni, za to po wejściu można zobaczyć jaskinię, która ma 30 m wysokości. Po wyjściu z jaskini przechodzi się obok stoisk z pamiątkami i jedzeniem. My nie oparliśmy się tacce z owocami chlebowca :-) Postój na wyspie trwa 45 minut.

Zatoka Ha Long
Zatoka Ha Long

Drugi punkt programu to rejs 12-osobową łódką lub 2-osobowym kajakiem przez skalny tunel Luon Cave do zatoczki otoczonej skałami, gdzie główną atrakcją są rezusy, czyli małpy żyjące na tym archipelagu. Wybraliśmy łódź, którą rejs trwa około 25 minut.

Ostatni punkt wycieczki to wizyta na Titop Beach, gdzie do wyboru jest 40-minutowe plażowanie lub wejście po 400 stopniach na punkt widokowy, z którego roztacza się panoramiczny widok na niemal całą Zatokę Hạ Long. Plaża jest owszem ładna, ale wygrały widoki. Spoceni parnym powietrzem, dotarliśmy na szczyt skały, skąd oglądaliśmy setki wysepek oraz dziesiątki łodzi i stateczków unoszących się na zielonej wodzie.

Widok na Zatokę Ha Long z Titop
Widok na Zatokę Ha Long z Titop

Wracając mogliśmy oglądać malownicze wysepki w zupełnie innym świetle niż około południa. Popijaliśmy lokalne piwo Sapphire Halong i rozkoszowaliśmy się widokami. Do portu przybiliśmy o 18:00, po sześciogodzinnej wyciecze. Do hotelu odwieziono nas około 18:30.

Zatoka Ha Long
Zatoka Ha Long

Mieszkaliśmy w dzielnicy hotelowej, więc do centrum mieliśmy kawałek drogi. Od lunchu minęło naprawdę sporo czasu, więc ruszyliśmy w poszukiwaniu restauracji. Większość z jadłodajni miała wystawione akwaria z rybami i owocami morza. Gdy zapytaliśmy o menu, wskazano nam akwaria, z których mieliśmy wybrać sobie danie obiadowe… No cóż, wybraliśmy ostroboka, który chwilę później skończył na patelni. To nie było dla nas zbyt miłe doświadczenie, ale przecież jeśli nie my zjedlibyśmy tę rybę, to zapewne ktoś inny trochę później… Do obiadu dostaliśmy prócz ryby szpinak azjatycki z czosnkiem, ryż i piwo Tiger (1400 g ryby za 700.000 VND, szpinak 50.000 VND za porcję, piwo 30.000 VND za puszkę, ryż gratis). No cóż tak świeża ryba smakował doskonale…

Wieczorne Ha Long
Wieczorne Ha Long

Dalej poszliśmy zobaczyć oświetlone różnymi kolorami miasto. W parku podziwialiśmy kolorowe, fantazyjne fontanny, błyskające barwami wieżowce, czy też olbrzymie młyńskie koło górujące w oddali. Wracając postanowiliśmy kupić coś „normalnego” na śniadanie. W jednym sklepie zdobyliśmy chleb tostowy i dwa jogurty, a w drugim dwie paczki po sześć parówek (całość 102.000 VND). Zadowoleni wróciliśmy do hotelu.

Wieczorne Ha Long
Wieczorne Ha Long

19.04.2024 r.

Hạ Long – Po śniadaniu wyruszyliśmy na spacer po dzielnicy hotelowej Bãi Cháy oraz nad morze. Dzielnica ta jest dość nietypowa, bo wygląda na niemalże niezamieszkałą. Jest mnóstwo nowych budynków, wręcz całe kwartały, ale czynne jest zaledwie parę procent. Pozostałe hotele to pustostany. W związku z tym ludzi też jest niewiele. Wszystko wygląda jak polskie kurorty nadmorskie w lutym, tyle, że świeżo zbudowane. Plaża jest piękna, piaszczysta i poprzedzona szerokim pasem palm.

Uliczki Bãi Cháy
Uliczki Bãi Cháy

Poszliśmy wzdłuż Morza Południowochińskiego, które nie wyglądało zbyt zachęcająco, gdyż plaża była brudna, a w wodzie przy brzegu pływały śmieci. Na piasku zauważyliśmy mnóstwo małych dziurek. Zastanawialiśmy się co to jest. W końcu zauważyliśmy, że do niektórych otworków chowają się malutkie, wielkości paznokcia kraby w kolorze piasku. Dziurek były tysiące, więc zapewne zwierzątek był równie dużo :-)

Plaża nad Morzem Południowochińskim
Plaża nad Morzem Południowochińskim

W pewnym momencie podeszły do nas dwa wietnamskie małżeństwa, które chciały koniecznie mieć zdjęcia z Europejczykami. W ten sposób mieliśmy całkiem pokaźną sesję zdjęciową :-D Po powrocie do hotelu czekała na nas zamówiona taksówka na lotnisko Nội Bài w Hanoi (około 170 km, 2,5 h, 1.400.000 VND). Droga na lotnisko przebiegła w miłej atmosferze, przejazd był bardzo spokojny, a po drodze zatrzymaliśmy się na szybkie przekąski i toaletę.

Mały krab na plaży nad Morzem Południowochińskim
Mały krab na plaży nad Morzem Południowochińskim

Hanoi – Na lotnisko dotarliśmy z godzinnym zapasem. Wylot do Siem Reap w Kambodży mieliśmy o 15:25 liniami Vietnam Airlines (lot numer VN 837). Sprawdziliśmy pocztę elektroniczną i okazało się, że nastąpiła zmiana lotu powrotnego z Kambodży do Wietnamu. Okazało się, że lot miał być siedem godzin wcześniej… Oznaczało to przeprogramowanie naszej wycieczki, a w szczególności przejazdu autobusem po powrocie do Wietnamu. Szybko zrezygnowaliśmy z jednego autobusu na rzecz wcześniejszego i przy okazji dokupiliśmy nocleg.

Nieoczekiwana sesja zdjęciowa w Bãi Cháy
Nieoczekiwana sesja zdjęciowa w Bãi Cháy

Musieliśmy także przemyśleć nasz pobyt w Kambodży, który tym samym skrócił się o pół dnia. Zjedliśmy przy okazji lunch, na który zamówiliśmy bánh mì, czyli kanapki, tym razem wybraliśmy pieczywo z grillowaną wieprzowiną i chilli (7,50$ za szt.) oraz soloną, kremową kawę mrożoną  (7$ za szt.).

Kambodża

19.04.2024 r.

Siem Reap – Na nowym lotnisku Siem Reap–Angkor w Kambodży, otwartym zaledwie kilka miesięcy wcześniej, wylądowaliśmy o 17:10 i po przejściu przez kontrolę paszportową, gdzie sprawdzono nasze wizy, mogliśmy udać się do wyjścia. Tu czekał taksówkarz, który za 30$ dowiózł nas do Uncle Sam Villa w centrum Siem Reap (około 50 km, 1 h). Po drodze, przemiły kierowca dał nam wiele praktycznych wskazówek i opowiedział jak żyje się w Kambodży. Okazuje się, że z zewnątrz wszystko wygląda nieźle, jednak ludziom nie powodzi się zbyt dobrze, a rządy nie zmieniają się od lat…

Amok – typowo khmerska potrawa

Do celu dotarliśmy pod wieczór, a że mieszkaliśmy w centrum, bardzo blisko starego targowiska – Old Market, udaliśmy się w jego stronę na obiad. Nim zjedliśmy, chcieliśmy wymienić nasze dolary na kambodżańskie riele (około 4.000 rieli za 1$). W Kambodży nie ma konieczności wymiany amerykańskich pieniędzy na lokalne, gdyż wszędzie ceny są podane w obu walutach. Jednakże płacąc dolarami, liczyć się trzeba z zaokrągleniami w górę :-) Kantory w Siem Reap są oryginalne, bo przypominają stoisko z ulotkami o wymiarach pół na pół metra z jednym krzesełkiem i to ulokowane wprost na chodniku przy ulicy. Musieliśmy chwilę poczekać, aż ktoś przyniesie riele, bo w kantorze zabrakło gotówki :-D

Obiad zjedliśmy w popularnej knajpie, pełnej zarówno turystów, jak i miejscowych, gdzie podano nam typowo khmerskie danie o wdzięcznej nazwie amok :-D Wybraliśmy wersję z kurczakiem. Była to potrawka w sosie śmietanowym o smaku curry z cebulą, fasolką, szpinakiem i szczypiorkiem (5,50$ za porcję). Bardzo smaczne danie uzupełnił ryż podany łyżką wprost z miski (0,50$) oraz lokalne piwo Angkor z wizerunkiem słynnych świątyń (1$ za szklankę 0,3l). Po obiedzie rzuciliśmy się w wir zakupów. towary są tu o niebo tańsze niż w Wietnamie, więc zakup ubrań, czy też wszelakich gadżetów jest bardzo kuszący.

20.04.2024 r.

Angkor Wat – Po wyjściu z kwatery chcieliśmy złapać tuk-tuka do najsłynniejszej z okolicznych świątyń, czyli Angkor Wat, a potem wędrować pieszo i wrócić tuk-tukiem. Pojazdy nieco różnią się od tego co znaliśmy z innych krajów, gdyż nie były to jednolite trójkołowce, lecz motocykle z doczepioną, zadaszoną przyczepką. Kierowcy nastawieni byli na całodniowe obwożenie turystów po kompleksie świątynnym (za 20$), a nie na pojedyncze odcinki. W końcu znaleźliśmy chętnego do zawiezienia nas do Angkor Wat, a przede wszystkim najpierw do centrum turystycznego, w którym kupuje się bilety do wszystkich obiektów (5$ za kurs). Wybraliśmy bilet trzydniowy za 62$ za osobę. Co ciekawe, aby uniknąć oszustwa, bilety mają nadrukowane zdjęcia turystów.

Angkor Wat
Angkor Wat

Angkor Wat to dosłownie Stolica Świątyń, czyli najważniejsze miejsce kultu w całym Angkorze. Powierzchnia Angkor Wat to 162,6 ha, czyli sporo ponad 1,5 km2 i tym samym jest to największy zabytek religijny na świecie. Budowla pochodzi z XII w. i mimo, że początkowo służyła wyznawcom hinduizmu, obecnie jest świątynią buddyjską. To niezwykłe miejsce kultu jest najlepszym przykładem architektury Khmerów, którzy do budowy użyli niezwykle trwałej skały – laterytu, zawierającego duże ilości żelaza i aluminium. Budowla posiada pięć niezwykle ozdobnych wież i symbolizuje świętą górę Meru o pięciu wierzchołkach. Najwyższa, centralna wieża ma 65 m i podobnie jak pozostałe, ma przypominać pąk lotosu.

Wejście na wieżę Angkor Wat
Wejście na wieżę Angkor Wat

Groblą przeszliśmy przez fosę, a następnie dotarliśmy do głównej bramy, w której kryje się przepasany złotą tkaniną, posąg Wisznu o ośmiu ramionach. Po wejściu na właściwy teren świątyni, w dali zobaczyliśmy główną budowlę oraz rozległy teren zielony z dwoma prostokątnymi stawami oraz dwoma efektownymi budynkami, w których mieściły się niegdyś biblioteki. W końcu dotarliśmy do centralnej świątyni z wieloma zakamarkami, różnymi posagami oraz ciągnącymi się w nieskończoność płaskorzeźbami wzdłuż zewnętrznego korytarza. Jest to niemal jednolita płaskorzeźba o długości 900 m, zwierająca 20 tysięcy postaci z khmerskiej mitologii oraz sceny rodzajowe.

Buddyjscy mnisi w Angkor Wat
Buddyjscy mnisi w Angkor Wat

Stromymi schodami weszliśmy na wyższy poziom budowli, gdzie z góry mogliśmy ocenić ogrom tego miejsca kultu. Wrażenie niezwykłe i niepowtarzalne. Chodziliśmy jeszcze dość długo wyszukując coraz to nowe zakamarki, podziwiając kunszt ówczesnych rzeźbiarzy oraz architektów i oglądaliśmy świątynię z różnej perspektywy. żal nam było opuszczać ten zacny przybytek, ale mieliśmy jeszcze bardzo dużo do zwiedzania :-)

Angkor Wat
Angkor Wat

Bayon – Było ekstremalnie gorąco, więc nawet idąc w cieniu drzew nie czuliśmy ani odrobiny ulgi. Z Angkor Wat do świątyni Bayon są zaledwie trzy kilometry, ale przy tym upale to niemalże wieczność… Kolejni kierowcy tuk-tuków zwalniali przy nas oferując podwózkę. Byliśmy twardzi :-) Niedaleko Południowej Bramy do Bayonu zatrzymaliśmy się na naleśniki z mango i zimne piwo, ale na niewiele się to zdało. Po chwili ponownie dopadło nas rozżarzone powietrze. Doszliśmy do pięknego mostu ze 154 figurami bogów i demonów ustawionych po przeciwnych jego stronach. Most poprzedza okazałą Bramę Południową, po której przejściu daliśmy się w końcu namówić na przejazd tuk-tukiem pozostałe 1,5 km do Bayonu (1$). Co za ulga. Nie dość, że nie musieliśmy iść, to pęd powietrza przyjemnie nas chłodził.

Brama Południowa do Świątyni Bayon
Brama Południowa do Świątyni Bayon

Bayon to świątynia budowane przez cały XIII w., charakteryzująca się gigantycznymi twarzami bóstw spoglądających z wysokości wież na spacerujących turystów. Twarzy jest aż 216, bo każda z 54 wież posiada po cztery oblicza patrzące w cztery strony świata. W przeciwieństwie do Angkor Wat budowla jest niewielkich rozmiarów, aczkolwiek ma niezwykłą ilość ozdób, w tym 1200 m ścian pokrytych płaskorzeźbami z 1100 postaciami. Wrażenie niezwykłe, gdyż reliefy są bardzo wyraziste i sugestywne.

Jazda tuk-tukiem wśród świątyń Angkoru
Jazda tuk-tukiem wśród świątyń Angkoru

Znowu chcieliśmy iść pieszo, gdyż wydawało nam się, że do kolejnej atrakcji, czyli Tarasu Słoni jest bardzo blisko. Niby tak, ale jednak w upale niekoniecznie :-) Kierowca tuk-tuka dokładnie zdawał sobie sprawę, że odpuścimy i w końcu skorzystamy z jego usług. No cóż miał rację ;-) Umówiliśmy się na kurs do świątyni Ta Prohm, z postojem przy Tarasie Słoni (4$). Sądziliśmy, że wyobrażenia słoni będą bardziej realistyczne, więc mimo wielkości rzeźb, nie zrobiły na nas spodziewanego wrażenia.

Świątynia Bayon
Świątynia Bayon

W tym miejscu musimy dodać przestrogę. Mimo kapeluszy na głowach i picia mnóstwa wody, Monika zaczęła odczuwać pierwsze objawy udaru słonecznego. Tylko szybka reakcja, odpoczynek w cieniu i duża ilość lodowato zimnego soku z arbuza, oszczędziły nam kłopotów.

Niekończące się reliefy w Świątyni Bayon
Niekończące się reliefy w Świątyni Bayon

Ta Prohm – Ta Prohm to obok Angkor Wat, najsłynniejsza świątynia całego Angkoru. O dziwo nie stało się to za sprawą wyjątkowości tego miejsca, lecz gry komputerowej, a następnie słynnego filmu Tomb Rider z Angeliną Jolie w roli głównej. Charakterystyczne miejsca Ta Prohm stanowiły tło kilku scen i przy okazji ściągnęły rzesze turystów.

Brama do Świątyni Ta Prohm
Brama do Świątyni Ta Prohm

Do kompleksu świątynnego wchodzi się przez wieżę bramną zwieńczoną wielką głową o czterech twarzach, a dalej ciągnie się dżungla, która prowadzi do świątyni z końca XII w., którą budowało aż 80 tysięcy ludzi. Dżungla nie tylko otacza całą budowlę, lecz można powiedzieć, że się do niej wdarła i stopniowo zarasta poszczególne budynki. Niesamowite wrażenie sprawiają korzenie wielkich drzew – dyniowców, oplatające wiekowe kamienie. Grube pędy wrastają między szczeliny i rozsadzają je od środka. Część drzew wyrasta wprost z dachów i obejmuje całe budynki, niczym macki ośmiornicy.

Olbrzymie dyniowce oplatające budynki Ta Prohm
Olbrzymie dyniowce oplatające budynki Ta Prohm

Już przed wejście do Ta Prohm, umówiliśmy się na ostatni kurs tuk-tukiem. Chcieliśmy przejechać przez dwie kolejne świątynie – Banteay Kdei i Prasat Kravan, a potem wrócić do Siem Reap. Nasz kierowca był szczęśliwy, bo miał jeszcze jedna kurs, tym razem za 7$. Łącznie zapłaciliśmy za wszystkie kursy 14$ i prawdę mówiąc mieliśmy szczęście, że znaleźliśmy jakiegoś wolnego tuk-tuka, bo wszyscy byli nastawieni na całodniowe wycieczki, więc każdy pojazd był już zajęty. Oszczędność z tego też była niewielka, bo jak pisaliśmy wcześniej, tuk-tuka na cały dzień można było wynająć za raptem 20$…

Ta Prohm – sceneria wprost z filmu Tomb Rider

Banteay Kdei – Nieco mniejsza świątynia, która kształtem przypomina amfiladę, czyli korytarz od którego odchodzą mniejsze pomieszczenia. Budowla pochodzi z przełomu XII i XIII w., a w jej wnętrzy turystów i oczywiście wiernych, wita figura siedącego Buddy w złotych szatach. Miejsce jest wolne od zgiełku, który towarzyszy najsłynniejszym obiektom Angkoru.

Budda siedzący w Świątyni Banteay Kdei
Budda siedzący w Świątyni Banteay Kdei

Prasat Kravan – Prasat Kravan to niewielkie pozostałości świątyni zbudowanej nieco inaczej niż reszta, bo zamiast kamieni, do budowy użyto małych cegieł. W popołudniowym świetle, pomarańczowy budynek wyglądał odmiennie nie wcześniejsze świątynie i był całkowicie wolny od turystów.

Świątynia Banteay Kdei
Świątynia Banteay Kdei

Siem Reap – Na obiad w tej samej reastauracji co dzień wcześniej, zamówiliśmy Fish Cake with hot chilli sauce. Rybne ciasteczka to tak naprawdę coś przypominającego naleśniki z jakąś khmerską przyprawą i sosem słodko-kwaśno-pikantnym do maczania placków. Dodatkowo dostaliśmy pomidory, ogórki oraz oczywiście ryż, a do tego nieodłączne piwo Cambodia (cały obiad dla dwojga za 13$). Po powrocie do hotelu zamówiliśmy taksówkę na cały kolejny dzień. Za łączną cenę 70$ kupiliśmy kurs do wioski Kompong Phluk oraz Świątyni Banteay Srei.

Świątynia Prasat Kravan
Świątynia Prasat Kravan

21.04.2024 r.

Kompong Phluk – Z rana pojechaliśmy bardzo wygodną i przestronną Toyotą Camry do jednej ze słynnych kambodżańskich, pływających wiosek nad jeziorem Tonle Sap, będącym rozlewiskiem rzeki, która następnie wpada do Mekongu. Wielkość jeziora jest bardzo zależna od pory roku, gdyż w porze deszczowej ma aż 15.000 km2, stając się największym jeziorem całych Indochin, a w porze suchej ma zaledwie 2.500 km2. Z tego powodu domy w Kompong Phluk stoją na wysokich palach, o wysokości 6-9 m, a część z nich stanowi pływające wyspy. Do wsi w porze suchej można dojechać samochodem i przejść po suchych uliczkach, natomiast w porze deszczowej jedynym środkiem transportu są łodzie.

Rejs po Jeziorze Tonle Sap
Rejs po Jeziorze Tonle Sap

Była pora sucha, więc kierowca zawiózł nas na przystań, z której prostą, ale dość dużą łodzią ze sternikiem, wyruszyliśmy tylko we dwoje na wycieczkę po Tonle Sap (25$ od osoby). Płynęliśmy po wyjątkowo mętnej wodzie, przyglądając się rybakom stojącym w jeziorze i zarzucającym sieci. Po wypłynięciu na głębszą wodę, wokół widzieliśmy pływające domostwa. Dopłynęliśmy do jednej z „wysepek”, na której prócz domu znajdowała się hodowla krokodyli i pytonów, taras widokowy, a przede wszystkim sklepik z pamiątkami i restauracja. Wypiliśmy kawę mrożoną z mlekiem (1,5$ za duży kubek) oraz kupiliśmy zestaw 10 zeszytów i ołówków (6$), aby rozdać je w wiosce dzieciom, których rodziców nie stać na przybory szkolne.

Hodowla krokodyli na pływającym po Jeziorze Tonle Sap domu
Hodowla krokodyli na pływającym po Jeziorze Tonle Sap domu

Ciekawie wyglądała procedura „parkowania” łodzi na przystani. Sternik musiał wepchnąć się pomiędzy łodzie ustawione ciasno jak sardynki w puszce. Było to karkołomne zadanie i zajęło kilka, a może nawet kilkanaście minut. Przyglądaliśmy się jak kierujący łodzią młody chłopak, ręcznie rozpycha inne łódki i po kilka centymetrów wpycha się coraz głębiej.

Pływająca wioska Kompong Phluk w porze suchej
Pływająca wioska Kompong Phluk w porze suchej

Z kierowcą umówiliśmy się na drugim końcu wsi, więc poszliśmy długą ulicą prowadzącą pośród kolorowych domów na wysokich palach. Domy miały dwie lub trzy kondygnacje i przyozdobione były różnymi roślinami. Dolna cześć domu jest ewidentnie użytkowana tylko podczas suszy, a wyższe piętra przez cały rok. Czekaliśmy aż dzieci podejdą do nas po zeszyty, które trzymaliśmy w ręku. Nie kwapiły się za bardzo, żeby wziąć fanty. Dopiero przy szkole podbiegła grupka dzieci, którym sprezentowaliśmy przybory. Przypuszczamy, że sprzedaż zeszytów i ołówków po znacznie zawyżonych cenach, to zwykłe żerowanie na empatii turystów…

Złote stupy przy Świątyni w Kompong Phluk
Złote stupy przy Świątyni w Kompong Phluk

Na końcu wsi dotarliśmy do efektownej świątyni, którą otaczały złote, niewielkie budowle w formie wieżyczek. Trudno powiedzieć, czy były to grobowce, czy może rodzaj kapliczek na kształt buddyjskich stup. Jedno jest pewne, że zarówno główna świątynia, jak i pomniejsze budyneczki, kapały złotem, pełne były misternych ornamentów i bardzo kolorowych malowideł ewidentnie przedstawiających lokalną mitologię. Ciekawym budynkiem obok świątyni był pawilon z mnóstwem kolorowych kolumn, w którym krzątały się dzieci. Nad samą rzeką wznosił się majestatyczny posąg słonia, który przypominał rzeźby hinduistyczne.

Posąg słonia przy Świątyni w Kompong Phluk
Posąg słonia przy Świątyni w Kompong Phluk

W drodze do kolejnej atrakcji, czyli Banteay Srei zatrzymaliśmy się na obiad w przydrożnej restauracji, gdzie zjedliśmy bardzo nietypowo przyprawiony, ale pyszny obiad. Kawałki ryby smażonej wraz z imbirem, cebulką i liśćmi cytryny, przyprawione były chili i czymś podobnym do curry. Oczywiście do obiadu nie mogło zabraknąć ryżu i piwa Angkor. Całość poprzedzał talerz różnych owoców. Obiad dla dwóch osób to wydatek 21,50$.

Wioska Kompong Phluk
Wioska Kompong Phluk

Banteay Srei – Drugim celem dnia była świątynia Banteay Srei, starsza od wcześniej przez nas oglądanych, gdyż pochodząca z drugiej połowy X w. Niewielkich rozmiarów sanktuarium zostało zbudowane z różowego piaskowca i według nas jest to chyba najpiękniej ozdobiona świątynia Angkoru. Jak głosi legenda, ornamenty są tak delikatne, że mogła je stworzyć wyłącznie kobieca ręka.

Różowa Świątynia Banteay Srei
Różowa Świątynia Banteay Srei

Misterne budowle ukryte wśród zieleni, zwiedza się bardzo przyjemnie, tym bardziej, że nie ma tu zbyt wielu turystów, a całości efektu podczas naszej wizyty, dopełniali mnisi ubrani w pomarańczowe szaty, których kolor ciekawie komponował się z murami kompleksu, oblanego popołudniowym słońcem. Na tyłach sanktuarium turystom przygrywał zespół grający melodie z wykorzystaniem tradycyjnych instrumentów. Powrót na parking wiódł wzdłuż rozlewisk, które w porze suchej są raczej pastwiskami, ale gdy wypełnia je woda, są siedliskiem licznych ptaków.

Niezwykła architektura Banteay Srei
Niezwykła architektura Banteay Srei

Siem Reap – Po powrocie poszliśmy na wieczorny spacer po starym targowisku rozświetlonym milionami lampionów, gdzie życie kwitnie do późnych godzin. Potem poszliśmy na lekką kolację, podczas której podzieliliśmy się trzema przystawkami: surowymi sajgonkami z ostrym sosem, smażonymi sajgonkami ze słodkim sosem oraz khmerskimi pierogami w czterech smakach, przypominającymi nasze pyzy, tyle że bardziej gumowe (każda przystawka po 3$), a do tego wypiliśmy koktajl ze smoczego owocu (2$ za szklankę). Przepyszny posiłek!

Misterne rzeźbienia w Banteay Srei
Misterne rzeźbienia w Banteay Srei

22.04.2024 r.

Siem Reap – Ostatniego poranka w Kambodży postanowiliśmy pokręcić się po centrum Siem Reap. Tuż obok naszego pensjonatu wznosi się XVI-wieczna, pełna przepychu Świątynia Świętego Mnicha Girlandy, która nazwę wzięła od mnicha, który przybył tu ponoć na girlandzie kwiatów. Pomiędzy poszczególnymi obiektami tego buddyjskiego klasztoru jest mnóstwo kwitnących drzew i krzewów, a oprócz tego kolorowe posągi bóstw i zwierząt oraz złote stupy. Najciekawszym posągiem jest dziesięciometrowy leżący Budda, który osiągnął nirwanę, ukryty we wnęce za posągiem siedzącego Buddy.

Świątynia Świętego Mnicha Girlandy w Siem Reap
Świątynia Świętego Mnicha Girlandy w Siem Reap

Następnie udaliśmy się wzdłuż rzeki Siem Reap do Dzielnicy Francuskiej z zabudową kolonialną, której zwieńczeniem jest Pałac Królewski. Sama dzielnica nie jest zbyt efektowna, a budynek Pałacu można oglądać tylko z zewnątrz. Przed Pałacem znajduje się nowoczesny ogród z rzeźbami bohaterów narodowych. Dodajmy ciekawostkę. Interesująca jest geneza nazwy Siem Reap, która dosłownie oznacza zwycięstwo nad Syjamem, czyli obecną Tajlandią, z którą Kambodża wielokrotnie w historii toczyła wojny. Wracając na kwaterę usiedliśmy w małej ulicznej kafeterii, żeby wypić czekoladową kawę mrożoną, bo jakby na to nie patrzeć, kawa jest tu podobnie jak w Wietnamie, napojem narodowym :-)

Świątynia Świętego Mnicha Girlandy w Siem Reap
Świątynia Świętego Mnicha Girlandy w Siem Reap

Wylot do Wietnamu Południowego, a konkretnie do Ho Chi Minh, mieliśmy o 13:05 liniami Cambodia Angkor Air (lot nr K6 824). Czekał nas zaledwie półtoragodzinny lot małym turbośmigłowym ATR-em. Co ciekawe, prawie tyle samo jechaliśmy na lotnisko klimatyzowanym taxi za 34$. Terminal zaskoczył nas rozmachem, bo jest zdecydowanie zbyt duży w stosunku do ilości obsługiwanych lotów. Chińczycy, którzy zbudowali nowe lotnisko Siem Reap, jak widać liczą, że z czasem będzie tu lądowało znacznie więcej samolotów, w tym zapewne z ich kraju, generując im godziwy zysk. Efektowne lotnisko było niemalże puste, a nasz samolot wystartował pół godziny przed czasem…

Niesamowite nowe lotnisko Siem Reap
Niesamowite nowe lotnisko Siem Reap

Wietnam Południowy

22.04.2024

Hồ Chí Minh – Po wylądowaniu w Hồ Chí Minh po raz pierwszy skorzystaliśmy z najpopularniejszej aplikacji do rezerwacji taksówek w Wietnamie, czyli aplikacji Grab (bez konieczności płacenia z góry). Zamówiliśmy przejazd na przystanek autobusowy i poszliśmy w miejsce, które wskazano nam jako miejsce spotkania. Było tam wiele samochodów i niezłe zamieszanie. Okazuje się, że jak to bywa wszędzie z taksówkami na lotniskach, także w Wietnamie, jest to okazja do oszustwa. Trudno było znaleźć właściwy pojazd, ale „uczynni” Wietnamczycy postanowili nam pomóc i oczywiście wsiedliśmy do zupełnie innej taksówki. Opłata z aplikacji nie spodobała się kierowcy, więc kazał nam przesiąść się do innego samochodu. Kolejny kierowca zdecydował się na kurs za ustaloną wcześniej stawkę (60.000 VND), aczkolwiek musieliśmy dopłacić za wyjazd z lotniska, czyli zapewne za czas, który spędził na oczekiwaniu na klienta (133.000 VND). Po chwili dostaliśmy informację od właściwego taksówkarza, że czeka na nas. Wtedy zorientowaliśmy się, że zostaliśmy oszukani. Na szczęście dojechaliśmy tam, gdzie chcieliśmy, a jedyną karą było naliczenie dodatkowej opłaty przy następnym kursie (10.000 VND, czyli raptem 1,60 zł) i doba blokady w aplikacji.

Ogród kwiatów w Đà Lạt
Ogród kwiatów w Đà Lạt

W biurze linii autobusowej do Đà Lạt byliśmy wcześniej niż sądziliśmy i dzięki temu, udało nam się przebukować autobus z 20:00 na 16:01. Kazano nam wsiąść do autobusu, gdzie musieliśmy zdjąć buty, kierowca wręczył reklamówkę, a w zamian mogliśmy ubrać gumowe klapki znajdujące się w dużym koszu obok kierowcy. No cóż… Wyobraziliśmy sobie jak wyglądałaby ta sama sytuacja w polskiej komunikacji, gdy kierowca wszystkim daje klapki i każe zdejmować swoje obuwie. Co kraj to obyczaj… :-D Autobus dowiózł nas na właściwy przystanek, gdzie oprócz rytuału zdjęcia butów, czekały na nas miejsca leżące w kolejnym autokarze. Dwa poziomy leżanek ulokowanych w trzech rzędach, za krótkich jak dla Europejczyków, nie pozwalały na zbyt komfortową jazdę, szczególnie, że mieliśmy przed sobą ponad 8 godzin drogi.

Ogród kwiatów w Đà Lạt
Ogród kwiatów w Đà Lạt

Po drodze zatrzymaliśmy na posiłek. Za 50.000 VND dostępny był bufet, na który składała się dość dziwna zupa pho z ananasem i danie główne do wyboru: ryba gotowana w sosie lub boczek z warzywami również w sosie, a do tego oczywiście ryż z warzywami gotowanymi. Całe szczęście, bo od Kambodży nic nie jedliśmy :-)

Las bonsai – Ogród kwiatów w Đà Lạt

Đà Lạt – Do Đà Lạt przyjechaliśmy 40 minut po północy. W pobliżu przystanku nie było żadnej taksówki, a Grab przecież nas zablokował. Podeszliśmy do jakiegoś lokalu, gdzie siedziało czterech mężczyzn popijających piwo. Zapytaliśmy o taksówkę i nie zdążyliśmy się obejrzeć jak podjechało taksi, które za 200.000 VND podwiozło nas do kwatery. W Uncle Park’s Villa Son Trang czekała na nas córka właścicieli, których zawiadomiliśmy, że będziemy około cztery godziny wcześniej. Dostaliśmy piękny pokój na poddaszu i mogliśmy iść spać :-)

Ogród kwiatów w Đà Lạt
Ogród kwiatów w Đà Lạt

23.04.2024 r.

Đà Lạt – Na 9:00 zarezerwowaliśmy taksówkę na cały dzień, a konkretnie na 8 godzin za 900.000 VND. Na kwaterze dostaliśmy śniadanie kontynentalne, to znaczy tosty, serek topiony w plastrach, dżemy, pomidory oraz jajka sadzone na bekonie (60.000 VND od osoby). Đà Lạt jest zwane miastem kwiatów, więc nie powinno dziwić, że jako pierwszą atrakcję wybraliśmy Vườn hoa thành phố Đà Lạt, czyli wspaniały ogród kwiatowy o powierzchni 7.000 m2. Po przejściu bramy oczom naszym ukazała się fontanna otoczona kwiatami, przy której wietnamski ksiądz katolicki zrobił sobie z nami zdjęcie.

Ogród kwiatów w Đà Lạt
Ogród kwiatów w Đà Lạt

Dalej przeszliśmy wzdłuż szpaleru kolorowych storczyków, aż do stawu, przy którym rosną krzewy róż oraz pięknie uformowane drzewka bonsai. Ze skarpy powyżej spoglądał na nas typowo europejski wiatrak, poniżej którego były finezyjnie przycięte żywopłoty w kształcie węży i niezwykła kompozycja z kolorowych parasolek.

Ogród kwiatów w Đà Lạt
Ogród kwiatów w Đà Lạt

W drugiej części ogrodu, na górze, znajdują się szklarnie z roślinami na sprzedaż, przepięknie uformowane mini lasy bonsai, a przede wszystkim mnóstwo kwitnących kwiatów. W dalszej części mogliśmy przejść przez tunel z wielkich serc porośniętych kwiatami, zerknąć na dolną część ogrodu z platformy widokowej oraz przejść wśród postaci z różnych europejskich bajek. Po zejściu na dół oczom naszym ukazały się pięknie uformowane krzewy na kształt przedmiotów i zwierząt. W ogrodzie znaleźć można około 100 różnych kwitnących gatunków roślin. Co roku odbywa się tu festiwal kwiatów, którego celem jest promowanie miasta jako wielkiego producenta roślin ozdobnych.

Ogród kwiatów w Đà Lạt
Ogród kwiatów w Đà Lạt

Taksówką przejechaliśmy wzdłuż dużego jeziora Xuân Hương położonego w samym centrum Đà Lạt. Miasto nie jest zbyt wielkie, szczególnie jak na standardy dalekiego wschodu, bo ma nieco ponad 130 tys. mieszkańców i położone jest na wysokości 1.220 m n.p.m. Trzeba dodać, że Đà Lạt jest bardzo nowoczesne i w przeciwieństwie do innych odwiedzonych przez nas miast w Wietnamie, bardzo przypomina miasta Europy.

Crazy House w Đà Lạt
Crazy House w Đà Lạt

Dojechaliśmy do tzw. Crazy House, czyli Biệt thự Hằng Nga, pensjonatu, a przede wszystkim niezwykłej atrakcji (80.000 VND od osoby). Budynek, a raczej kompleks „szalonych” budynków jest dziełem wietnamskiej architektki Đặng Việt Nga, córki znanego działacza komunistycznego, dla której inspiracją była twórczość Antoniego Gaudiego.

Crazy House w Đà Lạt
Crazy House w Đà Lạt

Dom zbudowany został na kształt wielkiego drzewa, którego główny, pięciokondygnacyjny budynek mieści 10 pokoi do wynajęcia. Trudno tu doszukać się jakichkolwiek kątów prostych, a całość zbudowali nieprofesjonalni rzemieślnicy, którzy do dyspozycji mieli jedynie obrazy architektki. Dziś Crazy House należy do najdziwaczniejszych budynków na świecie i rzeczywiście robi niezwykłe wrażenie.

Crazy House w Đà Lạt
Crazy House w Đà Lạt

Budynki posiadają mnóstwo zakamarków, do których prowadzą wijące się niczym gałęzie drzewa, wąskie schody. Wejść można do wielu pomieszczeń, a nawet na dach budynków. Całość jest niezwykle zaskakująca, co powoduje, że zwiedzający cały czas zastanawia się co zastanie za kolejnym zakrętem. Niezwykłe są także wnętrza wyposażone w niebanalne meble, kolorowe ściany i liczne obrazy. Całość sprawia wrażenie jak wyjęte z baśni, czasem nawet z całkiem mrocznej. Jedno jest pewne, że trzeba mieć ogromną wyobraźnię, żeby stworzyć takie dzieło.

Crazy House w Đà Lạt
Crazy House w Đà Lạt

Na obrzeżach kompleksu, w bardzo spokojnej jego części, znajduje się kawiarnia z kwiatami zwisającymi z sufitu i klimatyczną muzyką. Zamówiliśmy mrożoną czekoladę z kawałkami ciastek i bitą śmietaną. Czekolada była tak zimna, że aż trudno było ją pić. Przy każdym łyku niemalże zamarzało gardło :-)

Crazy House w Đà Lạt
Crazy House w Đà Lạt

Ze Zwariowanego Domu pojechaliśmy do stacji kolejki linowej, która miała nas zawieźć na punkt widokowy wysoko ponad Đà Lạt. Niestety trwała przerwa, a my nie chcąc tracić dwóch godzin, obejrzeliśmy miasto z tarasu przy dolnej stacji i pojechaliśmy do Pagody Linh Phước. Pierwsze kroki skierowaliśmy do niezwykle zdobnej, kolorowej świątyni tuż przy pagodzie. Od ilości zdobień można dostać oczopląsu. Typowo wietnamska architektura przykuwa wzrok feerią barw, a wnętrze nic nie ustępuje fasadzie. Buddyjska świątynia zbudowana została w połowie XX w. i ozdobiona porcelanowymi dekoracjami w najróżniejszych kolorach, których motywem przewodnim są smoki. Ciekawostką są zielone figury, zrobione chyba ze szkła, posiadające złotą biżuterię. Figur pilnują rzeźby mnichów, do złudzenia przypominające żywych ludzi, mające rysy twarzy i prawdziwe ubrania.

Dolna stacja kolejki linowej w Đà Lạt
Dolna stacja kolejki linowej w Đà Lạt

Obok świątyni znajduje się 49-metrowy, „ekologiczny” smok, którego grzebień zrobiony został z zielonych butelek. Nieopodal stoi siedmiokondygnacyjna, właściwa pagoda-dzwonnica o wysokości 37 m, kryjąca kolejne rzeźby, a przede wszystkim najcięższy dzwon w Wietnamie, którego masa to aż 8,5t.

Świątynia Linh Phuoc w Đà Lạt
Świątynia Linh Phuoc w Đà Lạt

Tuż przy wieży jest wielka świątynia poświęcona żeńskiej Buddzie współczucia z gigantycznym, złotym posągiem pośrodku sali. Pomieszczenie jest otoczone dwoma poziomami empor pokrytych porcelanowymi ornamentami oraz małymi figurami Buddy i mnichów.

Świątynia Linh Phuoc w Đà Lạt
Świątynia Linh Phuoc w Đà Lạt

Poprosiliśmy taksówkarza, żeby zawiózł nas na obiad. Restauracja w centrum była sympatyczna, a jedzenie, które nam zaserwowano, przepyszne. Zamówiliśmy danie z woka, wołowinę z papryką, pomidorami, ogórkiem i cebulą w sosie, którego podstawą był zapewne sos sojowy. Do tego w kamionkowych naczyniach dostaliśmy ryż, a do całości wypiliśmy piwo Saigon (cały obiad dla dwojga – 374.000 VND).

Świątynia Linh Phuoc w Đà Lạt
Świątynia Linh Phuoc w Đà Lạt

Najedzeni, mogliśmy zaliczyć jeszcze jedną atrakcję, czyli Dolinę Miłości – Thung lũng Tình Yêu (bilet z wliczonym wstępem na szklany most – 400.000 od osoby). Jest to przeogromny teren o powierzchni 137 ha, na który składa się kilka obszarów. Rozpoczęliśmy od niewielkiego skansenu z tradycyjnymi zabudowaniami, przeszliśmy koło stawu strzeżonego przez smoka i inne mityczne stwory, by dojść do szklanego mostu o długości 325 m, wysoko zawieszonego nad doliną. Spacerowi towarzyszą efekty wizualne i dźwiękowe. Można poczuć się nieswojo, gdy pod nogami zaczyna pływać rekin, a w pewnym momencie szklana tafla mostu zaczyna pękać. Wiszący most o szerokości 3 m lekko faluje, gdy się po nim przechodzi, aczkolwiek 4-centymetrowa grubość szkła, gwarantuje bezpieczeństwo.

Dolina Miłości – Thung lũng Tình Yêu w Đà Lạ

Bezpośrednio za mostem znajduje się labirynt z żywopłotu, który ma z lotu ptaka kształt serca, a za nim zaczyna się bajkowa kraina różnych stworów, roślin i postaci z kreskówek, które zrobione są z jakiejś delikatnej tkaniny na drucianym stelażu. Potem można zajrzeć do gabinetu figur woskowych i stanąć oko w oko z wieloma postaciami zachodniej popkultury. Niestety odwzorowanie postaci, poza niektórymi, pozostawia sporo do życzenia, gdyż bez podpisów byłyby trudne do rozpoznania.

Szklany most w Dolinie Miłości – Thung lũng Tình Yêu w Đà Lạt

Zeszliśmy z wysokiej skarpy nad sztuczne jezioro, po drodze mijając ciekawie przystrzyżone rośliny. Na dole czekały na turystów meleksy, które wożą po dolnej części Doliny Miłości. Najpierw wybraliśmy się do sektora nazwanego Ogrodami Wersalu. Podczas przejażdżki mijaliśmy różne instalacje oraz figury dzikich zwierząt. Ciekawie wyglądały tygrysy, czy też słonie pośród wietnamskiego lasu oraz kolonia flamingów. Po dojechaniu do celu, zobaczyliśmy niesamowity ogród z pięknymi drzewkami bonsai, romantycznymi ruinami, rzeźbami, a przede wszystkim krzewami uformowanymi w niezwykłe kształty zwierząt, kwiatów, a nawet ludzi.

Dolina Miłości – Thung lũng Tình Yêu w Đà Lạt

Przejechaliśmy do kolejnej części, w której wśród bogatej roślinności zaaranżowano park miniatur z modelami słynnych budowli z całego świata. Dotąd widzieliśmy kilka miejsc, w których prezentowane są miniatury zabytków, ale w Đà Lạt znajdują się modele w wyjątkowo dużej skali co potęguje wrażenie. To była ostatnia atrakcja dnia i po niej wróciliśmy na kwaterę.

Dolina Miłości – Thung lũng Tình Yêu w Đà Lạt

Wieczorem mieliśmy jeszcze śmieszną sytuację. Maciek zgłodniał, a że nasz obiekt oferował obiady, to postanowił zejść do jadalni i zamówić zupę pho. Jakież było zdziwienie, gdy właścicielka zaoferowała do wyboru jeden z czterech „gorących kubków”… No cóż wietnamska zupka z parówką, która kryła się pod wieczkiem, nie była ostatecznie najgorszą opcją ;-)

Dolina Miłości – Thung lũng Tình Yêu w Đà Lạt

24.04.2024 r.

Đà Lạt – Zamówiliśmy śniadanie na wczesną porę, bo już o 7:00 mieliśmy oczekiwać na busa, który miał nas zawieźć na dworzec autobusowy, skąd mieliśmy pojechać do Mũi Né. Mocno zaniepokojeni czekaliśmy na transport, który się spóźniał. Podejmowane przez nas próby telefonicznego kontaktu kończyły się odłożeniem słuchawki po drugiej stronie. W końcu, niemalże przed 8:00 podjechał rozklekotany, przeładowany bus, do którego ledwo się wcisnęliśmy. Autobus do Mũi Né okazał się oczywiście pojazdem z miejscami leżącymi :-) Był raczej zdezelowany, ale najważniejsze, że w 4,5 h zawiózł nas na miejsce, skąd kolejny przepełniony minibus, w którym dla Maćka znalazło się jedynie malutkie, plastikowe krzesełko, dowiózł nas do Sky Home.

Poranne Đà Lạt skąpane w mgle
Poranne Đà Lạt skąpane w mgle

Mũi Né – Sky Home, to sympatyczny, pięknie położony nad samym Morzem Południowochińskim hotel z bungalowami, z którego jest bardzo blisko do jednaj z kilku najważniejszych atrakcji Mũi Né, czyli Potoku Wróżki (Fairy Stream). Przed wejściem do strumienia, wypiliśmy duży kubek sorbetu z mango i smoczego owocu (45.000 VND za kubek) oraz zostawiliśmy na przechowanie klapki (5.000 VND od osoby). Potok Wróżki to niezwykle malowniczy wąwóz wydrążony w piasku w kolorze białym, żółtym oraz pomarańczowym, silnie kontrastującym z bujną, soczystą zielenią. Ponad kilometrowy spacer odbywa się dnem brunatnego strumienia po aksamitnym w dotyku mule, wzdłuż efektownych formacji piaskowych.

Potok Wróżki w Mũi Né
Potok Wróżki w Mũi Né

Po wizycie w wąwozie, musieliśmy posilić się w pobliskiej restauracji, gdzie zjedliśmy cztery przekąski z owoców morza. Musieliśmy spróbować ostryg w sosie barbeque z serem (30.000 VND za szt.), przegrzebków zapiekanych z serem (80.000 VND porcja 12 szt.), muszli z czosnkiem smażonych na patelni (60.000 VND za porcję) oraz smażonych w głębokim oleju sajgonek z dużymi krewetkami (60.000 VND za 8 szt.), całość popijając piwem 333 (20.000 VND za 0,33l). Lunch – „niebo w gębie”.

Potok Wróżki w Mũi Né
Potok Wróżki w Mũi Né

Taksówką pojechaliśmy do wioski rybackiej – Fishing Village (24.000 VND za kurs + 10.000 VND kary z Ho Chi Minch). Na wodach zatoki unosiła się niezliczona ilość okrągłych, niewielkich, przypominających balię, łódek rybackich w kolorze błękitnym i zielonym. Z góry jest to naprawdę niezwykły widok. Przy tej okazji umówiliśmy się z taksówkarzem na następny dzień, na kurs do dwóch dość odległych atrakcji. Nie chcieliśmy korzystać z Graba, bo prościej i zapewne taniej, było mieć prywatną taksówkę na pół dnia.

Muszle z czosnkiem, smażone na patelni
Muszle z czosnkiem, smażone na patelni

Po zejściu na dół podszedł do nas rybak, który zaoferował krótki rejs balią. Z góry ustaliliśmy cenę (100.000 VND) i wypłynęliśmy kilkadziesiąt metrów od brzegu łódką o średnicy nieprzekraczającej 3 m. Sterowanie balią jest bardzo dziwne i nie należy do najłatwiejszych. Na szczęście to nie my wiosłowaliśmy :-) Popływaliśmy chwilę pomiędzy innymi, zacumowanymi baliami i wróciliśmy blisko brzegu. Łódka jest mało stabilna i łatwo skąpać się w morzu podczas wysiadania. Na szczęście nie jest to nieprzyjemne, gdy temperatura powietrza jest tak wysoka. Po wyjściu z łódki rybak zażądał podwójnej stawki twierdząc, że ustalona cena była ceną za osobę. Uznaliśmy, że to zwykłe naciąganie, gdyż cena była i tak wysoka jak na Wietnam.

Fishing Village w Mũi Né
Fishing Village w Mũi Né

Weszliśmy na skarpę i udaliśmy się do centrum w poszukiwaniu bankomatu. Nie było łatwo znaleźć taką maszynę, a do tego miejscowi próbowali cwaniakować i wpychać się w kolejkę… Zamówiliśmy przez aplikację kolejnego Graba i pojechaliśmy na Czerwone Wydmy (Red Dunes, 34.000 VND). Czerwony piasek o zachodzie słońca był jeszcze bardziej czerwony. Weszliśmy boso na szczyt wydmy, żeby obejrzeć panoramę z Morzem Południowochińskim w tle. Taksówkarz czekał na nas, bo wiedział, że będziemy chcieli jechać z powrotem (55.000 VND).

Fishing Village w Mũi Né
Fishing Village w Mũi Né

Nasz Sky Home miał prywatną plażę, więc musieliśmy z niej skorzystać. Piasek był bardzo przyjemny, ale woda w morzu bardzo ciepła, a do tego po prostu brudna i niezachęcająca do kąpieli. Na szczęście mieliśmy do dyspozycji także basen, który był krystalicznie czysty, choć woda po całym dniu też nie była ani trochę chłodna. Popływaliśmy aż zgłodnieliśmy :-)

Fishing Village w Mũi Né
Fishing Village w Mũi Né

Na kolację upatrzyliśmy sobie nietuzinkową potrawę, czyli potrawkę z krokodyla w sosie curry z cebulą, trawą cytrynową i orzeszkami ziemnymi, do której podano oczywiście ryż (duża porcja 150.000 VND). Nie mogliśmy się także oprzeć sokowi z arbuza (25.000 VND za szklankę). Zastanawialiśmy się jaki w smaku będzie krokodyl. Otóż smakował jak kurczak, ale z nutą ryby. Ciekawostką za to jest fakt, że mięso z krokodyla jest w zasadzie w Wietnamie odpadem z produkcji krokodylich skór. Farm jest około 2.000, więc i mięso jest dość popularne i niezbyt drogie. Wyczytaliśmy, że problemem są ucieczki krokodyli, które potrafią terroryzować okolicę. No cóż… Ryzyko wliczone w ten biznes :-)

Czerwone Wydmy (Red Dunes) w Mũi Né
Czerwone Wydmy (Red Dunes) w Mũi Né

25.04.2024 r.

Mũi Né – Po śniadaniu, które przyniesiono nam na taras naszego domku, pojechaliśmy zamówioną taksówką (700.000 VND za pół dnia i niecałe 100 km) na Białe Wydmy (32 km), czyli White Sand Dunes. Jest to znacznie większy obszar wydm niż Red Dunes. Teren jest pokryty złocistym, niemalże białym piaskiem. Patrząc w odpowiednim kierunku można rzeczywiście poczuć się jak na pustyni. Dostępne są różne aktywności, quady, samochody terenowe, ale także samodzielne spacery po piasku. Wybraliśmy właśnie tę opcję, gdyż pozwalała w spokoju nacieszyć się niezwykłym miejscem. Z najwyższej góry piachu widać było w dole dość duże jezioro, które powinno być pokryte kwiatami lotosu, ale najwyraźniej nie o tej porze roku. Wróciliśmy ścieżką przy jeziorze, gdzie na otarcie łez udało nam się znaleźć pojedyncze lotosy, kwitnące pośród sitowia.

Białe Wydmy (White Dunes) niedaleko Mũi Né
Białe Wydmy (White Dunes) niedaleko Mũi Né

Phan Thiết – Pojechaliśmy do drugiej zaplanowanej atrakcji, czyli do Wież Chamów w miejscowości Wieże Chamów w Phan Thiết (43 km). Stanowisko składa się z ruin trzech charakterystycznych ceglanych wież z IX w., które pozostały po państwie Champa. Hinduistyczne świątynie mają wyrazisty, pomarańczowy kolor, znajdują się na wzniesieniu i otoczone są kwitnącymi kolorowo krzewami. Najwyższa wieża ma 15 m, ale zgodnie z dawnymi dokumentami, nie jest to najwyższa z wież, które tu się znajdują. Otóż, ponoć jest tu czwarta wieża, ale zakopana… Jest w tym ziarenko prawdy, bo rzeczywiście archeolodzy odkryli tu pozostałości innych wież, które z czasem przykrył piach i zostały zapomniane. Co ciekawe lud Chamów nadal zamieszkuje ten region i organizuje w okolicy wież swój tradycyjny festiwal.

Białe Wydmy (White Dunes) niedaleko Mũi Né
Białe Wydmy (White Dunes) niedaleko Mũi Né

Po powrocie do Sky Home (15 km) poszliśmy kupić wodę w sklepie naprzeciwko. Sprzedawczyni podała stanowczo zawyżoną cenę, ale tu pojawiła się inna kobieta, która mocno ją zbeształa, każąc oddać większość otrzymanej od nas zapłaty. Widać było, że jest wyraźnie zawstydzona, że jej rodaczka chciała oszukać turystów. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc poszliśmy do znanej nam już z poprzednich posiłków restauracji, gdzie zaserwowano nam danie o nietypowym połączeniu składników – rybę z mięsem w sosie z grzybami i marchewką oraz ryż (70.000 VND za porcję), a także doskonały sok z maracui (25.000 VND za szklankę).

Wieże Chamów w Phan Thiết
Wieże Chamów w Phan Thiết

Teraz czekała nas bardzo skomplikowana podróż składająca się z siedmiu etapów. Najpierw musieliśmy dojechać taksówką na przystanek busa, którym pojechaliśmy do Hồ Chí Minh. Tam musieliśmy przejechać kolejną taksówką do drugiego busa. Po dojeździe do celu konieczne było złapanie taksówki, która dowiozła nas do promu przez Mekong. Po rejsie promem, pozostało nam dojście piesze na kwaterę.

Wieże Chamów w Phan Thiết
Wieże Chamów w Phan Thiết

Pierwszy etap odbyliśmy Grabem (34.000 VND), który zatrzymał się w zwyczajowym miejscu oczekiwania na busy. Nie było tam żadnej tabliczki, biura, czy choćby słupka, które świadczyłby, że jesteśmy we właściwym punkcie. Miejscowi potwierdzili, że to właśnie tu należy czekać, a nam pozostało uwierzyć. Bus przyjechał nieco spóźniony, ale za to jaki luksusowy. Nie dość, że fotele były mega wygodne, to miały nawet funkcję masażu, z której chętnie korzystaliśmy podczas jazdy. Z nami jechały tylko dwie kobiety z małym dzieckiem. Po drodze zatrzymaliśmy się oczywiście na postój przy kilku lokalach i sklepikach. Kupiliśmy bardzo oryginalne owoce – czapetki samarangijskie, czyli tzw. jabłka woskowe o smaku łączącym jabłko z arbuzem.

Kwiat lotosu przy Białych Wydmach
Kwiat lotosu przy Białych Wydmach

Grabem przedostaliśmy się przez zatłoczone Hồ Chí Minh do biura kolejnej firmy autobusowej. Mieliśmy jeszcze dużo czasu, więc poszliśmy do kawiarni na dużą kawę kokosową (60.000 VND) i ciastko – torcik o smaku maracui (39.000 VND). Drugi bus był mniej luksusowy, ale także wygodny. Po dotarciu do Vĩnh Long okazało się, że przystanek jest na odludziu, a aplikacja Grab pokazuje dostępne wyłącznie mototaksi, czyli taksówki motocykle… No cóż ciężko wyobrazić sobie przejazd dwóch osób z dwiema walizkami i dwoma plecakami na motocyklu z kierowcą… Choć prawdę mówiąc, w Wietnamie widzieliśmy sporo dziwnych pomysłów na przewóz towarów o sporym gabarycie. O dziwo znalazł się nawet kierowca, który zaproponował nam przejazd motocyklem, ale nie skorzystaliśmy ;-)

Gdy zaczęliśmy prosić miejscowych o pomoc, na nasze szczęście podjechała prawdziwa taksówka (100.000 VND za około 5 km), która zawiozła nas na prom. Musieliśmy przepchać się między skuterami na prom, który kosztował zaledwie 1.000 VND, czyli 16 groszy od osoby… Choć Mekong to wielka rzeka, rejs trwał zaledwie parę minut. Pozostało nam dojście 1100 m ciemną uliczką do Mekong Riverside Homestay.

Okolica widziana spod Wież Chamów w Phan Thiết
Okolica widziana spod Wież Chamów w Phan Thiết

Czekał na nas całkiem wygodny bungalow z otwartą częściowo łazienką, z widokiem na rzekę, gdzie podczas prysznica, można był oglądać przepływające łódki. Choć było już późno, niemalże północ, żona właściciela przygotowała obfity obiad, na który składał się omlet z krewetkami, zupa z klopsikami oraz mięso w sosie i ryż (300.000 VND za całość). W tym czasie gospodarz ustalił z nami wycieczkę na następny dzień. Przy tej okazji zabrał nasze paszporty i życzył smacznego. No cóż, czekała nas bardzo krótka noc, bo pobudka była już po 4:30. Zostaliśmy sami, a towarzystwa dotrzymywał nam malutki gekon, który spijał wodę spływającą z puszki piwa i zjadał resztki z naszych talerzy. Najgorsze, że gospodarz zabrał nam paszporty i poszedł spać…

26.04.2024 r.

Vĩnh Long – Rano musieliśmy najpierw odzyskać nasze paszporty, a potem o 5:40 wyruszyliśmy wraz z dwiema Francuzkami i naszym gospodarzem na całodzienną wycieczkę po okolicy (1.750.000 VND od osoby). Najpierw przepłynęliśmy łodzią na drugi brzeg Mekongu, gdzie czekał na nas kierowca w siedmioosobowym vanie. Naszym pierwszym celem był słynny pływający targ w Cần Thơ. Dojazd do nabrzeża, przy którym czekała na nas łódź, trwał około godzinę.

Łódź zacumowana przy Mekong Riverside Homestay
Łódź zacumowana przy Mekong Riverside Homestay

Cần Thơ – Popłynęliśmy szerokim Mekongiem aż do miejsca, w którym trwał w najlepsze dzień targowy na wodzie. Z dużych drewnianych łodzi sprzedawano jedzenie klientom podpływającym na mniejszych łódkach. Do sprzedaży były wszelakie płody rolne, warzywa, owoce, zioła i rośliny. Były też łodzie, które serwowały śniadanie. My dostaliśmy zupkę pełną różnych warzyw i makaronu ryżowego oraz bánh bao, czyli rodzaj dużej kluski gotowanej na parze z nadzieniem z mięsa mielonego i jakiegoś malutkiego jajka. Z drugiej łodzi kupiliśmy kawę, więc pożywne i smaczne śniadanie było gotowe :-)

Pływający targ w Cần Thơ
Pływający targ w Cần Thơ

Po śniadaniu zatrzymaliśmy się przy manufakturze makaronu. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć jak przygotowuje się prawdziwy, kolorowy, wietnamski makaron ryżowy. Chwilę później podpłynęliśmy do kolejnej łodzi, na którą przesiedliśmy się, żeby zjeść owoce oraz wypić herbatę z fasoli. Takiej herbatki to nigdy wcześniej nie smakowaliśmy :-) Dzięki rejsowi mogliśmy przyjrzeć się prawdziwemu życiu Wietnamczyków. Szkoda, że zwyczaj pływających targów pomału zanika. Jest to spowodowane tym, że zamiast rolników, obecnie pływają łodzie handlarzy, a do tego coraz popularniejsze i tańsze są targi lądowe.

Pływający targ w Cần Thơ
Pływający targ w Cần Thơ

Xeo Quyt – Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Xeo Quyt, czyli połączenia parku przyrodniczego z miejscem pamięci narodowej. Wędrówkę po parku rozpoczęliśmy od jeziora pełnego różnokolorowych lilii wodnych by następnie wejść w prawdziwą dżunglę. Pierwszym etapem zwiedzania był rejs po kanałach w długich dwu-trzyosobowych łodziach. Kanały wykorzystywane były przez Vietkong podczas wojny amerykańsko-wietnamskiej i przewożono nimi zarówno partyzantów, jak i całe zaopatrzenie dla nich.

Kanały Vietkongu w Xeo Quyt
Kanały Vietkongu w Xeo Quyt

Łódki poruszane były siłą rąk Wietnamek ubranych w uniformy przypominające stroje partyzantów. Kanały są bardzo wąskie i porośnięte zewsząd bujną roślinnością, a łodzie poruszają się niemal bezszelestnie, więc nie trudno wyobrazić sobie, że musiały budzić strach żołnierzy amerykańskich, przedzierających się w pełnym rynsztunku, w ogromnym upale przez niewyobrażalną gęstwinę. Im dłużej płynęliśmy, tym bardziej zdawaliśmy sobie sprawę, że ta jedna z najkrwawszych wojen XX wieku, musiała być przegrana przez USA.

Wejście do ziemianki Vietkongu w Xeo Quyt
Wejście do ziemianki Vietkongu w Xeo Quyt

Skrajnie nieprzyjazne środowisko, obeznana we wszelakich sztuczkach miejscowa ludność, przyzwyczajona do ciężkich warunków życia, a do tego niezwykła determinacja Vietkongu, stanowiła mieszankę nie do przejścia. Nawet dziś ma się wrażenie, że Wietnamczycy są dumni ze swojej wygranej z największym mocarstwem świata. My patrząc przez pryzmat amerykańskich filmów wojennych, które znamy od dzieciństwa, zderzyliśmy się z kompletnie innym postrzeganiem całej tej sytuacji.

Zebranie partii w Xeo Quyt
Zebranie partii w Xeo Quyt

Druga część zwiedzania odbyła się już po ścieżkach wytyczonych pośród dżungli. Najpierw zobaczyliśmy kobiety wyplatające tradycyjne kapelusze, potem widzieliśmy doskonale zamaskowane wloty do tuneli, którymi przemieszczali się partyzanci. Wędrowaliśmy po kładkach i mostkach przerzuconych nad kanałami spotykając po drodze różne ziemianki oraz szałasy będące miejscem zebrań partii komunistycznej, w których przygotowano scenki jeszcze bardziej przybliżające tamte czasy. Minęliśmy też dawne pole minowe położone w wysokich trzcinach, które zapewne dla amerykańskiej armii było idealnym miejscem lądowania helikopterów, a w rzeczywistości jedną wielką pułapką…

Kanały Vietkongu w Xeo Quyt
Kanały Vietkongu w Xeo Quyt

Sa Đéc – Pojechaliśmy do miasta Sa Đéc, w którym zobaczyliśmy targ lądowy z niezliczoną ilością warzyw i owoców w hurtowych paczkach, rybami, mięsem i grzybami. Głównym celem wizyty w mieście była przede wszystkim XIX-wieczna Nhà cổ Huỳnh Thủy Lê, czyli kolonialna rezydencja przejęta przez Francuzów od Chińczyków. Wnętrze posiada dużą ilość orientalnych ornamentów, natomiast fasada przypomina francuska willę. W domu tym przysiedliśmy na chwilę by w tak niezwykłym otoczeniu wypić herbatę z lotosu.

Targ lądowy w Sa Đéc
Targ lądowy w Sa Đéc

Ostatnim celem wycieczki była tzw. wioska kwiatów, co w praktyce oznaczało ciąg firm zajmujących się handlem roślinami. W Polsce powiedziałoby się, że to zlokalizowane obok siebie centra ogrodnicze. Zatrzymaliśmy się na lunch, na który zaserwowano nam zupę rybną z dużą ilością gotowanej ryby, warzywami i ryżem, papier ryżowy, w który zawijaliśmy kawałki ryby upieczonej w całości oraz ogórka, miętę i makaron ryżowy z tapioką. Dostaliśmy też bardzo pikantnie przyprawiony pieprzem boczek z warzywami i ryżem oraz wielkie krewetki, a do tego oczywiście do wyboru napoje. Na koniec mieliśmy okazję posmakować kandyzowane daktyle.

Targ lądowy w Sa Đéc
Targ lądowy w Sa Đéc

Wracając do Vĩnh Long nasz gospodarz zarezerwował dla nas wcześniejszy autobus, czyli o 16:00 zamiast o 17:00. Wycieczka skończyła się o 15:00 więc mieliśmy tylko chwilę, żeby zabrać nasze walizki z pensjonatu, przepłynąć na drugą stronę Mekongu i czekać na transfer na dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy bardzo dużej wietnamskiej firmy Futa Bus.

Kolonialna rezydencja Nhà cổ Huỳnh Thủy Lê w Sa Đéc
Kolonialna rezydencja Nhà cổ Huỳnh Thủy Lê w Sa Đéc

Hồ Chí Minh – Po około dwugodzinnej podróży dojechaliśmy na duży i gwarny Dworzec Zachodni, gdzie wynegocjowaliśmy cenę za taksówkę do naszego pensjonatu, który był odległy aż 11 km od dworca (250.000 VND). W końcu dotarliśmy do La Vie – Saigon Homestay Cafe & Tea, w którym mieliśmy pokoik na samej górze bardzo wąskiej kamienicy. Młodziutka obsługa kawiarni i pensjonatu kazała nam zostawić walizki i nie taszczyć ich na czwarte piętro. My jednak nie mogliśmy doczekać się, aż nam je wniosą, więc Maciek wniósł je sam. Jakaż była konsternacja obsługi, która parę razy nas za to przepraszała…

Kolonialna rezydencja Nhà cổ Huỳnh Thủy Lê w Sa Đéc
Kolonialna rezydencja Nhà cổ Huỳnh Thủy Lê w Sa Đéc

Wieczorem poszliśmy na kawę kokosową i gofry z lodami kokosowymi polanymi karmelem oraz bitą śmietaną. Konsumowaliśmy w lokalu stylizowanym na europejski za iście europejską cenę. Dwie kawy i dwa gofry kosztowały około 45 zł (272.000 VND), nie mogło nas zatem dziwić, że miejscowa młodzież kupowała jednego gofra na czworo…

27.04.2024 r.

Hồ Chí Minh – Na rano mieliśmy zamówioną wycieczkę do Củ Chi. Zanim jednak podjechał po nas bus z firmy wycieczkowej, musieliśmy zjeść śniadanie. Tuż obok naszej kwatery, na małym stoisku przed jedną z bram do kamienicy, wypatrzyliśmy bánh bao, które znaliśmy już wcześniej. Wzięliśmy aż pięć sztuk, co ogromnie ucieszyło sprzedawczynię, która zawołała pomoc do zapakowania jedzenia. Kluski (22.000 VND za szt.) nadziane były mięsem mielonym, małymi jajkami i kiełbasą, a każda w styropianowym opakowaniu i oddzielnym woreczku. Pożywne i naprawdę pyszne śniadanie.

Skansen broni zdobytej od Amerykanów w Củ Chi
Skansen broni zdobytej od Amerykanów w Củ Chi

Củ Chi – Na wycieczkę do tuneli Củ Chi wyjechaliśmy o 8:40 (850.000 VND od osoby). W drodze przewodnik opowiadał nam historię wojny amerykańsko-wietnamskiej oraz ciekawostki o życiu we współczesnym Wietnamie. Do celu jechaliśmy ponad 2 godziny z postojem na posiłek, aczkolwiek my po sutym śniadaniu, skusiliśmy się tylko na napoje.

Skansen broni zdobytej od Amerykanów w Củ Chi
Skansen broni zdobytej od Amerykanów w Củ Chi

Củ Chi to system tuneli wykopanych przez wietnamskich partyzantów, kryjących się przed wrogiem. Cały system na północ od Hồ Chí Minh, którego część mogliśmy zobaczyć, liczy sobie aż 250 km i powstawał począwszy od 1948 r., gdy Wietnamczycy chronili się przed armią francuską. Tunele znajdują się na głębokości od 3 do 12 m i w pewnym momencie nie były już tylko schronieniem, lecz mieszkaniem wielu Wietnamczyków. Tunele były kopane tak głęboko, gdyż musiały chronić przed naprawdę dużymi bombami. Mieszkańcom sprzyjał fakt, że grunt w tych okolicach jest bardzo wytrzymały.

Tunele Vietkongu w Củ Chi
Tunele Vietkongu w Củ Chi

Na miejscu rozpoczęliśmy zwiedzanie od skansenu bojowego, na który składały się trofea wojenne zdobyte od armii amerykańskiej – samolot, helikopter, różne jeepy, a nawet czołg. Pod zadaszeniem zgromadzono kolekcję wszelkiego rodzaju pocisków i bomb. Potem wyruszyliśmy z przewodnikiem ścieżką ponad tunelami. Po drodze oglądaliśmy całą infrastrukturę towarzyszącą tunelom, czyli wyloty wentylacji imitujące kopce termitów, studnie, otwory obserwacyjne i strzelnicze. Najpierw przeszliśmy dość wysokim, bo półtorametrowym tunelem o długości 10 m, potem przyglądaliśmy się jak pracownik muzeum w partyzanckim mundurze przechodzi przez bardzo wąski tunel, przy okazji perfekcyjnie maskując wlot liśćmi.

Tunele Vietkongu w Củ Chi
Tunele Vietkongu w Củ Chi

Kolejnym etapem była prezentacja okrutnych pułapek na żołnierzy amerykańskich, w tym ukrytych zapadni nad dołami wypełnionymi zaostrzonymi kijami. Weszliśmy też do bunkra mieszkalnego z różnymi pomieszczeniami, przejściami, małym szpitalem. Drugi tunel, do którego nas wpuszczono był jeszcze niższy, bo miał zaledwie metr wysokości i 45 m długości. Ciekawostką były kuchnie Vietkongu, z których odprowadzano dym na odległość 200 m, a do tego gotowano w zasadzie tylko głęboko w nocy. Posmakowaliśmy także podstawowej strawy partyzantów, czyli tapioki, która w smaku przypominała nam ziemniaki.

Szpital polowy Vietkongu w Củ Chi
Szpital polowy Vietkongu w Củ Chi

Potem oglądaliśmy kwatery partyzanckie, a także miejsce wyrobu sandałów z opon amerykańskich pojazdów wojskowych oraz bunkier, w którym produkowano broń na bazie materiałów zdobytych od wroga. Podczas zwiedzania nieco raziło nas podejście do wojny młodego przewodnika, który zapewne nie miał jeszcze 30 lat. O Amerykanach wypowiadał się pogardliwie i nie ukrywał radości z cierpień, które musieli przechodzić w kontakcie z partyzantami. No cóż, bez względu na to kto ma rację, wojna jest okrutna dla wszystkich i nie na miejscu jest taki sposób wypowiadania się, tym bardziej, że część ówczesnego Wietnamu, nie chciała żyć w komunistycznym państwie, a znaczna część z amerykańskich żołnierzy również była przeciwna wojnie.

Kwatery partyzantów w Củ Chi
Kwatery partyzantów w Củ Chi

Hồ Chí Minh – Po powrocie około 15:15 wysiedliśmy przy Bến Thành Market w centrum Hồ Chí Minh, a że byliśmy bardzo głodni, od razu poszliśmy na obiad. Smażony makaron z krabem (150.000 VND za porcję) oraz surowe, niesmażone sajgonki z wielkimi krewetkami (4 szt. za 150.000 VND) bardzo nam smakowały. Potem poszliśmy na spacer ulicami Hồ Chí Minh, zwanego nadal przez miejscowych Sajgonem. Jest to mało atrakcyjne miasto, bardzo ludne i hałaśliwe.

Niesmażone sajgonki z krewetkami
Niesmażone sajgonki z krewetkami

28.04.2024 r.

Rano mieliśmy wylot do Kataru (lot nr QR 975 liniami Qatar Airways o 9:35), więc musieliśmy opuścić kwaterę przed otwarciem kawiarni na parterze. Umówiliśmy się z obsługą, że otworzymy i zamkniemy stalową roletę chroniąca wejście i witrynę lokalu. Oznaczało to, że trzeba zacząć opuszczać roletę i prędko wyjść przed jej zamknięciem, bo pilot i klucze miały zostać wewnątrz. Udało się :-) Pojechaliśmy taksówką Grab na lotnisko (111.000 VND plus 10.000 VND za wjazd na lotnisko), gdzie zjedliśmy śniadanie – kanapki z jajkiem i wypiliśmy kawę.

Muzeum Narodowe Kataru – Doha

Doha (Katar)

Doha – Lot do Dohy trwał 7 godzin i 45 minut. Wylądowaliśmy o 13:20 czasu lokalnego. Do lotu do Polski mieliśmy aż 19 godzin, więc szkoda było nie skorzystać z okazji odwiedzenia stolicy Kataru. Nasze walizki zostały na lotnisku w oczekiwaniu na kolejny lot, a my z plecaczkami ruszyliśmy do metra. Kupiliśmy całodzienne bilety (6 QAR / osobę) i pojechaliśmy do hotelu Premier Inn Doha Airport, żeby się odświeżyć.

Promenada z latarniami w kształcie liści palmy, w tle stadion piłkarski – Doha

Mieszkaliśmy blisko wielkiego Muzeum Narodowego Kataru o wyjątkowo fantazyjnej, nowoczesnej bryle, które znajduje niemalże nad Zatoką Perską, na którą leży Doha. Promenadą Corniche wysadzaną palmami i oświetlaną latarniami w kształcie liści palmowych, poszliśmy wzdłuż wybrzeża, a potem skręciliśmy w okolice starego targu Dohy, czyli Souq Waquif. Po drodze widzieliśmy w oddali jeden ze stadionów zbudowanych na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, które odbyły się w Katarze w 2022 r.

Centrum Kultury Islamskiej – Doha

Cały czas w oddali widzieliśmy nowoczesne wieżowce, co nie dziwi, bo duża część zabudowy jest bardzo nowa, choć samo miasto ma już około 200 lat. Przeszliśmy przez dzielnicę hoteli, biurowców i urzędów, aż w oddali pojawił się skwer z Centrum Kultury Islamskiej i meczetem ze spiralnym minaretem przypominającym Wieżę Babel. Dotarliśmy do nowego suku, a potem dalej do zabytkowego Souq Waquif z przełomu XIX i XX w.

Souq Waquif – patrol policji – Doha

Zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji przy targowisku. Zamówiliśmy sok z granatu oraz shoarmę z frytkami i plackami (60 QAR za obiad dla dwóch osób) i przyglądaliśmy się życiu mieszkańców. W oczekiwaniu na posiłek zobaczyliśmy nietypowy jak dla nas patrol policji, czyli trzech Arabów-policjantów w białych strojach na koniach. Co ciekawe policjanci nie widzieli przeszkód, aby turyści robili sobie z nimi zdjęcia. My zjedliśmy pożywny, choć niewyszukany obiad i mogliśmy ruszyć dalej. Souq Waquif jest bardzo ładnie wyremontowany i sprawia przyjemne wrażenie.

Souq Waquif – Doha

Przeszliśmy do stacji metra Al-Bidda, żeby przejechać jeden odcinek, do stacji Corniche. Odległości w stolicy Kataru są duże, więc nawet jazda między dwiema stacjami, to duża oszczędność czasu i sił, a my mieliśmy przecież całodzienny bilet na metro. Przeszliśmy przez park na nabrzeże, skąd było widać liczne wieżowce. Zatrzymaliśmy się na kawę po irlandzku (21 QAR), oczywiście bez alkoholu, którą wypiliśmy na tarasie skąd widać było całą dzielnicę oświetloną ostatnimi promieniami zachodzącego słońca.

Promenada Corniche – Doha

Chwilę później było już niemal ciemno, a drapacze chmur zaczęły rozświetlać się neonami, choć nie wszystkie. Ciekawe wrażenie robiły uliczne latarnie, których części imitujące liście palmy, rozbłysły wraz z lampami. Pojechaliśmy metrem dalej, aż do stacji Katara, gdzie wyszliśmy wprost na Katara Cultural Village z ekskluzywnym domem towarowym Galeries Lafayette. Cała zabudowa tego miejsca stylizowana była na wzór francuski z ciekawymi instalacjami świetlnymi i nietypową, futurystyczną i zarazem industrialną, grającą fontanną.

Wieczorna Doha
Wieczorna Doha

Na koniec wsiedliśmy znowu do metra i pojechaliśmy aż do końca linii czerwonej, do stacji Lusail. Tu musimy powiedzieć, że metro prócz nieskazitelnej czystości, zaskoczyło nas różnymi rodzajami przedziałów. Były wagony luksusowe, wagony dla rodzin oraz wagony zwykłe. Nie mieliśmy pojęcia o takim podziale, więc wsiedliśmy przypadkowo do wagonu pierwszej klasy. Na szczęście nikt nas stamtąd nie wygonił :-)

Cultural Village – Doha

Po wyjściu ze stacji Lusail widać był rozświetlone centrum medyczne, zjawiskowe błękitne wieżowce, a przede wszystkim kolejny stadion piłkarski, przypominający wielką łódź. Wróciliśmy do hotelu, po drodze kupując wodę w małym sklepiku. Monika jako blondynka, zrobiła na sprzedawcy takie wrażenie, że aż wydał nam więcej reszty niż w ogóle mu wręczyliśmy :-) Byliśmy zmęczeni, waluta była dla nas nieznana, więc zorientowaliśmy się dopiero w hotelu, że mamy więcej pieniędzy niż przed wizytą w sklepie :-)

Wieczorna Doha
Wieczorna Doha

Podsumowując pobyt w Katarze musimy dodać, że spodziewaliśmy się dużo większego przepychu niż w rzeczywistości zastaliśmy, ale może nie trafiliśmy do najbardziej luksusowych miejsc :-)

29.04.2024 r.

Rano pojechaliśmy hotelowym busem, który gratis zawiózł nas na lotnisko. Wylot mieliśmy o 8:10 (lot nr QR 259 liniami Qatar Airways) i około 13:15 byliśmy w Warszawie.