27.08.2025 – 14.09.2025
Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne
OPIS PODRÓŻY
Kanada – Toronto i Niagara
USA – Nowy Jork
USA – Park Narodowy Yellowstone
USA – Zachodnie Wybrzeże – San Francisco, Yosemite National Park, Sequoia National Park
USA – Zachodnie Wybrzeże – Dolina Śmierci, Las Vegas, Wielki Kanion Kolorado, Los Angeles
Od wielu lat planowaliśmy podróż do Stanów Zjednoczonych. Od samego początku chcieliśmy, żeby wyjazd objął jak najwięcej miejsc, które kojarzą się z tzw. „Ameryką”. Najbardziej znane destynacje znajdują się na zachodzie USA, aczkolwiek nie chcieliśmy odpuścić Niagary i Nowego Jorku. Do tego bardzo zależało nam na zobaczeniu Parku Yellowstone, który jest poza standardowymi trasami po Stanach. Poniżej przedstawiamy to co wymyśliliśmy i zrealizowaliśmy.
Kanada – Toronto i Niagara
27.08.2025 r.
Najlepsze widoki na Wodospad Niagara są od strony kanadyjskiej, więc swą podróż postanowiliśmy rozpocząć w Toronto. Wyszukaliśmy najtańsze połączenie przez Zurych (lot LX4501 z Warszawy realizowany przez nasz polski LOT, a następnie lot LX4640 z Zurychu liniami Air Canada). Musieliśmy być bardzo wcześnie w Warszawie, więc zdecydowaliśmy, że zanocujemy w Raszynie w Hoteliku Korona. Wylot z Warszawy mieliśmy o 7:35 i przed 10:00 byliśmy w Zurychu.

Na lotnisku zjedliśmy typową szwajcarską potrawę – rösti, a konkretne Zermatt Rösti. Usmażony placek z gotowanych ziemniaków posypany był chrupiącą cebulką, na której był ser i ponownie cebulka, a obok tego jajko sadzone, bekon i ogórek (porcja 15,90 CHF). Do dania nie mogło zabraknąć ciemnego, typowo szwajcarskiego piwa FS Dunkel (5,90 CHF za butelkę 0,33l). Miłe wspomnienie pobytu w Szwajcarii kilka lat wcześniej :-) Po lunchu musieliśmy dostać się na osobny terminal – Gate E, do którego kursuje specjalna kolejka. To ważna rzecz, bo trzeba zarezerwować trochę czasu na dostanie się na właściwą bramkę E, z której odlatywał o 13:20 samolot Air Canada do Toronto.

Toronto – Do Toronto dolecieliśmy planowo o 16:25. Aby dostać się do naszego noclegu – Excellent Private Suite in Bloor West Village, wybraliśmy szybki pociąg do centrum – UP Person Express (5,65 CAD za bilet z lotniska do stacji UP Bloor). Gdy wysiedliśmy z pociągu musieliśmy poszukać stacji metra. Okazało się to nie takie proste, ale dzięki pomocy miejscowych, po kilkuset metrach dotarliśmy do właściwej stacji zielonej linii metra. Pojechaliśmy z Dundas West do Runnymede (3 stacje, bilet pojedynczy 3,35 CAD), skąd mieliśmy jeszcze około 650 m do kwatery. Sympatycznymi uliczkami dotarliśmy do białego domu, w którym czekał na nas właściciel zarezerwowanego apartamentu.

Głodni, poszliśmy w poszukiwaniu obiadu. Wypatrzyliśmy WingStop, sieciowy bar oferujący skrzydełka z kurczaka w najróżniejszych wariantach. Wybraliśmy Wings for Two, czyli 15 skrzydełek bez kości w dwóch wersjach – Louisiana Pub oraz Garlic Parmesan, do których dostaliśmy sosy – Dip Ranch i Dip Blue Cheese, ogromną porcję frytek i dwie cole za łącznie 30,99 CAD + podatek, czyli 34,34 CAD. Tu po raz pierwszy spotkaliśmy się z praktyką podawania cen bez podatku, który jest dodawany dopiero do rachunku zarówno w Kanadzie, jak i USA. Bardzo amerykański obiad był naprawdę smaczny, o wiele lepszy niż to co serwuje się w sieciówkach w Europie.

28.08.2025 r.
Toronto – Pierwszy dzień pobytu w Ameryce Północnej poświęciliśmy zwiedzaniu Toronto, czyli największego miasta Kanady i zarazem stolicy stanu Ontario. Zieloną linia metra pojechaliśmy do stacji St. George i dalej linią żółtą do Union (one-way ticket 3,35 CAD), gdyż chcieliśmy rozpocząć od wizyty na niewielkim archipelagu wysepek Toronto Islands na Jeziorze Ontario. Po wyjściu z metra otoczyły nas imponującej wysokości wieżowce ze szkła i stali, które potwierdziły, że jesteśmy w dużym i to nowoczesnym mieście.

Dotarliśmy do portu promowego skąd odpływają niewielkie promy na trzy różne wyspy (bilet w dwie strony bez względu na wybór wyspy 9,11 CAD). Wybraliśmy rejs na Central Island, choć w praktyce prom dobija do Duck Island, gdzie pierwsze kroki skierowaliśmy na punkt widokowy, z którego rozciąga się najwspanialsza panorama Toronto z charakterystyczną wieżą CN Tower. Na tej wyspie znajduje się Centreville Amusement Park, czyli park rozrywki z różnymi atrakcjami, takimi jak karuzele, wąskotorówka, małe rollercoastery, czy też wyciąg krzesełkowy, który prowadzi donikąd i jest jedynie przejażdżką. Całość dopełniają domki, warsztaciki i zagrody ze zwierzętami. Generalnie zaskakująco dużo atrakcji jak na tak niewielki teren.

Mostkiem przechodzi się na właściwą Central Island, gdzie znajduje się prawdziwy park, skwery z kwiatami i centralna fontanna. Minąwszy fontannę i płytkie baseniki, doszliśmy do molo i plaży miejskiej. Miejsce to sprawiało wrażenie nadmorskiego kurortu, a nie plaży nad jeziorem, szczególnie, że nie sposób było wypatrzeć drugiego brzegu, a do tego wiał wiatr, który wywołał fale przypominające morskie. Przeszliśmy przez park do jedynego kościółka na wysepkach – St. Andrew. Drewniany kościół anglikański z końca XIX w. pięknie wpisuje się w krajobraz. Po drodze zaczęło padać. Deszcz nie był silny, ale uciążliwy. Na szczęście nie było zimno, więc mogliśmy kontynuować zwiedzanie.

Idąc ścieżką minęliśmy mostek prowadzący na mniejszą wysepkę, na której siedzibę ma Royal Canadian Yacht Club. Wróciliśmy na główną ulicę, przy której znajduje się Straż Pożarna. Błękitny, drewniany budynek z małą wieżyczką, wyróżnia się wśród zieleni. Nieco dalej, będąc już na Ward’s Island skusiliśmy się na przedpołudniową kawę w Runaway Cafe. W menu, wśród kaw było Canadiano. Na pytanie czym jest owe Canadiano usłyszeliśmy, że to to samo co Americano, ale lepsze :-D No cóż, nie od dziś wiadomo, że Kanadyjczycy mają silne poczucie wyższości nad Stanami Zjednoczonymi… Do kawy zjedliśmy stone cakes, czyli duże, kruche ciastka z jagodami i brzoskwiniami (2 kawy, dwa ciastka wraz z podatkiem – 22,54 CAD).

Przeszliśmy na kolejna wysepkę – Algonquin Island, zasiedloną po II Wojnie Światowej przez weteranów wojennych, którzy stworzyli prężnie funkcjonującą społeczność na 110 działkach, na które podzielona została wyspa. Do dziś jest to oaza zieleni i spokoju z drewnianymi, kolorowymi domami wzdłuż wąskich uliczek. Doszliśmy do przystani na Ward’s Island, skąd promem wróciliśmy do miasta.

Z portu poszliśmy do dwóch charakterystycznych zabytków Toronto – Flatironu i anglikańskiej Katedry St. James. Flatiron to ciekawy budynek, który jest bardzo wąski i nieco się rozszerza dzięki czemu, szerszy koniec został wykorzystany do namalowania ciekawego, trójwymiarowego muralu. Nazwa budynku nawiązuje do żelazka, którego kształt być może był inspiracją dla Flatironu. Dalsze ulice sprawiają wrażenie zabudowy przemysłowej z XIX w., które w połączeniu z wieżowcami ze szkła i stali sprawiają interesujące wrażenie.

Żółta fasada katedry św. Jakuba pochodzi z lat 50-tych XIX w., jest bardzo strzelista i wyróżnia się na tle zabudowy. Neogotyckie wnętrze jest surowe, z niewielką ilością ozdób, w przeciwieństwie do wysokich okien w całości wypełnionych kolorowymi witrażami. Ciekawy efekt wokół katedry daje przeplatanie się architektury nowoczesnej z historyczną.

Na 14:30 zarezerwowaliśmy obiad w najwyższym budynku Toronto, czyli CN Tower, więc skierowaliśmy swoje kroki w jego stronę. Przeszliśmy przez dzielnicę Old Toronto, zabudowaną wysokimi wieżowcami ze stali i szkła, wśród których wyróżnia się złoty budynek Royal Bank Plaza, lśniący mimo braku słońca.

CN Tower to strzelista iglica o wysokości nieco ponad 553 m z dwoma tarasami widokowymi na 336 m i 447 m oraz obrotową restauracją zwaną 360 ze względu na to, że w ciągu 72 minut obraca się właśnie o 360°. Co ważne, dla osób rezerwujących stolik w restauracji, wjazd jest darmowy, a jedynym warunkiem jest zakup posiłku za 75 CAD od osoby (standardowy bilet kosztuje 47 CAD). W wymaganej cenie do wyboru jest przystawka i danie główne lub danie główne i deser, a wybór zestawów jest naprawdę duży. Oczywiście można zamówić coś z karty, ale wówczas ceny są wyższe.

Dostaliśmy stolik przy samym oknie, obsługiwał nas sympatyczny i wyluzowany kelner, który cały czas dowcipkował. Najpierw zamówiliśmy po lampce różowego wina (19 CAD za 8 oz, czyli 237 ml), a potem danie główne, na które składał się kurczak podany na groszku cukrowym z sosem z syropu klonowego i kremem chrzanowym, a do tego karmelizowane cebulki i swego rodzaju ciastko ziemniaczane. Obiad zakończyliśmy ekskluzywnym deserem – musem z białej czekolady w formie kuliki oblanej polewą karmelową z kawałkami ciemnej czekolady na okrągłym ciasteczku. Do tego dodany był dżem gruszkowy, posypka migdałowa i porzeczki w sosie.

Doskonały obiad z piękną panoramą Toronto i Jeziora Ontario. Był to najlepszy obiad na całym wyjeździe :-) Posiłek zajął nam ponad godzinę, więc mieliśmy okazję „objechać” całe Toronto z góry. Zeszliśmy na taras widokowy poniżej restauracji, aby jeszcze raz nacieszyć się widokami. Nie wjechaliśmy na najwyższy taras, gdyż pogoda nie była sprzyjająca, więc nie zobaczylibyśmy wiele więcej.

29.08.2025 r.
Niagara Falls – Podobnie jak dzień wcześniej, dojechaliśmy metrem do stacji Union skąd odjeżdżają autobusy Flix do Wodospadów Niagara. Duży, dwupoziomowy dworzec autobusowy schowany jest wewnątrz jednego z wieżowców. O 8:00 wyjechaliśmy do Niagara Falls (bilet 15,99 CAD) i już o 9:40 byliśmy na miejscu. Przystanek końcowy jest oddalony niecałe 3 kilometry od wodospadów, do których można dojść pieszo lub skorzystać z autobusów miejskich. Stwierdziliśmy, że odległość jest na tyle nieduża, że można pokusić się o spacer.

Był to dobry wybór, gdyż po drodze zobaczyliśmy Floral Showhouse (9,08 CAD od osoby), czyli nieduży ogród botaniczny ze szklarniami oraz figurami obrośniętymi różnokolorowymi roślinami. Całkiem ciekawe miejsce z egzotycznymi roślinami wewnątrz i wieloma pięknie kwitnącymi kwiatami i krzewami na zewnątrz. Dalej szliśmy wzdłuż rzeki Niagara łączącej Jezioro Ontario z Jeziorem Erie, której koryto jest w tym miejscu bardzo szerokie. W dali widzieliśmy miasto Niagara Falls po stronie kanadyjskiej oraz bliźniaczą miejscowość po stronie Stanów Zjednoczonych.

Wodospad jest tak olbrzymi, że już dużo wcześniej w powietrzu unosi się wyraźna mżawka, a w dali widać tumany pyłu wodnego unoszące się nad największą kaskadą. Dodatkowo w panoramie miasta zwraca uwagę Skylon Tower, czyli wysoka wieża widokowa. Wodospad Niagara, a właściwie Wodospady Niagara przyciągają tłumy turystów, więc trzeba dopchać się do barierek, aby nasycić wzrok niesamowitą masą spadającej wody.

Wodospad Niagara to tak naprawdę trzy wodospady: najbardziej okazały to Podkowa o wysokości 53 m i szerokości aż 790 m oraz dwa mniejsze Amerykański i Ślubny Welon o wysokości 21-30 m oraz szerokości 320 m. Aż trudno sobie wyobrazić, że średnio ze wszystkich kaskad razem spada 2,4 tyś. m³ wody na sekundę.

Obejrzeliśmy górną część Podkowy i poszliśmy na lunch do centrum turystycznego. Zjedliśmy hot-doga w bułce z pomidorami, cebulką, ogórkami i musztardą, położonego na smacznie przyprawionych frytkach, a do tego wypiliśmy ciemne piwo (52,40 CAD za dwie porcje i dwa piwa). Najedzeni, wolnym krokiem, ruszyliśmy wzdłuż koryta rzeki patrząc na wszystkie trzy wodospady z różnych perspektyw. W dole widzieliśmy podpływające co chwilę statki wypełnione turystami w foliowych pelerynach.

Od strony USA podpływały stateczki pełne osób w niebieskich foliówkach, a od kanadyjskiej w czerwonych. Statki mimo, że całkiem sporych rozmiarów, to przy wielkości Wodospadu Podkowa, wyglądały jak łupiny orzecha. Dla Amerykanów jest to jedyna możliwość zobaczenia całej trójki wodospadów, bo z brzegu po stronie USA widoczna jest tylko Podkowa. Mimo, że od strony Kanady widać wszystko w całej krasie, my także mieliśmy w planie rejs zarezerwowany już w Polsce (106,79 CAD za dwie osoby).

Niespiesznym krokiem doszliśmy do przystani, gdzie windą zjechaliśmy na brzeg rzeki. Dostaliśmy czerwone peleryny przeciwdeszczowe i w tłumie turystów popłynęliśmy wzdłuż mniejszych kaskad do największej. Krótka, bo zaledwie 20-minutowa wycieczka robi niesamowite wrażenie, gdyż z tej pozycji widać ogrom spadającej wody, słychać wielki huk i czuć wszechobecną wilgoć, a raczej nieprzerwany prysznic. Peleryny tylko częściowo chronią przed wodą i przemoczeniem, ale warto to przeżyć :-) Po rejsie wypiliśmy kawę na przystani, siedząc w słońcu i susząc mokre spodnie i buty.

Zdecydowaliśmy, że ciekawą, dodatkową atrakcją będzie wjazd windą na Skylon Tower i spojrzenie na całość z góry. Wieża w Niagara Falls ma 160 m i podobnie jak w Toronto, znajduje się w niej restauracja oraz taras widokowy. Tym razem wjechaliśmy charakterystyczną, zewnętrzną, żółtą windą tylko na taras widokowy, skąd pięknie można podziwiać wodospady oraz miasta po obu stronach rzeki Niagara (bilet 20 CAD).

Pozostało nam już tylko przejść na drugi koniec miasta na dworzec autobusowy. Przeszliśmy przez miejscowość, której większa część to park rozrywki, po drodze zatrzymując się na oryginalny deser – funnel cake. Jest to coś w rodzaju naszego gofra, ale o smaku chruścików. Deser powstaje przez lanie ciasta dość cienką strużką do głębokiego oleju. W ten sposób powstaje coś na kształt gniazda i zostaje posypane cukrem pudrem. Do tego nałożono nam lody śmietankowe oraz truskawki w żelu. Ślinka cieknie na samo przypomnienie :-)

Wracaliśmy autobusem firmy Megabus o 17:00 (dwa bilety 38,39 CAD). Powinniśmy dojechać do stacji Union o 19:00, jednakże „dzięki” korkom, dotarliśmy do celu 45 minut później… Pozostało nam tylko wrócić metrem na kwaterę.

USA – Nowy Jork
30.08.2025 r.
Nie pospaliśmy za długo, bo o 7:25 mieliśmy wylot do Nowego Jorku (linie American Airlines, lot nr AA 4542). O 5:00 wyruszyliśmy Uberem na Lotnisko Toronto-Lester B. Pearson (40,04 CAD) i już po 20 minutach byliśmy na terminalu. Zależało nam, żeby być w miarę wcześnie, bo nie wiedzieliśmy jakie formalności związane z wjazdem do USA mogą nas czekać. Dobrze zrobiliśmy, bo okazało się, że już w Toronto odbyła się kontrola wjazdowa do Stanów Zjednoczonych. Mało to, terminal, z którego odlatywaliśmy, obsługiwał loty wyłącznie do USA. Poszło nadzwyczaj gładko, oficer amerykańskiej straży granicznej zadał nam trzy banalne pytania i z uśmiechem przepuścił na wewnętrzną część lotniska.

Nowy Jork – O 9:00 dolecieliśmy na lotnisko La Guardia w dzielnicy Queens. Podczas lądowania przyglądaliśmy się wieżowcom na Manhattanie, w dali widząc Statuę Wolności i nie mogliśmy uwierzyć, że za chwilę będziemy w Nowym Jorku. Mimo, że byliśmy już po kontroli granicznej w Toronto, to spodziewaliśmy się jakiejś kontroli w Nowym Jorku. O dziwo, z samolotu weszliśmy wprost na terminal, podobnie jak to się odbywa w Strefie Schengen w Europie. Wydaje się, że wlot do USA z Kanady to lepszy wybór niż przylot wprost z Europy, gdyż uniknęliśmy bardzo szczegółowej kontroli, a ta z która się spotkaliśmy była szybka i pobieżna.

Po wyjściu z Terminala odszukaliśmy przystanek darmowej linii Q70, która dowozi do stacji metra Jackson Heights Roosvelt skąd pojechaliśmy jeden przystanek linią F do 21 St-Queensbridge (przedpłacona karta na metro za 1$, doładowanie za 20$, pojedynczy przejazd za 3,50$). Stąd mieliśmy osiemset metrów do Voyage Hotel. Po wyjściu z metra, okazało się, że nie mamy Internetu, mimo, że kupiliśmy usługę eSIM na obszar Kanady i USA. Mało to, w Kanadzie Internet był bez zarzutu, a tu ani myślał zadziałać. Mieliśmy wydrukowaną podręczna mapkę, więc bez trudu namierzyliśmy hotel bez korzystania z nawigacji.

W hotelu zostawiliśmy bagaże na przechowanie i ruszyliśmy na zwiedzanie Nowego Jorku. Choć mieliśmy zasięg sieci komórkowej, to nie mieliśmy dostępu do Internetu. Z doświadczenia z innych krajów, postanowiliśmy kupić prawdziwą kartę SIM i włożyć do któregoś z naszych telefonów. No cóż. Okazało się to niemożliwe, bo jak nas uświadomiono, europejskie telefony nie pracują w USA. Nie do końca chcieliśmy w to wierzyć, bo przecież złapaliśmy sieć, ale taką informację podano nam w dwóch punktach różnych sieci. Nie chcąc zbankrutować, nie spróbowaliśmy, czy złapiemy Internet w roamingu.

Zdecydowaliśmy się na zupełnie inne rozwiązanie. Kupiliśmy kartę SIM w sieci Metro by T-Mobile za 40$ z aktywacją za 25$, a do tego nowiutkiego Samsunga Galaxy A16, co łącznie z Vatem wyniosło 139,98$. No cóż… Założyliśmy, że dodatkowy wydatek 60$ zwrócimy sobie w Polsce odsprzedając Samsunga. Niestety jak się okazało kilka tygodni później, telefon miał zaszytego simlocka na płycie, więc w praktyce stał się bezużyteczny i sprzedaliśmy go „na części”.

Wyposażeni w Internet, mogliśmy ruszyć dalej. Zgłodnieliśmy, więc najpierw skorzystaliśmy z jednej ze słynnych nowojorskich budek z hot-dogami. Musimy zdecydowanie stwierdzić, że choć ojczyzną hot-dogów są Stany Zjednoczone, to słynne przekąski są zdecydowanie przereklamowane. Miękka mała bułka z mało zachęcającą, przekrojoną na pół i zgrilowaną parówką oraz ketchupem i musztardą, była po prostu kiepska… No, ale cóż oczekiwać za 2$ w tak drogim mieście jak Nowy Jork :-)

Zeszliśmy do stacji metra i w tym miejscu musimy podzielić się wrażeniami. Po pierwsze tak jak się spodziewaliśmy, nowojorskie metro jest brzydkie i brudne. Po drugie, czego też się spodziewaliśmy, jest bardzo skomplikowane. Po trzecie, co było już dla nas zaskoczeniem, jest koszmarnie źle oznakowane, a do tego pociągi jeżdżą dość rzadko w porównaniu do innych aglomeracji. Dodatkowo można tu spotkać naprawdę różnych dziwaków i wszelakiej maści indywidua.

Ze stacji 21 St-Queensbridge (linia F) pojechaliśmy na stację Lexinston Av/63St, gdzie przesiedliśmy się linię Q i dojechaliśmy do stacji 57St / 7Av nieopodal Central Parku. Po wyjściu z metra stanęliśmy pośród prawdziwych drapaczy chmur. Wrażenie niezapomniane. Co ciekawe, szare drapacze chmur, mające pewnie niemal 100 lat, sąsiadują z ultra nowoczesnymi, strzelistymi budynkami ze szkła i stali. My skierowaliśmy się do najsłynniejszego, nowojorskiego parku, czyli Central Parku. Tak jak w filmach, mnóstwo tu spacerowiczów oraz osób uprawiających sporty. Ciekawym miejscem był duża lita skała, po której hasały dzieciaki.

Skierowaliśmy się na słynną 5 Avenue (Piątą Aleję). Nim jednak wyszliśmy z Central Parku wypiliśmy pyszny sok z limonki, szpinaku, ananasa i banana (12$ za około 0,6l). Idąc wzdłuż alei podziwialiśmy niezwykłe budynki .Szczególnie naszą uwagę przykuł Louis Vuitton Building w kształcie stosu kufrów, czy może okutych walizek, bez okien, ale za to z wszechobecnym logo firmy. Kolejnym charakterystycznym budynkiem była Wieża Trumpa (Trump Tower), koło którego przejeżdżała biała, bardzo, bardzo długa limuzyna.

Ciekawie prezentowały się wkomponowane w wysoką zabudowę, neogotyckie kościoły z katedrą św. Patryka na czele. Efekt jest dziwny i nijak nie współgra z otoczeniem. Powoduje bardzo duży dysonans poznawczy. Nieco dalej stoi Rockefeller Center, czyli kompleks 19 biznesowych budynków, tworzących największy zespół wieżowców tego typu na świecie. Skręciliśmy w 47St, gdzie musieliśmy spróbować najsłynniejszych, amerykańskich pączków w Dunkin’ Donuts. Wybraliśmy wersję dyniową, która smakowała trochę jak piernik (2,59$/szt.).

47st doszliśmy do najsłynniejszego placu w Nowym Jorku, czyli Times Square. To tu trafia najwięcej turystów i to także tu nowojorczycy świętują Nowy Rok. Ten trójkątny plac robi o tyle ciekawe wrażenie, że jest naszpikowany niezwykłą ilością telebimów z reklamami, co powoduje odczucie jakby się było w centrum futurystycznego show. Królują reklamy brodwayowskich spektakli, ale nie brakuje reklam znanych marek i ich produktów. Oczopląs gwarantowany :-)

Do tego po Times Square chodzą osoby przebrane za postaci popkultury. My spotkaliśmy King Konga w towarzystwie Spider Mana. No cóż, takie połączenie tylko tu. Kawałek dalej, idąc ulicą Broadway, minęliśmy Nowojorską Bibliotekę Publiczną, stylizowaną na budowlę antyczną, a nieco dalej słynny wieżowiec Empire State Building. W końcu doszliśmy do Madison Square, małego, aczkolwiek także słynnego parku, gdzie zjedliśmy obiad w popularnej sieciówce Popeyes Louisiana Kitchen. Wybraliśmy swego rodzaju burgera – Ghost Pepper Chicken Sandwich, będącego kanapką z kurczakiem w chrupiącej panierce z piklami, serem i bekonem, do tego dostaliśmy obowiązkowe w Stanach frytki oraz lemoniadę (30,03$ za obiad dla dwojga). Jedzenie zupełnie przeciętne, żeby nie powiedzieć, poniżej przeciętnej. Do hotelu wróciliśmy bezpośrednim metrem F ze stacji W4 St / Washington Square.

Po godzinnym odpoczynku wyruszyliśmy na najważniejszą atrakcję dnia, czyli spektakl na Broadwayu. Już w Polsce kupiliśmy bilety za pomocą platformy „todaytix” na musical „MJ” w Neil Simon Theatre o 19:00. Wybraliśmy właśnie ten spektakl, gdyż jest muzyczną biografią naszego idola z lat młodzieńczych, czyli Michaela Jackson. Uznaliśmy, że jest to ikona USA i nie ma nic bardziej amerykańskiego na brodwayowskich deskach teatrów (ceny bardzo różne, w zależności od dnia, pory i oczywiście miejsc – od kilkudziesięciu do kilkuset dolarów).

W drodze mieliśmy małą przygodę, gdyż wysiedliśmy na niewłaściwym przystanku i musieliśmy cofnąć się o jedna stację, przez co o mało nie spóźniliśmy się do teatru. Tak jak pisaliśmy wcześniej, trzeba bardzo uważać na stacje, gdyż ich oznaczenia są nieczytelne. Na miejsce dotarliśmy o czasie i mogliśmy zasiąść w dużym teatrze Neil Simon. Musical opowiadał o życiu i karierze Michaela Jacksona z punktu widzenia dojrzałego artysty szykującego się do największej trasy koncertowej. Aktor grający główną rolę w stu procentach odwzorował taniec i ruchy Michaela Jacksona, w dziewięćdziesięciu pięciu procentach jego głos, a jedynie wygląd odbiegał od oryginału. My oczywiście mieliśmy z racji ceny biletów dość odległe miejsca, więc z tej perspektywy złudzenie było całkowite. Podczas musicalu zabrzmiało ponad 25 przebojów z różnych okresów kariery Michaela Jacksona. Piosenki były w doskonałych aranżacjach, a sceneria mimo, że dość prosta, to zrobiona z dużym rozmachem. Spektakl wywarł na nas ogromne i niezapomniane wrażenie.

Po przedstawieniu, jak prawdziwi nowojorczycy, postanowiliśmy coś zjeść w ulicznej budce niedaleko teatru. Prosty szaszłyk w bułce z sosem barbecue smakował całkiem nieźle :-) Nieco gorzej było z taksówką. Przez aplikację zamówiliśmy Ubera, ale nie mogliśmy namierzyć miejsca, w którym zaparkował. Taksówka odjechała, a nam pobrano „karę” 5,45$… Nie ryzykowaliśmy kolejnego Ubera, tylko złapaliśmy klasyczną żółtą, nowojorską taksówkę i już bez problemu dojechaliśmy do hotelu. O dziwo cena (35$ z napiwkiem) była nawet niższa niż w apce Ubera…
31.08.2025 r.
Nowy Jork – Następny dzień zaczęliśmy od śniadania, które zjedliśmy w barze Sunshine Coffee prowadzonym przez Dominikańczyków, tuż obok hotelu,. Zamówiliśmy tosty, a do tego smażony bekon, placki ziemniaczane z gotowanych ziemniaków i jajecznicę oraz duży kubek americano. Najedzeni poszliśmy do metra. Pojechaliśmy linią F do stacji W4 Str / Wash Sq i przesiedliśmy się na linię E, żeby dotrzeć do stacji WTC.

Wyszliśmy wprost na Oculus Plaza, futurystyczne. luksusowe centrum handlowe, będące przy okazji stacją metra. Budowa tego budynku pochłonęła aż 4 mld $. Oculus stoi na terenie dawnego World Trade Center, którego większą część stanowi park pamięci ofiar zamachów z 11 września 2001 r. W miejscach, w których stały słynne dwie wieże, znajdują się dziś dwie ogromne fontanny, których brzegi pokryte są nazwiskami wszystkich 2973 ofiar. Na terenie WTC pobudowano także najwyższy wieżowiec Nowego Jorku, a zarazem Stanów Zjednoczonych, czyli One World Trade Center o wysokości 541 m. Miejsce jest bardzo przejmujące ze względu na wyjątkowo tragiczną historię. która rozegrała się na oczach całego świata…

Niedaleko WTC znajduje się Wall Street ze „świątynią biznesu” – Nowojorską Giełdą Papierów Wartościowych. Tuż obok stoi The Trump Building, wieżowiec z 1929 r., zakupiony w latach 90-tych przez obecnego Prezydenta USA za bagatela 8 mld $… Ogólnie Wall Street sprawia ponure wrażenie, gdyż zabudowana jest szarymi, kamiennymi i bardzo monumentalnymi budynkami.

Skierowaliśmy się w stronę Battery Park, gdyż chcieliśmy jeszcze zobaczyć słynnego Byka z Wall Street, będącego brązową rzeźbą szarżującego byka (Charging Bull). Wszyscy chcieli zrobić sobie zdjęcie przy figurze, a szczególnym zainteresowaniem cieszyły się olbrzymie bycze jądra, do których ustawiła się osobna, długa kolejka. Dotknięcie wypolerowanych dłońmi turystów „atrybutów”, według miejskiej legendy, gwarantuje powodzenie w interesach. Trudno się dziwić, że byk jest symbolem nowojorskich maklerów. My przesądni nie jesteśmy, więc odpuściliśmy sobie czekanie ;-)

Mieliśmy ciekawsze rzeczy do zrobienia. Na 11:00 zarezerwowaliśmy rejs do Statuy Wolności z dodatkowym wejściem na koronę monumentu (51,60$ za dwie osoby). Wydrukowany voucher musieliśmy wymienić na bilety na prom na Liberty Island, a dodatkowo dostaliśmy opaski, które uprawniały do wejścia na najwyżej dostępny punkt Statuy. Załadowany turystami prom z Battery Park popłynął wprost do atrakcji. Dodatkowym walorem rejsu były doskonałe widoki na Manhattan, Brooklyn oraz Jersey City.

Zanim weszliśmy do Statuy, musieliśmy zostawić wszystkie rzeczy, z wyjątkiem telefonów oraz sprzętu foto-video, w specjalnych szafkach. Po szczegółowej kontroli, mogliśmy wejść do wnętrza monumentu. Dla każdego przypływającego na Wyspę Wolności dostępny jest niższy poziom Statuy, czyli piedestał, na który prowadzi 195 stopni oraz winda. Dalej strażnicy wpuszczają nieliczne osoby z opaskami. Do wejścia pozostały nam 162 stopnie, które pokonać można wyłącznie pieszo. Cała klatka schodowa jest metalowa, wąska i bardzo kręta. Nagrodą jest wstęp na niewielką platformę widokową mieszczącą się w koronie Statuy Wolności.

W tym momencie, nie licząc strażników, mieliśmy całą koronę tylko dla siebie. Widok z wysokości 81 m jest rozległy, pozwala na objęcie wzrokiem niemal całej panoramy Nowego Jorku oraz otoczenia samej Statuy. Od 1916 r. nie ma możliwości wejścia na mniejszą platformę, która znajduje się w pochodni trzymanej przez figurę. Cieszyliśmy się, że udało nam się dostać w tak symboliczne i niezwykłe miejsce. Żeby tak się stało, bilety zarezerwowaliśmy ponad trzy miesiące wcześniej… Potem zeszliśmy na wysokość piedestału i obeszliśmy figurę dookoła. Na koniec pobytu na Liberty Island zjedliśmy kręcone włoskie lody i wypiliśmy lemoniadę w kubku w kształcie pochodni, którą dzierży Statua Wolności (dwa lody plus lemoniada 30oz – 21$).

O 13:55 odpłynęliśmy z Wyspy Wolności i popłynęliśmy na Ellis Island, dawnego centrum przyjmowania i kwarantanny imigrantów. Nie chcieliśmy tu wysiadać, więc wróciliśmy wprost na Manhattan. Postanowiliśmy zobaczyć słynną China Town, więc ruszyliśmy w 3,5-kilometrowy spacer, po drodze mijając przeróżne nowojorskie sądy mieszczące się w monumentalnych gmachach.

Spodziewaliśmy się, że Chińska Dzielnica będzie bardziej spektakularna niż jest faktycznie. Prócz chińskich szyldów, bannerów i wszechobecnego azjatyckiego jadła, niczym szczególnym się ona nie wyróżnia. Faktycznie zabudowa China Town wygląda na starszą niż Manhattan, który dotąd oglądaliśmy. Nie zawiedliśmy się jednak jeśli chodzi o jedzenie. Obiad w lokalu okupowanym przez Azjatów, na który składała się wołowina z nudlami oraz warzywami i kaczka w stylu Hong Kongu z makaronem oraz cykorią, był świetny. Jedynie rosół z kaczki podany jako starter był raczej dziwny. Do całości dostaliśmy tradycyjną jaśminową herbatę (cały obiad 35$ z napiwkiem).

Kolejnym naszym celem był Most Brookliński, który łączy Manhattan z Brooklynem i ma niemal 2 km długości. Most jest jednym z pierwszych, stalowych mostów wiszących na świecie, a jego konstrukcja zdecydowanie odbiega od standardów. Kładka piesza nie dość, że znajduje się pośrodku mostu, to jest zawieszona wyżej niż jezdnie po obu jej stronach. Gigantyczne pylony stanowią bramę dla pieszych przemierzających drogę między dzielnicami. Na moście funkcjonuje nieoficjalny, mały bazar z różnościami, które oferowane są przechodniom. Z mostu doskonale widać Manhattan Bridge i znaczną część Nowego Jorku.

Z mostu zeszliśmy na Brooklyn, a tak naprawdę do jego części zwanej DUMBO, w której budynki portowe i magazyny zostały zaadaptowane na cele handlowo-gastronomiczne. Szukaliśmy kawiarni, ale wszystkie miejsca były tak zatłoczone, że postanowiliśmy iść dalej, wzdłuż wybrzeża, aż natknęliśmy się na małą piekarnię, w której kupiliśmy croissanty z czekoladą i migdałami oraz kawę (dwa ciastka i dwie kawy plus napiwek – 23,88$).

Siedząc w słońcu, chwilę poodpoczywaliśmy, a potem ruszyliśmy na znane z filmów uliczki z ceglanymi domami z charakterystycznymi wejściami po kilku kamiennych stopniach. Brooklyn jest dokładnie taki jak go sobie wyobrażaliśmy. Czerwone kamienice z masywnymi drzwiami, schodami z kutymi balustradami i malutkimi ogródkami, wyglądają dokładnie jak na filmach. Efekt gwarantowany.

Wracając dość późno do Voyage Hotel na każdej przecznicy spotkaliśmy patrol policji, a ulicami jeździły liczne radiowozy. Nic dziwnego, bo w nocy obudził nas strzał z broni palnej. No cóż, w końcu to Nowy Jork, który cieszy się zła sławą jeśli chodzi o przestępczość…

USA – Park Narodowy Yellowstone
01.09.2025 r.
Pobudka była bardzo wcześnie rano, bo już o 6:05 mieliśmy wylot z lotniska LaGuardia do Minneapolis (lot nr DL2510, linie Delta), gdzie mieliśmy przesiadkę na kolejny lot do miasta Bozeman (lot nr DL1226, linie Delta). Zamówiliśmy Ubera o 3:45 (przejazd 32,90$) i już o 4:00 byliśmy na lotnisku. Mieliśmy czas na spokojne zjedzenie śniadania. Wybraliśmy meksykański bar, gdzie zamówiliśmy zestaw: jajecznicę, szynkę smażoną, krokiety z ziemniaków, tosty i kawę (dwa zestawy z podatkiem – 38,13$). Posiłek całkiem smaczny i obfity jak na lotnisko. Planowo wystartowaliśmy i wylądowaliśmy w Minneapolis pół godziny przed czasem. Ucieszyliśmy się, bo mieliśmy planowo zaledwie tylko 50 minut na przesiadkę na całkiem dużym lotnisku.

Spokojnie przeszliśmy z jednej strony terminala na drugą (wcześniej przestudiowaliśmy dokładnie plan lotniska :-) i o 8:55 polecieliśmy do Bozeman w stanie Montana. Dotarliśmy planowo o około 10:20 i pierwsze co zrobiliśmy po lądowaniu, to kupiliśmy spray na niedźwiedzie (54,99$)… Było to swego rodzaju ubezpieczenie, gdyż w Parku Narodowym Yellowstone, do którego zmierzaliśmy, ataki grizzly choć niezbyt częste, to jednak prawdopodobne. Zakup gazu pieprzowego o wyglądzie i wielkości małej gaśnicy, to według wszelkich źródeł, obowiązek każdego turysty. Potem wypożyczyliśmy samochód. W Alamo zarezerwowaliśmy prawdziwego amerykańskiego pickupa GMC Sierra z silnikiem V8 o pojemności bagatela 5,8l. Wielkość samochodu przerosła nasze wyobrażenia. Do kabiny trzeba było wsiadać praktycznie tak jak do ciężarówki wciągając się przy pomocy uchwytu i korzystając ze specjalnego stopnia. W środku wrażenia były podobne, bo między siedzeniem kierowcy, a pasażera, spokojnie zmieściłby się dodatkowy fotel… Mało to, mogliśmy patrzeć na zwykłe osobówki z góry i to dosłownie :-) Ciekawostką była gałka od automatycznej skrzyni biegów umieszczona w kolumnie kierownicy, zupełnie jak na amerykańskich filmach…

Do północnej bramy Parku Yellowstone mieliśmy 88 mil, czyli jakieś 140 km. Byliśmy już bardzo głodni i zapragnęliśmy zjeść „kawał bizona” :-D W tych okolicach nie jest to niemożliwe. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Gardiner tuż przed bramą, gdzie w prawdziwym amerykańskim barze Cowboy’s Lodge and Grille zjedliśmy burgera z prawdziwego bizona. Prócz bardzo smacznego burgera, w bułce znalazł się ser, pomidor, sałata i cebula, a do tego dostaliśmy frytki. Całość popiliśmy piwem Yellowstone IPA (0,33l). Ogólnie był to naprawdę smaczny posiłek, zjedzony w mega oryginalnym miejscu (65$ z podatkiem i napiwkiem).

Mammoth Hot Springs – Posileni wjechaliśmy do słynnego Parku Narodowego Yellowstone (bilet za samochód z pasażerami na 7 dni – 35$) i od razu skierowaliśmy się do obszaru zwanego Mammoth Hot Springs. Zatrzymaliśmy się na dużym parkingu tuż przy Liberty Cap, czyli skale w kształcie czapki z czasów rewolucji francuskiej. Tuż obok znajduje się pierwsze skupisko mis trawertynowych znajdujących się na niższych tarasach. Na całym terenie są ścieżki poprowadzone po drewnianych kładkach, które pozwalają na dotarcie do najciekawszych punktów, a przy okazji zabezpieczają bezcenne skarby natury. Weszliśmy wyżej, żeby obejrzeć misy z góry, gdzie widok był jeszcze bardziej spektakularny. Niektóre z białych mis pokryte były rudymi naciekami, a inne wypełnione błękitną wodą. W połączeniu z otaczającą przyrodą i górami, efekt był niezwykły.

Potem pojechaliśmy na górne tarasy, pośród których wytyczono trasę samochodową – Upper Terrace Loop Drive. Droga ma liczne parkingi przy najważniejszych atrakcjach i punktach widokowych. Część tarasów do złudzenia przypominało śnieg. Dodatkowym atutem przejażdżki były jeziorka wulkaniczne oraz rozległe panoramy okolicy. Cały pobyt w Mammoth Hot Springs – spacer i przejazd zajęły nam około 1,5 h.

Norris Geyser – Na przejazd do kolejnego obszaru w Parku Yellowstone należy poświęcić około 40 minut, mimo, że do przejechania jest zaledwie 19 mil, czyli jakieś 30 km. W parku obowiązują liczne ograniczenia prędkości, a do tego dochodzą zakręty, czy wręcz serpentyny górskie. Rejon zwany Norris Geyser kryje teren o wyjątkowych barwach z dużą ilością małych gejzerów. Wybraliśmy kilometrowy spacer wokół Porcelain Basin. Jest to kolejna ścieżka w większości po kładkach, pośród spektakularnych, dymiących i tryskających gejzerów oraz towarzyszących im zbiorników termalnych, w których temperatura wody przekracza 95°C.

Wokół roznosił się zapach siarki. Wszędzie unosiła się para wodna, a jeziorka miały kolor od jasnobłękitnej, przez turkusową i wręcz zielonkawą, aż po różne odcienie żółtego, pomarańczowego i brązowego. Za to otoczenie zbiorniczków było białe oraz szare. Całość dawała surrealistyczną paletę, wokół której rosną drzewa iglaste, głównie sosny. Co ciekawe, Porcelain Basin jest najgorętszym miejscem w całym Parku Narodowym Yellowstone.

Island Park – Pozostał nam przejazd na nocleg w Timbers at Island Park, czyli w leśnym kompleksie wypoczynkowym około 35 kilometrów od Zachodniej Bramy Parku Yellowstone. Do celu mieliśmy 1,5 h jazdy z Norris Geyser, mijając po drodze bardzo amerykańskie miasteczko West Yellowstone. Tu dodamy ciekawostkę, że tego dnia „zaliczyliśmy” trzy stany. Lotnisko Bozeman znajduje się w Montanie, Park Yellowstone w Wayoming, miasto West Yellowstone znowu w Montanie, a nasz nocleg w Island Park w stanie Idaho. To przy okazji świadczy jakie odległości trzeba pokonać, aby coś zobaczyć w USA.

Wynajęty apartament to 1/4 drewnianego domku z wszelkimi wygodami. Był to dość luksusowy nocleg, ale jego cena była także wysoka. Do tego wymagano od nas 250$ depozytu. No cóż wszystkie noclegi wokół Yellowstone są mega drogie.

02.09.2025 r.
Grand Canyon Of The Yellowstone – Do pierwszej atrakcji dnia – punktu widokowego Artist Point mieliśmy aż 2h i 15 minut jazdy. Po drodze mogliśmy obserwować dziką przyrodę. W pewnym momencie zobaczyliśmy skupisko samochodów na parkingu. Od razu wiedzieliśmy, że gdzieś musi być jakieś zwierzę. Okazało się, że w oddali pasą się jelenie. Małe stado swobodnie poruszało się po łące. Nieco dalej musieliśmy zatrzymać się po raz wtóry, bo obok gorącego strumienia rezydowały dwa bizony. Były to dla nas pierwsze bizony, więc te wielkie zwierzęta stojące parę kroków od nas zrobiły prawdziwy efekt wow!

Artist Point to miejsce z którego rozpościera się spektakularny widok na kolorowy wąwóz rzeki Yellowstone. Na parkingu przywitały nas kruki, które czatowały na świeżo przyjeżdżające samochody, żeby wydziobywać z nich owady rozbite o maskę, czy też grill. Wielkie, czarne, niemal oswojone ptaszyska, robiły cokolwiek dziwne wrażenie… Niedaleko od parkingu znajdował się właściwy punkt widokowy, z którego w oddali widać było Lower Falls – Dolny Wodospad, kaskadę o wysokości 94 m. Wodospad spada do dość wąskiego kanionu o nieregularnych, postrzępionych ścianach. Patrząc w drugą stronę widać zachwycające wielokolorowe skały w towarzystwie sosen.

Warto zatrzymać się na kolejnym punkcie – Upper Falls View, skąd widać górną, mniejszą z kaskad, o wysokości 33 m. Wodospad Górny jest mniejszy, ale za to szerszy i znajduje się pośród sosnowego lasu. W dali widać most nad Rzeką Yellowstone, który chwilę później pokonaliśmy, żeby przejechać na drugą stronę wąwozu.

Wjechaliśmy w jednokierunkową trasę. Kolejnym zatrzymaniem był punkt o nazwie Brink Of The Upper Falls, czyli Skraj Górnego Wodospadu, gdzie można podejść niemal do samej kaskady i spojrzeć na nią z góry. Dodatkowym walorem jest zalesione otoczenie oraz leniwie płynąca do Wodospadu Rzeka Yellowstone.

Nieco dalej znajduje się Brink of Lower Falls, czyli skraj niżej położonego, ale wyższego wodospadu. Do tego punktu widokowego trzeba zejść zakosami 180 m w dół. W tę stronę to czysta przyjemność, gorzej, że trzeba wrócić na górę :-) Sam punkt pozwala zobaczyć z bliska masę i siłę spadającej wody. A do tego jest to doskonałe miejsce, żeby sobaczyć v-kształtny, nierealistycznie wyglądający jak akwarela, wąwóz.

Ostatnim zatrzymaniem wzdłuż kanionu Yellowstone był punkt zwany Red Rock. Widać stąd w dali Lower Falls, ale przede wszystkim są tu spektakularne widoki Wąwozu Rzeki Yellowstone. Tu ważna uwaga. Niektóre parkingi przy punktach widokowych są całkiem duże, np. Artist Point, ale większość, to niezbyt duże zatoczki, mieszczące zbyt mało pojazdów do potrzeb. Czasem trzeba poczekać na swoją kolej, a czasem pozostawić samochód w miejscu, które wydaje się mało legalne…

Canyon Village – Zakończeniem objazdu okolic Wąwozu Yellowstone, który zajął nam 2 h 15 minut, było centrum turystyczne zwane Canyon Village. Można tu odpocząć, ale przede wszystkim zjeść i kupić pamiątki. Znajduje tu się wielkie bistro z różnymi daniami. Skusiliśmy się na Buffalo Chicken Wrapa (15$ za szt.), cydr – Ranch Hard Cider (7$ za puszkę 0,33l), do tego doliczono nam dwa podatki Utility Fee (0,53$) oraz Park County Tax (1,78$). Lunch całkiem smaczny jak na takie miejsce.

Lamar Valley – Drugim obszarem, który zaplanowaliśmy na ten dzień był Lamar Valley, czyli jak dla nas „dolina bizonów” (dojazd około 20 mil, czyli 45 minut). W tej części Parku Yellowstone największym atutem są zwierzęta. Nie bez przyczyny, obszar ten nazywany jest amerykańskim Serengetti.

Natychmiast po skręceniu w Lamar Valley, na skrzyżowaniu Tower Junction, przywitało nas stado bizonów. Zwierzęta bez skrępowania pasły się na poboczu, a także swobodnie przechodziły przez szosę, zupełnie nie zwracając uwagi na samochody. Podczas jazdy przez rozległą dolinę zatrzymywaliśmy się wielokrotnie, żeby oglądać kolejne stada bizonów pasące się na wszechobecnych łąkach.

Oprócz bizonów, udało nam się zobaczyć również dwa gniazdujące na suchym drzewie rybołowy (osprey) oraz co jest rzadkością – szarego wilka. Kochamy dziką przyrodę, więc każde spotkanie ze zwierzętami jest dla nas dużym przeżyciem. Powrót na nocleg to bardzo długa, trzygodzinna droga… No cóż, taki urok olbrzymiego Parku Narodowego…

03.09.2025 r.
Fountain Paint Pot Trail – Na poranek kolejnego dnia wybraliśmy największą atrakcję Yellowstone, czyli Grand Prismatic, do którego mieliśmy z noclegu ponad godzinę jazdy. Będąc już niedaleko, naszą uwagę przykuło dymiące pole gejzerów, a przed nim duże stado bizonów. Widok był niesamowity.
Zauroczeni miejscem, postanowiliśmy zatrzymać się przy Fountain Paint Pot i ruszyć przygo

towanymi, drewnianymi kładkami poprowadzonymi wśród gejzerów. Z wielu gejzerów unosiły się kłęby pary, a jeden z nich – Clepsydra Geyser, wybuchł na naszych oczach. Erupcja gorącej wody i pary sięgała wielu metrów. Gejzerom towarzyszyły kolorowe jeziorka i fumarole z błotnymi, bulgoczącymi wyziewami. Efekt był tym silniejszy, że temperatura powietrza sięgała zaledwie kilku stopni powyżej zera.

Grand Prismatic – Parę minut jazdy samochodem dalej, znajduje się symbol Parku Narodowego Yellowstone, czyli źródło Grand Prismatic. Idąc z parkingu przeszliśmy mostkiem nad gorącą rzeką Firehole, której temperatura wody wynosi 30°C. Tuż za rzeką znajduje się parujące jeziorko, a tak naprawdę wypełniony wodą krater gejzera Excelsior. Tuż obok jest największe źródło termalne w Parku, a tak naprawdę w całych Stanach Zjednoczonych, zwane Grand Prismatic. Co ciekawe, dwa jeszcze większe źródła tego typu znajdują się w Nowej Zelandii.

Jest to naprawdę gorące jeziorko o temperaturze dochodzącej do 87°C i głębokie na 37 m. Słynne jest jednak z zupełnie czego innego, a mianowicie niezwykłych kolorów otoczenia oraz samej wody. Błękitno-turkusowa tafla otoczona jest pomarańczowo-żółtym brzegiem. Wygląda to niczym oko mitycznego smoka. Jedno jest pewne, wygląda zjawiskowo.

Grand Prismatic Overlook Trail – Z brzegu Grand Prismatic wygląda niesamowicie, ale jeszcze lepiej prezentuje się z punktu widokowego nieco powyżej źródła. Aby tam dotrzeć, trzeba podjechać na kolejny parking i przejść około 1,5 km na coś w rodzaju platformy, z której widać niezwykłą kolorystykę Grand Prismatic, którą zawdzięcza krzemionce oraz sinicom.

Old Faithful – Tylko 15 minut drogi samochodem dzieliło nas do drugiego z symboli Parku Narodowego Yellowstone, czyli gejzera Old Faithful. Nie jest to gejzer, który wyrzuca wrzątek na największą wysokość, bo są dwa, które są większe, ale jeden z nich Giant wybucha co kilka lat, a drugi Great Fountain tylko dwa razy na dobę. Erupcje Old Faithful są dość regularne, bo co 68 lub 94 minuty, plus – minus 10 minut i mają wysokość od 30 do 55 m. Co ciekawe, można ściągnąć apkę, która pokazuje szacunkowy czas wybuchu.

Zajęliśmy miejsce na ławce w oczekiwaniu na niezwykły spektakl. Trzeba przyznać, że atrakcja jest tak popularna, że wokół gejzera utworzono coś przypominającego amfiteatr. Dzięki temu można w spokoju oczekiwać erupcji. W naszym przypadku musieliśmy poczekać pół godziny, żeby zobaczyć jak wielki słup wody wystrzeliwuje w niebo. Wybuch Old Faithful robi duże wrażenie.

Koło gejzera znajduje się największe centrum turystyczne w Yellowstone, skorzystaliśmy więc i zjedliśmy obiad. Spośród stoisk wielkiego bistro wybraliśmy bar grillowy. Zamówiliśmy BBQ Brisket, czyli szarpaną wołowinę z grilla z purée ziemniaczanym i gotowaną kukurydzą (21$ bez podatku i opłaty parkowej). Do picia wzięliśmy piwo o charakterystycznej nazwie Old Faithful Ale (0,33l za 6,25$ netto). Było to najlepszy obiad w Parku i jeden z najlepszych na tym wyjeździe mimo, że w takiej jadłodajni :-)

West Thumb Geyser Basin – Ostatnim miejscem, które chcieliśmy zobaczyć w Parku Yellowstone był West Thumb Geyser Basin nad Jeziorem Yellowstone, a konkretnie nad zatoką West Thumb. Czekało nas 45 minut drogi. Ścieżka prowadziła po kładkach pomiędzy kolorowymi jeziorkami i błotnymi, siarkowymi wyziewami. Turkus jeziorek kontrastował z ich jasnymi i brunatnymi brzegami. Ścieżka prowadziła nad granatowej barwy jezioro. W oddali widać było góry, a tuż przy brzegu malutkie gejzerki wystające z wody i dymiące niczym małe wulkany. Spacer, który zajął nam około godzinę, był dopełnieniem wizyty w Parku Narodowym Yellowstone.

Wyjazd z Parku wiódł przez nieco mniej atrakcyjne tereny, wzdłuż olbrzymiego Jeziora Yellowstone, które ma aż 350 km². Jechaliśmy do Wschodniej Bramy jeszcze około 1,5 h, po drodze mijając spalone wielkie połacie lasu… Dawniej Park Yellowstone kojarzył nam się przede wszystkim z kreskówką o Misiu Yogi, ale teraz już mamy zupełnie inne wyobrażenie o tej krainie lasów, gejzerów i bizonów. Jedno jest pewne, żadnego misia nie udało nam się zobaczyć :-)

Cody – Od bramy do noclegu pozostały nam 62 mile drogi (około godzina jazdy) pośród pustkowi i typowo westernowych gór, które zagrały w niejednym filmie. Zatrzymaliśmy się w Super 8 by Wyndham Cody, niedużym hotelu na skraju miasta. Hotel oferował o wiele wyższy standard niż się spodziewaliśmy.

Wybraliśmy się jeszcze na spacer po tym niewielkim, ale klimatycznym miasteczku, które zamieszkuje poniżej 10 tys. mieszkańców, a którego historia sięga 1901 r., gdy zostało założone przez słynnego Buffalo Billa, czyli Williama Fredericka Cody. Założyciel miasta był bardzo ciekawą postacią, bo prócz tego, że był myśliwym i zwiadowcą w armii, zorganizował wielkie przedstawienie cyrkowe Wild West Show, z którym na początku XX w. występował w całej Ameryce Północnej, a także w Europie, w tym nawet na ziemiach polskich. Pod koniec życia grał w sztukach pisanych specjalnie dla niego i w pierwszych westernach.

Podjechaliśmy do centrum i ruszyliśmy główną ulicą – Sheridan Avenue. Wzdłuż drogi stoją niewielkie, częściowo drewniane domy, żywcem wyjęte z jakiejś romantycznej komedii, dziejącej się gdzieś na amerykańskiej prowincji. Mieliśmy szczęście, bo właśnie rozpoczęło się uliczne przedstawienie wprost z Dzikiego Zachodu. W uliczce przy Buffalo Bill’s Irma Hotel & Restaurant poznać można historię Sundance Kida, Butcha Cassidy, Calamity Jane, szeryfa Ryana i kliku innych postaci. Jest tu napad na bank, wizyta w saloonie, odbicie przestępcy z więzienia, a wszystko to w formie żartobliwych scenek odgrywanych przez mieszkańców miasteczka.

Nieco dalej zatrzymaliśmy się na kolację w Silver Dollar Bar z muzyką country na żywo. Zamówiliśmy zestaw przekąsek i oczywiście piwo. Wśród pysznych przekąsek były skrzydełka z kurczaka, panierowane kawałki mozzarelli, krążki cebulowe, pieczone grzyby i do tego sosy. Piwo nie było takie sobie zwykłe, bo Walrus IPA, to przepyszne, bardzo intensywne w smaku i zarazem bardzo mocne piwo – 8,3%. Do jedzenia śpiewała młoda dziewczyna w kowbojskim kapeluszu, akompaniująca sobie na gitarze akustycznej. Naprawdę sympatyczne zakończenie dnia. Wracając do samochodu, zobaczyliśmy jelonka swobodnie chodzącego po mieście.

04.09.2025 r.
Cody – Old Trail Town – Rano zeszliśmy na śniadanie, które nas nieco zaskoczyło, bo było do samodzielnego przygotowania. Do dyspozycji gości były lodówki z gotowymi daniami do podgrzania w kuchence mikrofalowej, różne taco, omlety itp., a poza tym ciastka, płatki w kilku rodzajach, mleko i jogurty. Oczywiście wszystko bez ograniczeń. Ot taki oryginalny szwedzki stół :-) Do tego trzeba dodać, że w tym obiekcie, jak w wielu innych w Stanach Zjednoczonych, kawa była dostępna przez całą dobę, a do tego w pokoju też mieliśmy mały ekspres i kawę.

Niedaleko od Hotelu znajduje się prawdziwe miasteczko westernowe Old Trail Town (wstęp 12$). Prawdziwe, bo stoją tu oryginalne domy z Cody i okolic, bez kolorów, krzykliwych napisów i całej otoczki, która znana jest z filmów. Wszystko wygląda o wiele skromniej niż na westernach. Skansen pokazuje wiele domów pierwszych osadników na tych terenach, traperów i myśliwych, a na drzwiach opisano ich historie.

W miasteczku z Dzikiego Zachodu, nazywanego tu Starym Zachodem, są takie ciekawe budynki jak kryjówka Butcha Cassidy – Hole in the Wall Cabin, saloon i prawdziwy dom publiczny, zupełnie nie przypominające filmowych odpowiedników, a poza tym sklepy, warsztaty, poczta, szkoła oraz kilka wystaw. O poranku Old Trail Town wyglądało zjawiskowo, szczególnie, że prócz budynków stały wozy, sterty poroża, czy też kilka nagrobków.

Mimo, że byliśmy dotąd w kilku takich miejscach, to skansen ten jest wyjątkowy i pozwala zobaczyć prawdziwy Dziki Zachód bez upiększania, a do tego ma niepowtarzalny klimat. Cieszyliśmy się, że zdecydowaliśmy się przyjechać do Cody, choć jest ono nieco z trasy i skomplikowało nam ten fragment podróży. Pozostał nam długi przejazd na lotnisko w Bozeman. Musieliśmy przejechać aż 220 mil (około 350 km), co zajęło nam 3 h i 20 minut.

Bozeman i Salt Lake City – Na lotnisku w Bozeman zdaliśmy naszego GMC, a do specjalnego pojemnika wyrzuciliśmy spray na niedźwiedzie i po przejściu kontroli, poszliśmy na obiad. W knajpce Copper Horse zjedliśmy Fish&Chips (19,50$ za porcję), popijając do tego midday crush będące skrzyżowaniem piwa i cydru (10,50$). Wylot do Salt Lake City mieliśmy o 15:18 (linie Delta, lot nr DL3906). Do Salt Lake City dolecieliśmy o 16:40, więc do kolejnego lotu do San Francisco mieliśmy ponad 5 godzin.

Tu musimy dodać parę słów o lotnisku w Salt Lake City. Jest to bardzo nowoczesne, przestronne i niezwykle czyste lotnisko. Do tego jest bardzo duże jak na miasto o zaledwie 217 tys. mieszkańców. Z racji dużej ilości wolnego czasu, postanowiliśmy przysiąść na kolorowe drinki w barze, a potem zjedliśmy jeszcze kolację w dość słabej meksykańskiej restauracji… Wylot do San Francisco mieliśmy o 21:45 (linie Delta, lot nr DL1091).

USA – Zachodnie Wybrzeże – San Francisco, Yosemite National Park, Sequoia National Park
San Francisco – Do San Francisco przylecieliśmy planowo około 22:50 i od razu ruszyliśmy na poszukiwanie wypożyczalni Avis, w której mieliśmy zarezerwowany kolejny samochód. Słowo poszukiwanie dobrze tu pasuje, bo nachodziliśmy się po lotnisku, żeby trafić do pociągu (niebieska linia), który zawiózł nas wprost do Rental Car Center Station, gdzie rezydują wszystkie wypożyczalnie. Odbiór samochodu nie nastręczał problemów, jedynie musieliśmy namierzyć pojazd na wielkim parkingu. Dzięki temu, po niedługim czasie mogliśmy wyjechać Nissanem Altima wprost na nocleg do Regency Inn at San Francisco Airport. Dojazd zajął zaledwie 5 minut i już około północy ulokowaliśmy się w całkiem fajnym pokoju w typowym amerykańskim motelu, zupełnie przypominającym te z wielu filmów.

05.09.2025 r.
San Francisco – W motelu dowiedzieliśmy się, że najlepsze śniadania w okolicy serwuje IHOP. Jest to sieciówka z naleśnikami i omletami, ale nie tylko. Nie omieszkaliśmy spróbować słynnych pancakes z jagodami (Double Blueberry Pancakes 13,99$ za gigantyczną porcję), do których wypiliśmy kawę (3,99$). Był to bardzo suty, ale przepyszny początek dnia (śniadanie z podatkiem kosztowało 39,50$ za dwie osoby). Nie możemy nie wspomnieć, że cała latynoska obsługa była przemiła i wesoła.

Symbolem San Francisco jest niewątpliwie Golden Gate. Ten wielki, pomarańczowo-czerwony most, przerzucony jest przez cieśninę Golden Gate, ma długość około 2 km i od momentu otwarcia w 1937 r., przejechało nim grubo ponad 1,5 mld samochodów! Zaparkowaliśmy na niezbyt dużym, płatnym parkingu tuż przed bramkami na most (1,25$ za 15 minut). Było to idealne miejsce, żeby z dwóch punktów widokowych spojrzeć na tę słynną, stalową konstrukcję.

Mieliśmy pocztówkowy widok na Golden Gate, ale dodatkowo mogliśmy spojrzeć na majaczące w oddali więzienie Alcatraz oraz centrum San Francisco ze stosunkowo nielicznymi wieżowcami jak na amerykańskie aglomeracje. Jest to uzasadnione, bo jak na standardy USA, 800 tys. mieszkańców, to całkiem nieduże miasto. Byliśmy tym faktem nawet trochę zaskoczeni, bo wydawało nam się, że musi to być wielkie „city”.

Przejechaliśmy do centrum, gdzie koło Pier 33 (Molo 33) zaparkowaliśmy w 80 Francisco St. Garage, czyli obszernym wielopoziomowym parkingu (28,08$/dzień). Stąd wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Zaczęliśmy od przystanku początkowego jednej z trzech zabytkowych linii tramwajowych jeżdżących po centrum San Francisco, czyli Powell/Mason Cable Car Turnaround. W tym miejscu trzeba powiedzieć, że miasto leży na ponad 50 wzgórzach, więc spacerowanie po nim może być dość męczące.

W automacie kupiliśmy całodzienne bilety (13$ od osoby) i czerwoną linią pojechaliśmy na skrzyżowanie z linią zieloną. Jazda tramwajami we Frisco to ciekawe przeżycie. Pojazd jest obsługiwany przez dwie osoby – motorniczego z przodu i hamulcowego z tyłu. Jadąc po wzgórzach trzeba się liczyć z gwałtownymi hamowaniami, czego doświadczyliśmy i zdecydowanie nie było to przyjemne… Widać, że tramwaje są naprawdę zabytkowe, a ich sterowanie nie zmieniło się od wielu dziesięcioleci.

Na skrzyżowaniu California Street z Powell Street przesiedliśmy się na linię zieloną i przejechaliśmy na Nob Hill. Wzgórze Nob to luksusowa dzielnica z hotelami i rezydencjami. Można zobaczyć tu charakterystyczne budynki miast z wielu filmów. Byliśmy tu naprawdę na „Ulicach San Francisco”. Tutaj pierwszy raz zaobserwowaliśmy autonomiczne taksówki Waymo. Najpierw myśleliśmy, że to samochody sterowane komputerowo z tylnego siedzenia, ale było ich tyle, że w końcu stwierdziliśmy, że są to po prostu taksówki bez kierowcy. Pojazdy posiadają wiele kamer dookoła i małych radarów oraz jeden duży radar na dachu. Widok pustego samochodu z obracającą się samoistnie kierownicą, był dla nas zaskoczeniem.

Idąc California Street w kierunku wybrzeża minęliśmy neogotycką katedrę Łaski Bożej ukończoną w 1964 r., przypominającą wielkie, francuskie, gotyckie kościoły. Nieco dalej doszliśmy do sąsiadującego z katedrą zielonego skweru Huntington Park, za którym stoją ciekawe budynki z wysokim hotelem InterContinental na czele. Od miejscowych dowiedzieliśmy się, że na szczycie znajduje się luksusowa restauracja z najlepszym widokiem w mieście.

Doszliśmy do przystanku linii niebieskiej. Niestety musieliśmy trochę poczekać, gdyż tramwaje cieszą się dużym zainteresowaniem turystów oraz miejscowych. Dwa przeładowane tramwaje pojechały bez nas, a dopiero trzeci zawiózł nas na Russian Hill, skąd można zejść lub zjechać niezwykłym, odcinkiem ulicy Lombard, który wije się niczym wąż na zboczu wzgórza. Jest to malownicze miejsce z dużą ilością zygzakowatych zakrętów, klombów oraz widokiem sięgającym aż do Zatoki San Francisco.

Po zejściu na dół, skierowaliśmy się w stronę dzielnicy włoskiej, w której musieliśmy spróbować jak smakuje pizza w wersji amerykańskiej. Usiedliśmy w obleganej trattorii Tony’s Pizza Napoletana, gdzie skosztowaliśmy przepysznej, dużej Pizzy Combo Americano, naładowanej mnóstwem składników (37$), do której wypiliśmy firmowy Tony’s Lager (8$). Obiad był smaczny i do tego pasował do klimatu San Francisco (cały obiad z podatkiem 58,11$).

Kolejnym naszym celem była dzielnica chińska, czyli China Town, która prezentuje się o wiele bardziej okazale niż nowojorska. Jest tu wiele lampionów, chińskich murali, azjatyckich szyldów oraz budynków zwieńczonych dalekowschodnimi dachami. Czuć tu atmosferę orientu. Być może dzieje się to za sprawą dużej ilości Azjatów i znacznie mniejszej ilości turystów niż w China Town w Nowym Jorku.

Mijając dzielnicę wieżowców, udaliśmy się w stronę nabrzeża. Na 15:50 zarezerwowaliśmy rejs na Wyspę Alcatraz, żeby zwiedzić najsłynniejsze więzienie na świecie. Szliśmy promenadą wzdłuż szpaleru palm. Mijaliśmy kolejne mola, przy których cumują statki, aż doszliśmy do Pier 33, czyli molo, z którego odpływają promy do Więzienia Alcatraz (bilet kupiony przez Internet 47,95$ wraz z wstępem do Więzienia i audioguidem). Wypłynęliśmy o 15:50 z bardzo dużą grupą turystów w krótki rejs na wyspę. Z przystani udaliśmy się wprost do Więzienia Alcatraz.

Wbrew pozorom, Więzienie Alcatraz, działało zaledwie 29 lat, od 1934 r. do 1963 r. i było zakładem karnym o zaostrzonym rygorze, w którym trzymano największych ówczesnych bandytów ze słynnym Alem Capone na czele. Drugim powodem sławy więzienia były ucieczki, których naliczono czternaście. Teoretycznie ucieczka była możliwa, gdyż więzienie nie posiadało zewnętrznego muru, za to otaczała je zatoka morska z silnymi prądami i lodowatą wodą. W praktyce tylko jedna ucieczka się udała, choć i tak wielu w to wątpi. Nie znaleziono ciał trzech zbiegów, stąd można przypuszczać, że uciekinierzy przeżyli.

Dziś betonowa konstrukcja nadszarpnięta wodą i czasem, straszy przybyszów swą mroczną historią i niepokojącym wyglądem. Wchodząc w górę minęliśmy kwatery strażników, a następnie weszliśmy do środka. Na trzech poziomach znajdują się pojedyncze cele wyposażone w łóżko z pościelą, stolik, krzesło, umywalkę i toaletę. Wydaje się, że pomimo złej renomy tego miejsca, jego mieszkańcy mieli całkiem niezłe warunki.

Prócz korytarzy z rzędami cel, w więzieniu obejrzeć można kuchnię i stołówkę, w której zachowały się resztki menu, bibliotekę, pomieszczenia widzeń oraz spacerniak. Po wyjściu na zewnątrz zobaczyliśmy także betonową latarnię morską oraz kolonię ptaków, w tym niezliczoną ilość kormoranów. Walorem wizyty na Wyspie Alcatraz są dobre widoki na panoramę San Francisco. Do miasta wróciliśmy promem o 17:55.

06.09.2025 r.
Na śniadanie musieliśmy spróbować drugiej specjalności IHOP, czyli omletów. Wybraliśmy Spinach&Mushroom Omelette (18,19$) i Chicken Fajita Omelette (18,29$) oraz kawę (śniadanie z podatkiem 48,85$). Oczywiście nie zawiedliśmy się, bo duże porcje omletów były przepyszne. Po obfitym posiłku mogliśmy wyruszyć do Parku Narodowego Yosemite, do którego mieliśmy ponad 270 km, co zajęło nam 3 godziny jazdy.

Park Yosemite – Do Parku Narodowego Yosemite, położonego w Górach Sierra Nevada, wjechaliśmy bramą Big Oak Flat (bilet za samochód z pasażerami 35$ na 7 dni) i od razu skierowaliśmy się do jednej z najsłynniejszych atrakcji Yosemite National Park, czyli Tuolumne Grove. Od parkingu zeszliśmy 150 m niżej, pokonując 1 milę dość stromą drogą. Doszliśmy do skupiska dwudziestu imponujących sekwoi, czyli mamutowców olbrzymich. Było to nasze pierwsze spotkanie z tymi ogromnymi drzewami, których polska nazwa oddaje ich rozmiar i wiek. Człowiek pod drzewem wygląda niewiarygodnie mały, a dodawszy do tego, że osiągają nawet 3.500 lat, czyli pamiętają mamuty, to nazwa mamutowiec olbrzymi jest jak najbardziej zasadna :-)

Obszar Tuolumne Grove jest najbardziej znany z Tunnel Tree, czyli pnia drzewa, w którym pod koniec XIX w. wydrążono tunel, aby przewozić tą drogą turystów dyliżansami. Dziś wiedzie tu kilkusetmetrowa ścieżka, a wypalony pień z wydrążonym przejazdem wygląda naprawdę imponująco, tym bardziej, że obwód martwej sekwoi jest większy od pnia największego żywego mamutowca na świecie. Spacer w dwie strony wraz z okrężną ścieżką przez tunel, zajął nam dwie godziny.

Zjechaliśmy do Doliny Yosemite, którą przemierzyliśmy wzdłuż aż do Yosemite Village, po drodze zatrzymując się przy punktach widokowych, w tym oczywiście przystanęliśmy przy wielkiej, monolitycznej górze-skale El Capitan. W wiosce Yosemite poszliśmy na lunch w niewielkim barze, gdzie zjedliśmy skrzydełka z kurczaka z frytkami, do których wzięliśmy napoje z tzw. fontanny (dwie porcje i dwa napoje 31,43$ z podatkami). Fountain Beverage to bardzo popularny sposób sprzedaży napojów gazowanych w USA, zapewne wynika to z wyjątkowego upodobania Amerykanów do słodkich napitków z bąbelkami…

Wybraliśmy się na spacer do Mirror Lake u stóp drugiej monumentalnej skały, czyli Half Dome (2693 m n.p.m.), najwyższej góry w okolicy. Po drodze napotkaliśmy jelenia, wiewiórki różnych gatunków oraz ptaki, w tym piękne modrosójki czarnogłowe. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w miejscu jeziora znaleźliśmy tylko jego suche dno… Już myśleliśmy, że z Lustrzanego Jeziora nic nie zostało, ale jednak kawałek dalej, natrafiliśmy na resztki zbiornika, w którym odbija się niczym w Lustrze Half Dome. Spacer w dwie strony zajął nam półtorej godziny.

Groveland – Pozostał nam godzinny przejazd na nocleg w miejscowości Groveland, gdzie zatrzymaliśmy się w Yosemite Rose Bed & Breakfast, w stylowym domu z końca XIX w., przywodzącym na myśl wiejskie, amerykańskie rezydencje, które tak często można zobaczyć w filmach. W pensjonacie przywitała nas starsza, dystyngowana pani, która z pietyzmem opowiedziała o domu i oprowadziła po jego salonach. Pokazała nam pokój muzyczny z fortepianem, salonik z biblioteczką, pokój ze stołem bilardowym, jadalnię, w której do naszej dyspozycji były napoje, w tym karafka brandy. Ze wszystkich pomieszczeń mogliśmy swobodnie korzystać, a do tego z osłoniętej od wiatru werandy. Na piętrze mieliśmy swój stylowo urządzony pokój z łazienką.

Zachęceni przez właścicielkę, usiedliśmy na werandzie ze szklaneczką brandy w ręku, a trochę później zagraliśmy partyjkę bilarda. Rozglądając się po tym saloniku zobaczyliśmy, że zamieszkująca tu rodzina ma bardzo duże związki z wojskowością. Było tu wiele zdjęć mężczyzn w mundurach, wśród których wyróżniało się jedno podpisane „Służyłem w Wietnamie”. Przypuszczaliśmy, że może to być zdjęcie męża właścicielki. Nie pomyliliśmy się, bo po jakimś czasie przyszedł do nas starszy mężczyzna w czapce z napisem „Weteran wojny w Wietnamie”.

Właściciel zapytał nas skąd jesteśmy i zaczął rozwodzić się nad zaletami swobodnego posiadania broni. Powiedział, że nie musi zamykać drzwi do domu, bo jeżeli ktokolwiek odważyłby się wejść na teren posiadłości, to on go po prostu zastrzeli… Powiedział to z taką pewnością w głosie, że nie trudno się domyślić, że intruza zabiłby bez wahania. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę jak silne przywiązanie do posiadania broni panuje w USA. Poczuliśmy się nieswojo, ale na szczęście od wywodów weterana uratowała nas gospodyni, która jednocześnie powiedziała, że musimy skończyć grę, bo od 21:00 obowiązuje cisza nocna… Nalaliśmy po jeszcze jednej szklaneczce brandy i grzecznie poszliśmy do swojego pokoju :-)

07.09.2025 r.
Nocleg w Yosemite Rose zawierał w sobie wiejskie śniadanie. No cóż… Dostaliśmy „steka z szynki”, czyli gruby plaster smażonej, nieco przypalonej szynki, jajecznicę, smażone pomidorki koktajlowe i opiekane ziemniaki przyprawione rozmarynem, a do tego sok pomarańczowy. Jajecznica była sucha, ziemniaki niemalże bez smaku, a szynka niczym podeszwa… Ważne, że nie odjechaliśmy głodni ;-)

Park Narodowy Yosemite – Pierwszym naszym celem dnia był Glacier Point, do którego mieliśmy niemalże dwie godziny jazdy. Po drodze zatrzymaliśmy się tuż przed Wawona Tunnel, gdzie można podziwiać wspaniały widok na Yosemite Valley. W końcu dojechaliśmy na zatłoczony parking, z którego tylko kilkaset metrów dzieliło nas od spektakularnego widoku. Nie dziwi, że Glacier Point jest wspaniałym plenerem zdjęciowym dla młodych par. Zapierający dech w piersiach widok znad przepaści na Half Dome, El Capitan i meandrującą rzekę Merced w dole przy różnicy poziomów około 1.000 m, to duże przeżycie.

Mieliśmy zupełnie bezchmurną pogodę, choć w powietrzu unosiła się mgła lub raczej dym ograniczający nieco widoczność, ale dodający krajobrazowi tajemniczości. Dym pochodził zapewne z pożarów lasów, które jak co rok nawiedzają różne części Kalifornii. Cofnęliśmy się na położny nieco wcześniej parking, z którego można pójść na dwa punkty widokowe: Sentinel Dome i Taft Point. Wybraliśmy ten drugi, gdyż spodziewaliśmy się zupełnie innych widoków niż z Glacier Point. Intuicja nas nie zawiodła.

Szliśmy przez ciekawy las porośnięty wysokimi drzewami iglastymi, żeby dojść na skalisty cypel z niezwykłymi widokami na Góry Sierra Nevada. Sama skała, na której znajduje się Taft Point, też jest malownicza i nietuzinkowa. Monolit jest ponacinany głębokimi rozpadlinami, więc spacer obfituje w emocjonujące chwile. Szlak wraz z pobytem na skale zajął nam około półtorej godziny.

Zgłodnieliśmy, ale po drodze do Mariposa Grove nie było ani jednego punktu z jedzeniem. Zdecydowaliśmy się wyjechać na chwilę z Parku, żeby coś zjeść. Nieco za bramą Parku Yosemite, która znajduje się tuż przy Mariposa Grove, dotarliśmy do miejsca zwanego Fish Camp. Znaleźliśmy niewielki wiejski sklep-barak, a w nim kolejnego weterana, który prócz wszelkiej maści produktów oferował zestawy przekąsek, na które składały się kanapki z różnymi składnikami do wyboru, a do tego woda, banany i małe chipsy. Wybraliśmy kanapki z plastrami mięsa wołowego, serem cheddar, pomidorami, piklami i sosem ranczerskim, a do tego kupiliśmy 2 piwa Mariposa (cały lunch 47,60$). Bardzo smaczny i pożywny posiłek, choć przygotowany przez bardzo specyficznego sprzedawcę. Postawny facet w kraciastej koszuli, oszczędny w słowach, za pewne bez wahania, wyciągnąłby spod lady dwururkę i rozprawił się ze sprawiającymi problemy klientami… Na szczęście my nie sprawiamy problemów, ale wyobraźnia zadziałała :-)

Wróciliśmy do Yosemite i zatrzymaliśmy się na parkingu przy Mariposa Grove. Stąd co 10 minut odjeżdżały shuttle busy do właściwej atrakcji, czyli Big Trees Loop Trail oraz Grizzly Giant Loop Trail. Ścieżka Big Trees to niewielki odcinek z sekwojami, dostępny dla każdego. Znajduje się tu skupisko imponujących mamutowców. Okrężna trasa Grizzli Giant jest znacznie dłuższa i ma trzy charakterystyczne miejsca – skupisko sekwoi Bachelor and Three Graces, wielkiego mamutowca Grizzly Giant oraz kolejny tunel w mamutowcu zwany California Tunnel Tree.

Cała ścieżka jest ciekawa i obfituje w wiele olbrzymich drzew, a droga powrotna prowadzi przez wzniesienia okalające dolinę z mamutowcami. Cały spacer zajął nam około dwie godziny. Na parking wróciliśmy oczywiście autobusem, a potem pojechaliśmy dalej na nocleg.

Squaw Valley – Na nocleg w Squaw Valley mieliśmy niemal dwie godziny jazdy. W oddali widzieliśmy kłęby dymu, a w radiu słyszeliśmy ostrzeżenia o pożarach i złej jakości powietrza w okolicy, szczególnie w mieście Fresno, przez które przejeżdżaliśmy. Cały czas zbliżaliśmy się do gór, w których szalały pożary. Nasz nocleg to Squaw Valley Motel przy samej szosie, niemalże na pustkowiu.

W motelu nie było żadnej obsługi, ani innych gości poza nami, a klucze czekały na nas w skrytce. Sceneria przypominała amerykańskie filmy grozy, a do tego świadomość bliskości pożaru, spowodowała, że poczuliśmy się trochę nieswojo… Na szczęście to tylko wrażenie, bo sam obiekt był całkiem przyzwoity, choć pokój był naprawdę malutki. Do dyspozycji był nawet basen…

08.09.2025 r.
Dość wcześnie rano wyruszyliśmy do Sequoia National Park, żeby mieć więcej czasu na zwiedzanie atrakcji. Po drodze wjechaliśmy w obszar świeżo wypalonego lasu, gdzie co chwila mijaliśmy policję i inne służby, które zabezpieczały teren. Widok spalonych domów, samochodów i całego dobytku był bardzo przygnębiający. Zapach spalenizny towarzyszył nam przez wiele kilometrów. W pewnym momencie skierowano nas nawet objazdem, gdyż droga była nadal nieprzejezdna.

Park Narodowy Sekwoi – Po półtorej godzinie dojechaliśmy do Sequoia National Park (wstęp 35$ za samochód z pasażerami na 7 dni) i chwilę później do słynnego General Sherman Tree, czyli największego mamutowca i zarazem największego drzewa na świecie. Sekwoja ta ma około 2500-3000 lat, 84 m wysokości i 8 m średnicy. Aby objąć to wielkie drzewo, trzeba około 15 dorosłych osób. Zawiera w sobie tyle drewna ile hektar gęsto rosnącego lasu świerkowego.

W Parku dowiedzieliśmy się dlaczego mamutowce olbrzymie żyją tak długo i są w stanie urosnąć do swoich niebotycznych rozmiarów. Otóż przyroda wyposażyła je w wyjątkowo odporną korę, która wytrzymuje pożary oraz zawiera substancje odstraszające szkodniki i chroniące przed grzybami oraz bakteriami. Do tego drzewa te bardzo szybko rosną, a ich szyszki otwierają się podczas pożaru, co pozwala zastępować obumarłe sekwoje nowymi.

Do Drzewa Generała Shermana trzeba dojść ponad kilometr, a w nagrodę dostaje się możliwość obejrzenia zupełnie z bliska tego niezwykłego mamutowca. W drodze do drzewa spotkać można nieco mniejsze, choć i tak gigantyczne okazy.

Przejechaliśmy na kolejny parking, tym razem przy Giant Forest Museum, skąd poszliśmy na krótki, ale za to obfitujący w sekwoje szlak – Big Trees Trail o długości około 1 km. Ścieżka wiedzie wokół polany przeciętej strumieniem Little Deer Creek. Jest to bardzo malownicza leśna łąka otoczona licznymi mamutowcami, pięknie prezentującymi się w świetle słońca i kontrastującymi z dużo mniejszymi drzewami innych gatunków.

Następnym naszym przystankiem była Moro Rock. Parking przy atrakcji jest mały, więc trzeba polować, czy też czekać na wolne miejsce. Skała Moro to granitowy monolit, na którego szczyt prowadzą kamienne schody. Z dołu wydaje się, że wędrówka będzie trudna i mocno eksponowana, a w rzeczywistości jedyna trudność to konieczność pokonania wielu stopni. Warto się troszkę zmęczyć, bo z góry są wspaniałe widoki na niemalże cały Park Narodowy i znaczną część Gór Sierra Nevada. Przy tej okazji zobaczyć można było słup dymu z pożaru lasu, który pustoszy okolicę.

Po zejściu z Moro Rock pojechaliśmy w kierunku Crescent Meadow. Po drodze czekało na nas kolejne niezwykłe miejsce, czyli Tunnel Tree – zwalony pień wielkiego mamutowca, w którym wydrążono tunel pozwalający na przejazd samochodem. Efekt wow gwarantowany :-)

Crescent Meadow to łąka, wzdłuż której poprowadzono ścieżkę do kolejnej grupy sekwoi i dalej do Tharp’s Log, czyli chaty w wydrążonym pniu powalonej sekwoi. Schronienie zamieszkiwał w połowie XIX pierwszy biały osadnik. Sekwoja została wydrążona od strony korzenia na głębokość niemal 17 metrów i dobudowano do niej niewielką szopę. Mieszkanie niezbyt okazałe, ale wystarczyło dla Tharpa i jego dwóch synów.

Po wyjeździe z Parku zatrzymaliśmy się tuż za bramą w The Gateway Restaurant & Lodge na Alaskan Salmon Burger, czyli Burgera z alaskańskim łososiem (25$). Restauracja była pięknie położona nad strumieniem, w którym mogliśmy obserwować harcujące ptactwo wodne. Burger, do którego zamówiliśmy oczywiście piwo General Sherman IPA (9$), był doskonały (cały obiad dla dwojga z podatkiem – 73,27$).
Bakersfield – Pozostał nam przejazd na nocleg w mieście Bakersfield. Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do świetnego hotelu Best West
USA – Zachodnie Wybrzeże – Dolina Śmierci, Las Vegas, Wielki Kanion Kolorado, Los Angeles
09.09.2025
Rano w Hotelu poszliśmy na śniadanie, które było bardzo przeciętne, aczkolwiek restauracja to zupełnie inna firma niż Hotel. Przy okazji ucięliśmy sobie pogawędkę z naszymi rodakami, od dziesięcioleci mieszkającymi w USA, którzy jak się okazało, wybierali się w dokładnie te same miejsca co my. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że choć oczywiście żyje im się nieźle, to jednak rzeczywistość nie wygląda tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Można powiedzieć, że odczarowali „amerykański sen”…

Dolina Śmierci – Posileni mogliśmy ruszyć do słynnej Doliny Śmierci. Naszym celem było Las Vegas, do którego mieliśmy prawie 600 km, a co za tym idzie, ponad 6 godzin jazdy. Wybraliśmy drogę przez Death Valley, gdyż była to jedyna i niepowtarzalna okazja zobaczyć z bliska najgorętsze miejsce na Ziemi, gdzie zanotowano rekordową temperaturę 56,7°C.

Przemierzaliśmy pustkowia wyjęte wprost z amerykańskich filmów. Proste odcinki drogi prowadziły przez niewielkie pagórki, a w dali majaczyły góry. Po bokach widzieliśmy rachityczną roślinność, trochę niewielkich krzewów i kępy traw. Niemalże nie spotykaliśmy innych samochodów, a rozrzedzone powietrze wywoływało miraże, przypominające pustynną fatamorganę. Jadąc klimatyzowanym samochodem, było to dla nas całkiem ciekawe zjawisko :-)

Po prawie czterech godzinach jazdy dotarliśmy do Parku Narodowego Doliny Śmierci, który liczy sobie ponad 13.600 km² skał i piachu. Jak w innych parkach, spodziewaliśmy się bramek wjazdowych, w których kupuje się bilety. Tym razem było inaczej. Mimo, że pierwszą zaplanowaną atrakcją był Mosaic Canyon, przejechaliśmy wjazd do niego i dojechaliśmy do niewielkiej osady przy drodze, gdzie dowiedzieliśmy się, ze bilety do parku można nabyć w automacie przy Ranger Station. Rzeczywiście kilkaset metrów dalej stał domek strażników, całkowicie pusty, a przed nim maszyna sprzedająca bilety (30$ za samochód). Dodatkowo napełniliśmy butelki wodą pitną, co jest standardem we wszystkich parkach, a w tym przypadku niezbędne.

Cofnęliśmy się do szutrowej drogi, którą wjechaliśmy około dwa kilometry w głąb pustyni na mały parking. Samochód pokazywał 43ºC, a odczucie było jeszcze gorsze, bo Dolina Śmierci to przy okazji najsuchsze miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie wilgotność nie przekracza 1%. Ruszyliśmy wąskim przejściem między skałami, wśród których wyróżniają się wypolerowane i popękane marmury oraz skały powstałe z naniesionych osadów. Zarówno marmur, jak i inne skały mają najróżniejsze odcienie od niemalże bieli, poprzez odcienie beżu, pomarańczu, szarości, aż po rdzawe czerwienie i brązy.

Do tego wąwóz bardzo meandruje, ma wiele zakrętów i przewężeń. Kanion zasługuje na swoją nazwę, gdyż jest to prawdziwa mozaika kolorów i faktur. Na końcu wąwóz przechodzi w dolinkę, którą można iść dalej, ale nie w tych warunkach. Temperatura pozwala tylko na krótki spacer, a około połudna, gdy tam byliśmy nie ma tu praktycznie cienia. Trekking w obie strony zajął nam około 40 minut.

Tylko kawałek dalej znajduje się kolejne interesujące miejsce – Mesquite Flat Sand Dunes, czyli malownicze, piaskowe wydmy na tle gór. Wydmy te zagrały w niejednym filmie, jak choćby cała seria Gwiezdnych Wojen. Warstwa piasku, z którego są zbudowane, miejscami przekracza 200 m, więc jest to naprawdę wielka kupa piachu. Na tle wydm niezwykle ciekawie, wręcz irracjonalnie, wygląda bardzo skąpa roślinność. Aż dziw bierze, że w ogóle cokolwiek jest w stanie tu rosnąć…

Z wydm pojechaliśmy wprost na Artists Drive, czyli 6-kilometową drogę widokową pomiędzy kolorowymi górami. Jadąc w kierunku trasy, po prawej stronie mieliśmy ogromne solnisko – Badwater Basin, a przy okazji jedną z najniżej położonych depresji na świecie. Poziom solniska, które z dala wygląda jak biała tafla śniegu, to 86 m p.p.m.

Artists Drive wiedzie do najważniejszego miejsca, czyli Artists Palette, zbocza górskiego mieniącego się feerią barw. Jest to dowód na działalność wulkaniczną w tym regionie, która nadała kolory od żółtego, przez różowy, do czerwonego, będące związkami żelaza, kolor zielony od miki, a nawet filetowy od manganu. Jedno jest pewne, że widok jest nierealny i aż trudno uwierzyć, że jest to wytwór natury.

Po wyjeździe z Artists Drive szukaliśmy czegoś do jedzenia. Nie było wyboru, gdyż w okolicy była czynna tylko jedna jadłodajnia w ośrodku wypoczynkowym The Oasis at Death Valley. W Ice Cream Parlor zamówiliśmy Loaded Fries, czyli zapiekankę z mięsa wołowego z serem cheddar, fasolą i cebulą na frytkach. Porcja duża, ale jedzenie po prostu mdłe… (obiad dla dwojga z dwiema puszkami napojów – 34,48$ z podatkiem).

Ostatnim punktem w Dolinie Śmierci był Zabriskie Point, do którego z parkingu idzie się kilkaset metrów wygodną ścieżką. Punkt widokowy Zabriskie oferuje kompletnie inne krajobrazy niż to co wcześniej zobaczyliśmy. Widoczny z punktu teren to osady na dnie prehistorycznego jeziora, układające się w fantastyczne, różnokolorowe fałdy i stożki. Całość tworzy iście księżycową panoramę. Nic dziwnego, że miejsce to nie raz stanowiło plener filmowy i zdjęciowy. Gorąca wycieczka zajęła nam około pół godziny.
Las Vegas – Do Palace Station Hotel & Casino w Las Vegas zostało nam 185 km, czyli około dwie godziny jazdy. Już sporo przed właściwym Las Vegas, które jest w zasadzie tylko 600-tysięcznym miastem, rozpoczął się dwumilionowy, tzw. obszar metropolitalny. Z daleka przywitały nas świetliste neony pomniejszych kasyn na obrzeżach i reklamy wielkich kasyn w centrum. Nasze lokum to również całkiem duże i popularne kasyno, nieco oddalone od głównej ulicy Las Vegas.

Nocleg był tani jak na amerykańskie standardy, za to recepcjonistka próbowała nam wcisnąć za dodatkową opłatą lepsze pokoje, większe, wyżej położone i z widokiem na centrum. My pozostaliśmy niewzruszeni, bo i tak nie zamierzaliśmy spędzić zbyt wiele czasu w pokoju, a to co dostaliśmy i tak było naprawdę dobrej klasy. Jako ciekawostkę możemy podać, że obiekt ma aż 575 pokoi, a bywali tu sławni ludzie, jak choćby O.J. Simpson, gwiazda ekranu i sportu, który właśnie tu dokonał napadu na jeden z pokoi hotelowych.

Długi dzień zakończyliśmy w hotelowym kasynie, które obejmuje aż 7800 m². Można dostać oczopląsu od ilości świecących automatów hazardowych, które kuszą dużymi wygranymi. Nie mogliśmy się oprzeć pokusie spróbowania szczęścia i wypróbowaliśmy dwie różne maszyny typu „jednoręki bandyta”. No cóż jedynym efektem była strata 2$, na szczęście tylko 2$ ;-) Idąc w głąb kasyna widzieliśmy stoły do ruletki, black jacka, gry w kości oblegane przez najróżniejsze towarzystwo nie szczędzące pieniędzy.
Nas to w ogóle nie wciągnęło, więc poszliśmy do baru na Margaritę (1,99$ za drinka). W kasynie można grać wszędzie i we wszystko. Są tu maszyny przy barze, sale do bingo, stanowiska do obstawiania gier sportowych, a do tego restauracje i bary. Nie ma tu okien, więc łatwo zapomnieć o czasie…
10.09.2025
Wielki Kanion Kolorado – Na śniadanie poszliśmy do hotelowego Starbucksa na zapieczone bułki z różnymi dodatkami oraz kawę americano. Posiłek niezbyt obfity, ale musiał wystarczyć :-) Chwilę później wyruszyliśmy w dość długą drogę do słynnego Wielkiego Kanionu rzeki Kolorado, który jest w stanie Nevada, podobnie jak Las Vegas. Mieliśmy do pokonania około 210 km, co oznaczało ponad dwie godziny jazdy przez pustkowia i dziwne miejscowości jak na europejskie standardy.

Tu musimy napisać o naszych obserwacjach, o tym jak żyją Amerykanie na prowincji. Standardem jest parterowy dom przypominający barak lub przyczepa campingowa. Do tego kilka samochodów stojących na posesji, a niekiedy też jakaś łódź, czy też motorówka. Generalnie wygląda to dość nędznie i nijak się ma do „wielkiego, amerykańskiego snu” i niestety przypomina slumsy w dużo biedniejszych krajach. Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że w miastach wygląda to inaczej, ale miasteczka, wsie i osady nie prezentują się zbyt atrakcyjnie…

W drodze zaskoczył nas wiatr niosący gęsty kurz. Przez wiele mil jechaliśmy w czymś, co przypominało piaskową burzę, która naniosła dość sporo piachu na szosę. Piasek utworzył miejscami niewielkie zaspy, które były zgarniane przez specjalne pługi. Ot ciekawostka… W końcu dotarliśmy do najsłynniejszego wąwozu na świecie, czyli Wielkiego Kanionu Kolorado. Grand Canyon ma 446 km długości, w najgłębszym miejscu 1857 m głębokości i szerokość od 800 m do 29 km. Mówiąc krótko, wąwóz jest olbrzymi i jedno jest pewne, że niczego podobnego wcześniej nie widzieliśmy.

Do obserwacji kanionu wybraliśmy stosunkowo popularne miejsce zwane Grand Canyon West z dwoma punktami widokowymi i szklanym tarasem Sky Walk. Dojechaliśmy do dużego parkingu, skąd poszliśmy do centrum turystycznego, w którym kupiliśmy bilety (113,85$ za osobę z podatkiem). Bilet uprawniał do przejazdu autobusem do Eagle Point i Guano Point oraz wstęp na przeszkloną platformę. Co ciekawe, cały teren należy do Indian Hualapai, którzy obsługują całą atrakcję.

Parę chwil później jechaliśmy do Eagle Point, który zawdzięcza swą nazwę charakterystycznej skale w kształcie orła z rozłożonymi skrzydłami. Poza tym widać tu potęgę Wielkiego Kanionu Kolorado. Nie mogliśmy uwierzyć, że jesteśmy w tym słynnym miejscu. Uroku dodawała ciekawa, rachityczna roślinność. Sam wąwóz jest rzeczywiście bardzo głęboki, a jego strome ściany są szarozielone oraz różowe i obfitują w półki skalne tworzące wyraźne pasy. Różne kolory to różne rodzaje skał, od łupków, przez wapienie, piaskowce, aż po granity. Kanion obfituje też w rozmaite skamieliny.

Na Eagle Point zbudowano Sky Walk, czyli niewielki taras widokowy ze szklaną podłogą, czy raczej szklanymi taflami. Widoki na kanion są takie same jak z właściwego punktu widokowego, a sam taras jest niezbyt efektowny i ustępuje innym tego typu konstrukcjom, które już kilka razy widzieliśmy. Oczywiście dla wielu osób wejście na szybę zawieszoną nad przepaścią to wielkie przeżycie, szkoda tylko, że na taras nie można zabrać aparatu i kamery, a jedynie telefon komórkowy… W budce przy Sky Walk zjedliśmy lody i wypiliśmy różową lemoniadę w towarzystwie licznych, ciekawskich kruków.

Przejechaliśmy autobusem do Guano Point, którego nazwa pochodzi od „kopalni” ptasich odchodów, której pozostałości w postaci dźwigu można zobaczyć na punkcie widokowym. Guano Point oferuje jeszcze wspanialsze widoki na Grand Canyon. Stąd widać nie tylko skalne ściany, ale także pięknie meandrującą rzekę Kolorado, która wygląda jak szarobrunatna wstęga. Jest to niesamowity plener zdjęciowy.

W drodze powrotnej musieliśmy zatrzymać się przy niezwykłym zagajniku składającym się z Joshua Trees, czyli drzew Jozuego, które po polsku nazywane są jukkami krótkolistnymi. Te pustynne jukki malowniczo kontrastują z górami w tle i nie sposób porównać ich z niczym innym.

Zapora Hoovera – Dobre 60 km przed Las Vegas znajduje się jedno z wielkich osiągnięć myśli technicznej USA, czyli wielka Zapora Hoovera. Zbudowana prawie 100 lat temu, była podówczas największą tamą na świecie i imponowała swoją wysokością 224 m. Dziś jest to nadal ciekawe miejsce, do którego wiedzie specjalna droga, a potem betonowa ścieżka pod górę. Biała tama w czerwonym wąwozie, zamykająca ciemnoturkusowe wody jeziora, wygląda wyjątkowo malowniczo. Ciekawostką jest to, że podczas wjazdu wszystkie pojazdy są kontrolowane przez służby chroniące ten strategiczny obiekt.

Las Vegas – Z czym kojarzą się amerykańskie obiady? Oczywiście ze stekami. Zeszliśmy do hotelowej restauracji w kasynie, w której zamówiliśmy New York Steak z pierwszorzędnej wołowiny z pieczonym ziemniakiem, piklami z buraków i sosem ranczerskim (obiad dla dwóch osób z podatkiem 71,51$). Obiad doskonały, popity smacznym piwem w tak nietypowym dla nas miejscu. Kwintesencja pobytu w USA.

W oczekiwaniu na zmrok odpoczęliśmy w hotelu i około 19:00 zamówiliśmy Ubera i pojechaliśmy na tzw. Strip, czyli Las Vegas Boulevard. Wysiedliśmy tuż pod gigantycznym Hotelem Luxor, stylizowanym na egipskie zabytki. Czegóż tu nie ma. Jest piramida, sfinks, egipskie kolumny i ściany pokryte reliefami. Wszystko skąpane w światłach, tak jak całe Las Vegas.

Ruszyliśmy wzdłuż Stripu. Pojęcie ekologii w Las Vegas nie istnieje. Ilość neonów, telebimów i różnych świateł jest oślepiająca. Szliśmy ulicą wzdłuż Excalibur Hotel and Casino z bajkowym zamkiem, a po prawej mieliśmy na zielono podświetlonego giganta MGM Hotel, w którym do dziś występuje słynny David Copperfield. Dalej był New York-New York Hotel & Casino ze Statuą Wolności i olbrzymim rollercoasterem wokół hotelu.

Skrzyżowania są również olbrzymie i przechodzi się przez nie rozmaitymi kładkami zawieszonymi ponad ulicami. Są tu różne udogodnienia – windy i ruchome schody, ale też, co się trudno dziwić, utrudnienia w postaci tłumów ludzi :-) Każdy hotel to w zasadzie olbrzymie kasyno z setkami miejsc noclegowych. Do świątyń hazardu może wejść każdy, nie tylko mieszkaniec hotelu. Hotelom towarzyszą liczne knajpy i sklepy.

Ciekawym kasynem jest Paris Las Vegas, przed którym stoi miniatura Wieży Eiffla i charakterystyczna kula z napisem Paris. W końcu dotarliśmy do jednego z bardziej popularnych miejsc, czyli fontann Hotelu Bellagio, nad którymi wyrasta wielki budynek Cesar Palace. Zaczekaliśmy chwilę na spektakl tańczących do muzyki gigantycznych fontann, przyglądając się otoczeniu. Wielokrotnie byliśmy zaczepiani przez niemalże nagie, ale niekoniecznie atrakcyjne kobiety, które proponowały wspólne zdjęcia. Ot klimat Las Vegas. Sam spektakl bardzo nam się podobał, a na żadne zdjęcie nie daliśmy się namówić :-)

Nadeszła chwila powrotu i tu zaczęły się schody. Zamówiony Uber oczekiwał na nas w bliżej nieokreślonym miejscu na parkingu pod Hotelem Bellagio. wydawało nam się, że powinien podjechać bezpośrednio do nas, kierując się nawigacją, tym bardziej, że staliśmy przed głównym wejściem. Nic bardziej mylnego. Próbowaliśmy namierzyć samochód kierując się wskazaniami aplikacji.

Zanim jednak zdążyliśmy przedrzeć się przez gąszcz korytarzy i ogromne kasyno, taksówka zdążyła odjechać, a my zostaliśmy obciążeni opłatą 5$. Okazało się, że wszystkie taksówki podjeżdżają w określone miejsce i czekają na pasażerów. Wiedząc to zamówiliśmy Ubera będąc w punkcie zbornym. Ufff… Tym razem udało nam się wrócić do hotelu.

11.09.2025
Śniadanie ponownie zjedliśmy w naszym Palace Station. Tym razem poszliśmy na American Breakfast, na który składały się tosty, jajecznica, placki z gotowanych ziemniaków, bekon i dżem truskawkowy. Do tego nie mogło zabraknąć herbaty i kawy (całe śniadanie dla dwojga 38,97$ z podatkiem). Po śniadaniu ruszyliśmy w długą podróż. Czekało nas ponad 430 km, czyli 4 godziny jazdy.

Burbank – Do Burbank pojechaliśmy, żeby zwiedzić słynne studio filmowe Warner Bros i poczuć klimat „fabryki snów” (76$ od osoby). Dojechaliśmy na wielopoziomowy parking (15$), z którego poszliśmy do sklepu z pamiątkami, który pełni zarazem rolę wejścia na teren studia. Przeszliśmy przez niewielkie muzeum filmowe, a następnie skierowano nas do poczekalni, gdzie stanęliśmy w liniach w oczekiwaniu na swojego przewodnika.

Z przewodniczką weszliśmy do małego kina, w którym obejrzeliśmy krótki film o historii Warner Bros Studio. Potem wsiedliśmy do meleksa, którym dotarliśmy do dekoracji będących imitacja amerykańskich miast. Dowiedzieliśmy się, że dziś jest to Filadelfia, ale jutro może być Nowy Jork, a pojutrze San Francisco. Dekoracje są bardzo uniwersalne i zagrały w niejednym filmie, o czym opowiedziała przewodniczka i co zobaczyliśmy na ekranie meleksa. W jaki sposób uzyskuje się ten efekt? Otóż wystarczy zmienić, szyldy, lampy, dodać drobne gadżety i elementy architektoniczne, by dekoracje ożyły i zagrały np. w Batmanie :-)

Potem przejechaliśmy pomiędzy dekoracjami, wśród których była dżungla, miasteczko na prowincji, słynne, żółte, amerykańskie autobusy szkolne i kolejne miasto, tym razem z innej epoki. Potem odwiedziliśmy różne warsztaty, w których przygotowywane są scenografie oraz prawdziwy, działający plan filmowy i garderoby, w których nie wolno było robić zdjęć i filmować. Przewodniczka podawała liczne ciekawostki, z których najciekawszą wydała nam się ta, że w WB Studio dziennie realizowane są zdjęcia do pięciu filmów. Jest tu nawet hala zdjęciowa z wielkim basenem, w którym można kręcić sceny morskie.

Mieliśmy też ciekawe spostrzeżenia, gdy technicy przemykali wśród wozów, kabli i punktów z cateringiem z najróżniejszymi urządzeniami, reflektorami i kamerami. W Studio panuje ciągły ruch, pracuje tu naprawdę mnóstwo ludzi i czuje się, że wszystko kreci się wokół filmu. Ze współczesnych ciekawostek można dodać, że w Warner Bros Studio realizowane są produkcję dla platform streamingowych, jak choćby dla Netflixa.

Dojechaliśmy do interaktywnego muzeum, w którym można było przejechać się pojazdami Batmana, czy też wykonać czary w pracowni Harrego Pottera. Były tu też stroje i gadżety z mnóstwa filmów. Największe wrażenie zrobiła kolekcja batmobili i strojów z Batmana oraz Supermana. Generalnie były to dwie godziny dobrej zabawy.

Hollywood – W Hollywood zamieszkaliśmy w małym hoteliku 500 m od Hollywood Bouleward. Trylon Hotel to pensjonat o niezbyt wysokim standardzie, ale za to bardzo wygodnie położony. Po zameldowaniu udaliśmy się wprost na słynną Aleję Gwiazd, po obu stronach której znajduje się obecnie aż 2600 gwiazd z nazwiskami aktorów, reżyserów i twórców filmowych. W gąszczu pięcioramiennych gwiazd co chwilę można znaleźć kogoś znanego, aczkolwiek wiele nazwisk było nam obcych.

Przy Walk of Fame postanowiliśmy zjeść obiad w meksykańskiej restauracji Te’Kila, w której zamówiliśmy „wypas” smakołyków z grilla, na który składały się kawałki kurczaka, krewetki, stek, cebula, papryczki jalapeno, awokado, ser, ryż, fasola i oczywiście małe tortille – tacos, a do tego nie zabrakło piwa Lagarto (cały obiad z podatkiem i wliczonym napiwkiem 18% – 71,54$).

Ruszyliśmy dalej Aleją Gwiazd do słynnych miejsc. Najpierw weszliśmy do Dolby Theatre, w którym od 2002 r. odbywa się słynne rozdanie Oscarów, najważniejszych nagród filmowych. Ciekawostką jest to, że Dolby Theatre znajduje się w centrum handlowym. Możliwe jest zwiedzanie, ale tylko w ograniczonych godzinach.

Nieopodal jest drugie słynne miejsce – Chinese Theatre, które prezentuje wiele premier filmowych, ale znane jest przede wszystkim z odcisków dłoni i podpisów gwiazd wykonanych w betonowych płytach chodnikowych przed kinem. Jest tu naprawdę dużo śladów sław filmowych. My odszukaliśmy wiele znanych osób, w tym Clinta Eastwooda, Mela Gibsona, czy też Marlin Monroe.

Pozostaje nam opisać sam hollywoodzki bulwar. Mimo swej sławy, niezwykłej ilości śladów gwiazd filmowych oraz specyficznej aury, jest to „dom” wielkiej ilości bezdomnych. Jest tu po prostu brudno i panuje wielki harmider. Wszystko to razem odbiera magię temu miejscu i mimo chęci, nie przystaje do wyobrażeń, które każdy z nas wyniósł z telewizji.

12.09.2025
Na śniadanie poszliśmy do pobliskiej kawiarni Solar de Calmenaga, do której mieliśmy kupon zniżkowy (10%). Zamówiliśmy jedną porcję naleśników Lemon ricotta pancakes z syropem klonowym i jeden omlet z mozzarellą, szpinakiem i papryką, do którego „przysługiwały” frytki i tosty oraz dwie kawy (całe śniadanie dla dwojga z podatkiem – 54,50$).

Beverly Hills – Na 10:00 zarezerwowaliśmy dwugodzinną wycieczkę odkrytym busem w firmie Hollywood Bus Tours (46,64$ od osoby). Po drodze przewodnik wskazywał nam najciekawsze miejsca w Hollywood, a potem także w Bevery Hills. Wybraliśmy tę formę zwiedzania, gdyż sami nie bylibyśmy w stanie zlokalizować domów poszczególnych słynnych ludzi oraz miejsc związanych z początkami ich kariery.

Najpierw pojechaliśmy na wzgórza, na których stoją liczne rezydencje. Wjazd na nie, jest dostępny wyłącznie dla wycieczek oraz mieszkańców. Zobaczyliśmy dom Sylwestra Stallone, Michaela Jacksona, Leonardo Di Caprio, Beyonce, Adele, Jacka Nicholsona i wielu innych, w tym części gwiazd, które są znane wyłącznie w USA. Domy są pilnie strzeżone, mają wysokie ogrodzenia, więc tak naprawdę niewiele można zobaczyć lub z bardzo dużej odległości. Po drodze przewodnik wskazał słynny napis Hollywood górujący nad okolicą.

Zjechaliśmy ze wzgórz do Beverly Hills, gdzie zatrzymaliśmy się niedaleko ratusza i słynnej Policji w Beverly Hills, tej od Gliniarza :-) Mieliśmy chwilę dla siebie, mogliśmy zrobić sobie zdjęcie z napisem Beverly Hills. Musimy dodać, że zarówno Hollywood, jak i Beverly Hills, to odrębne miasta z władzami i policją, które wchodzą w obszar metropolitalny, czyli tzw. Wielkie Los Angeles. Potem przejechaliśmy jeszcze Rodeo Drive, ulicą mega drogich butików, na której siedzibę mają znane marki producentów ubrań i dodatków dla bogaczy.

Santa Monica – Drugą część dnia postanowiliśmy spędzić na plaży Santa Monica nad Oceanem Spokojnym. Wybraliśmy okolice wielkiego molo, które jest zakończeniem słynnej trasy 66 (Route 66), która ma 4.000 km, biegnie przez 8 stanów, zwana jest Matką Dróg i kończy się dokładnie na molo w Santa Monica. Łatwo tu zaparkować na gigantycznym parkingu poniżej molo (15$). Jedyna trudność, to zapamiętanie gdzie się zaparkowało ;-)

Rozpoczęliśmy od obiadu w oryginalnej restauracji Bubba Gump, zwanej inaczej Run Forrest Run. Wystrój, a przede wszystkim zwyczaje, nawiązują do słynnego filmu Forrest Gump. Na każdym stoliku znajdują się dwie tabliczki: „Run Forrest Run”, którą ustawia się, gdy potrzebna jest obsługa i „Stop Forrest Stop”, gdy jej nie potrzebujemy. Serwowane jedzenie jest przednie. Chcieliśmy skosztować różnych przysmaków, więc zamówiliśmy Forrest Seafood Feast. Na talerz dla dwojga składały się panierowane krewetki, kulki z mielonej ryby, kawałki ryby w tempurze, frytki, surówka colesław i trzy sosy. Przy okazji wypróbowaliśmy kolejne smaczne piwo Juicy Haze Ipa (obiad kosztował 50,93$ z podatkiem).

Była idealna temperatura powietrza, zero wiatru, lekko przymglone niebo, niezbyt dużo ludzi, więc z przyjemnością odpoczywaliśmy leżąc na przyjemnym, miękkim piasku. Woda w Oceanie była chłodna, więc nie zachęcała do długich kąpieli. Za to dwie i pół godziny relaksu były doskonałym wytchnieniem po trudach podróży po USA.

Po plażowaniu weszliśmy na olbrzymie molo, które obfituje w bary i sklepiki, a także znajduje się na nim wesołe miasteczko. Doszliśmy do samego końca, a wracając postanowiliśmy zjeść coś słodkiego i wypić drinka. New York Cheeesecake to pyszny sernik, a drink High Tide Tiki był miłym zakończeniem dnia. To dobra okazja, żeby napisać, czemu w Kalifornii nie trzeba krępować się z wypiciem małej ilości alkoholu tuż przed prowadzeniem samochodu. Otóż w Kalifornii, jak zresztą w większości stanów USA, dopuszczalny limit to 0,8 promila. Powrót do hotelu, przez korki, zajął nam 55 minut.
13.09.2025
Hollywood – Ostatniego dnia, parę godzin przed wylotem do Europy, pojechaliśmy na jeden z łatwiej dostępnych punktów widokowych na napis Hollywood. Podjechaliśmy na parking przy tamie na zbiorniku Hollywood Reservoir. Napis, choć oddalony, jest tu doskonale widoczny. Przy okazji można popatrzeć na wzgórza okalające Hollywood.

Beverly Hills – Przyjechaliśmy do Beverly Hills, żeby w spokoju pospacerować po mieście sław i bogaczy. Zaparkowaliśmy na parkingu przy Ratuszu i ruszyliśmy w kierunku uliczek z rezydencjami. Ulice, jak to ulice, niczym specjalnym się nie wyróżniają, może jedynie tym, że wzdłuż niektórych rosną wysokie palmy, a domy bywają bardziej wymyślne.

Najciekawszym miejscem jest pełna blichtru Rodeo Drive. Ulica wyróżnia się wymyślnymi budynkami, które kryją butiki, ma dużo palm, klombów kwiatowych i kwitnących krzewów. Prócz tego stoją tu liczne rzeźby nowoczesne, przedstawiające dzikie zwierzęta. Wzdłuż ulicy w zatoczkach zobaczyć można luksusowe samochody, a po ulicy przemykają autonomiczne taksówki Waymo. Co do sklepików, to przy wejściu do każdego stoją ochroniarze wpuszczający do środka tylko „odpowiednich” klientów.

Ciekawym miejscem jest malowniczy zaułek Via Rodeo w stylu włoskim, czyli mały deptak, do którego wchodzi się z Rodeo Drive. Jest to uliczka bombonierka, z butikami i knajpami. Kończy się schodami na Wilshire Boulevard oraz niewielką fontanną. Spacer po Beverly Hills pozwolił nam poczuć klimat tego miejsca, bo wycieczka, choć ciekawa, była tylko przejazdem przez Beverly Hills.

Los Angeles – Wyjazd zakończyliśmy nietypowo, bo wizytą na niewielkim cmentarzu Pierce Brothers Westwood Village Memorial Park & Mortuary. Nie jest to jednak zwykły cmentarz, lecz nekropolia będąca miejscem pochówku znanych ludzi. Największą gwiazdą, której prochy znajdują się na cmentarzu jest Marlin Monroe. Nagrobek znajdujący się w ścianie obok innych pochówków ma zawsze świeże kwiaty i ślady czerwonej szminki od pozostawionych odcisków ust. Miejsce po lewej stronie Marlin wykupił założyciel Playboya – Hugh Hefner i tu został pochowany. Hugh był wielkim fanem Monroe, a dodatkowo Marlin była pierwszą gwiazdą na okładce słynnego męskiego pisma.

Cmentarz upodobało sobie wiele osób związanych z filmem i muzyką. Znaleźć tu można groby Deana Martina, Burta Lancastera, Jacka Lemona, Billy Wildera, czy też Roya Orbisona. Wiele z pochówków to małe tabliczki na trawniku. Generalnie nie jest to smutne miejsce, a raczej zielony skwer.

O 13:25 mieliśmy wylot do Wiednia (linie Austrian, lot nr OS82). Bez problemów zdaliśmy samochód w centrum wynajmu i shuttle busem pojechaliśmy na terminal. Mimo wcześniejszej odprawy, musieliśmy odstać w bardzo długiej kolejce, żeby nadać bagaż. Nie da się ukryć, że lotnisko w Los Angeles zostało zbudowane już dawno, a jego ostatnia duża modernizacja to lata 90-te XX w. Widać to, bo lotnisko nie grzeszy urodą i jest po prostu zatłoczone.

14.09.2025
Bez problemów dolecieliśmy o 11:30 do Wiednia. Mieliśmy ponad sześć godzin wolnego czasu, więc szwendaliśmy się po terminalu. Zjedliśmy Tort Sachera, a potem obiad. Wylot do Warszawy mieliśmy o 17:40 (linie Austrian, lot nr OS 631) i po dobrej godzinie, o 18:50 dolecieliśmy do naszej stolicy. Pozostał nam powrót samochodem do domu.
