29.06.2024 – 07.07.2024
Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne
OPIS PODRÓŻY
29.06.2024 r.
Na wstępie chcieliśmy napisać, że w przypadku Rumunii postanowiliśmy zwiedzić naszym zdaniem jej najciekawszą część, czyli Siedmiogród. Wstaliśmy około 5:00, gdyż czekała nas długa podróż do miasta Turda (około 1.150 km). Po drodze zatrzymaliśmy się na pyszny, typowo węgierski obiad, czyli gulasz wołowy z lanymi kluskami, specyficzną surówką z kiszonek oraz lemoniadą z mango (13.910 forintów + 1.113 forintów za serwis, co dało 15.023 forinty).
Turda – Na miejscu, czyli w Edith’s House byliśmy około 19:00. Dostaliśmy bardzo ładny pokój z łazienką, dostępem do kuchni i dużej jadalni. Na terenie posesji był parking, ale wszystkie miejsca były zajęte. Lokalni turyści z pozostałych pokoi, w najlepsze imprezowali w ogrodzie. Widząc nas, z pewną dozą nieśmiałości, a to zapewne z powodu swojego stanu wskazującego na spożycie, postanowili tak poprzestawiać swoje samochody, żebyśmy i my się zmieścili. Udało się. Uff, nic nie zostały uszkodzone. No cóż gościnność przede wszystkim :-) My mogliśmy iść do pobliskiego marketu po zakupy, a potem usiąść w ogródku na zasłużony odpoczynek.
30.06.2024 r.
Salina Turda – Jako pierwszą atrakcję w Rumunii wybraliśmy kopalnię soli – Salina Turda, która pełniła swoją rolę od czasów średniowiecza do 1932 r. (parking 10 RON). Obecnie jest to jedna z największych atrakcji Siedmiogrodu, oferująca prócz samej kopalni i wystaw, także niewielki park rozrywki w największej z komór.

Warto zakupić bilety przez Internet (60 RON za osobę), bo w sezonie dzięki temu można uniknąć naprawdę długiej kolejki. Oświetlonym tunelem zeszliśmy po bardzo długich schodach, aby dotrzeć do głównego korytarza solnego, ciągnącego się wzdłuż całej kopalni. Z korytarza zwanego Galerią Franciszka Józefa łatwo dostać się do poszczególnych komór. Można w nich obejrzeć ściany i sufity, będące pasami soli, o różnych odcieniach od bieli, po niemalże czerń. W salach znajdują się dawne urządzenia kopalniane, takie jak konny kierat napędzający windę oraz ustawione na torach wagoniki napełnione urobkiem i podświetlone zmieniającymi się kolorami.

Z góry można spojrzeć na największą komorę solną – salę Rudolf. Na jej dno, znajdujące się na głębokości 120 m pod ziemią, prowadzi przeszklona winda oraz dwie klatki schodowe. My wybraliśmy widokową windę, która zwiozła nas na dół, gdzie ulokowano różne atrakcje: mały amfiteatr, plac zabaw dla dzieci, mini golfa, stoły do tenisa i bilardowe, a przede wszystkim wielkie koło młyńskie o wysokości 20 m (15 RON od osoby) , które pozwala na obserwowanie komory z góry (przejażdżka trwa 8 min). Podczas jazdy obserwowaliśmy tworzące się solne stalaktyty, które przyrastają 2 cm na rok, więc najdłuższe mają już nawet 3 m. Jest to zawrotne tempo w porównaniu do jaskiń krasowych, w których stalaktyty często rosną zaledwie 1 cm na 100 lat.

Przez „okno” wykute w soli można spojrzeć do najgłębszej komory – sali Teresa, która w najwyższym punkcie ma 112 m wysokości, a jej dno wypełnia solne jezioro. Po jeziorze można pływać łódkami, jednakże my z jakiegoś powodu nie mieliśmy takiej możliwości, ponieważ wypożyczalnia łódek była zamknięta. Zeszliśmy schodami do komory Teresa, a potem drewnianym mostem na wysepkę z różnymi altankami. Do komory Rudolf wróciliśmy schodami, gdyż nie mogliśmy doczekać się windy, która zabierała bardzo mało osób. A potem wjechaliśmy windą na górę i z powrotem oświetlonym tunelem do wyjścia.

Wąwóz Turda – Wąwóz Turda jest oddalony o kilkanaście kilometrów od miasta Turda. Przed wejściem do kanionu znajduje się duży parking (10 RON). Początkowo ścieżka wiedzie przez las, by potem prowadzić wzdłuż potoku i po mostkach. Wąwóz ma długość 2.900 m, a jego ściany osiągają nawet 300 m wysokości. W pewnym momencie ścieżka prowadzi powyżej potoku, po półce skalnej i częściowo zabezpieczona jest łańcuchami, które chronią przed upadkiem na wyślizganych skałach.

Wąwóz jest malowniczy, porośnięty bujną roślinnością, a strome skały budzą respekt. Spacer w obie strony zajął nam około 1 h 40 minut. Po wyjeździe zatrzymaliśmy się jeszcze na punkcie widokowym, z którego doskonale widać wlot do wąwozu w kształcie litery V.

Aiud – Kolejnym naszym punktem była miejscowość Aiud, oddalona o 40 km od Turdy. Najważniejszym zabytkiem jest tutaj warowny kościół z XV w. otoczony wysokim murem. Zaparkowaliśmy nieopodal kościoła i zanim zaczęliśmy zwiedzanie, poszliśmy na obiad w restauracji La Cetate Bistro przy murach warowni.

Na obiad zamówiliśmy przepyszne żeberka w sosie barbecue z opiekanymi ziemniakami i kiszonymi ogórkami (55 RON za porcję), a do tego wypiliśmy lemoniadę truskawkową z miętą (17 RON). Najedzeni, mogliśmy ruszyć na krótkie zwiedzanie miasteczka. Obeszliśmy dookoła kościół warowny, który był zamknięty, mogliśmy jedynie obejrzeć jego masywną bryłę z wysoką, 64-metrową wieżą i potężnymi basztami. Na szczęście nie był to nasz ostatni kościół warowny w Rumunii, więc poszliśmy dalej przez wydłużony plac Piața Cuza Vodă w kierunku rzeki Aiud.

Niedaleko kościoła, niemalże na środku placu stoi efektowna cerkiew – Catedrala Sfinții Trei Ierarhi z początku XX w., a dalej za rzeką Liceul Tehnologic Aiud w efektowym żółtym budynku. Ogólnie plac otaczają zadbane kamienice, a całe miasteczko sprawia przyjemne, choć raczej senne wrażenie.

Sighișoara – Popołudniu dotarliśmy na drugi nocleg w Rumunii w Gloria Apartments w Sighișoarze (dojazd prawie 150 km). Nasza kwatera znajdowała się przy murach miejskich, na parterze bardzo starego domu, przypuszczalnie z XVI w. Poszliśmy na spacer oraz lekką kolację. Spróbowaliśmy słynnych rumuńskich flaków, czyli ciorbă de burtă, po polsku po prostu – zupy z brzucha :-) Jest to potrawa, która zupełnie nie przypomina polskich flaków, ponieważ jej głównymi składnikami prócz flaków jest śmietana i masło. Smak całkiem niezły, choć dla wielu może wydać się kontrowersyjny (28 RON za 350 ml). Ku zdziwieniu kelnera zamówiliśmy też piwo, ponieważ było gorąco i po prostu chciało nam się pić. No cóż, połączenie może dość specyficzne, ale ciemne piwo Silva Bruna po flakach, smakowało znakomicie (14 RON za 0,5l).

01.07.2024 r.
Sibiu – Do Sibiu mieliśmy około 90 km. Wyjechaliśmy wcześnie rano i po dotarciu do celu zaparkowaliśmy na dużym parkingu po wewnętrznej stronie murów miejskich (2,5h – 6 RON). Ruszyliśmy głównym deptakiem Strada Nicolae Bălcescu w kierunku Rynku Wielkiego – Piața Mare. Po drodze mijaliśmy pięknie odnowione kamienice w pastelowych barwach. Rynek jest ogromny, jedną z jego pierzei stanowi okazały kościół św. Trójcy z XVIII w. i Pałac Brukenthala z końca XVIII w. Pozostałe strony placu zajmują gotyckie i renesansowe kamieniczki, a całość prezentuje się bardzo pięknie.

Stąd udaliśmy się na Mały Rynek – Piața Mică o nieregularnym kształcie, również otoczony efektownymi kamienicami. Blisko Małego Placu stoi gotycka katedra ewangelicka z przełomu XIV i XV w. z wysoką, masywną, XIII-wieczną Wieżą Schodów. Wieża ma 73 m i jest najwyższą wieżą w całym Siedmiogrodzie. Z wieży rozciąga się wyjątkowo ładna panorama Sibiu, więc nie mogliśmy oprzeć się wejściu na nią. Kupiliśmy bilety do samej wieży (10 RON za osobę), bez zwiedzania katedry, ale w poszukiwaniu wejścia na wieżę, zupełnie przypadkiem obeszliśmy cały kościół… Widok z wieży jest naprawdę imponujący. Prócz pięknej zabudowy miasta, uroku dopełnia efektowny, wielokolorowy dach katedry.

Po wyjściu z katedry ruszyliśmy w kierunku ciekawego Mostu Kłamców z 1859 r. wiszącego nad ulicą, która pnie się do góry aż do Małego Rynku. Legenda głosi, że gdy po moście przejdzie kłamca, to most runie. Po naszym przejściu most nadal stoi ;-)

Przeszliśmy do Casa Böbel, czyli najstarszego domu w Sibiu, pochodzącego z XIV w. Budynek nie jest może zbyt okazały, ale świadomość, że ludzie mieszkają tu od siedmiu stuleci, robi wrażenie. Wróciliśmy na deptak Nicolae Bălcescu, gdzie skosztowaliśmy rumuńskich słodyczy: tortu czekoladowego Ambasador (18,50 RON), ciastka pistacjowego – fistic (22,5 RON), a w gratisie dostaliśmy dwa kawałki ciasta karmelowego o smaku whiskey. Do ciastek wypiliśmy poranne Wiener Cappucino z czekoladą i bitą śmietaną (14 RON).

Postanowiliśmy jeszcze przejść innymi uliczkami. Doszliśmy do prawosławnej katedry św. Trójcy z początku XX w. wzorowanej na Hagia Sophia w Stambule z paskowaną fasadą. Wnętrze cerkwi zachwyca kolorowymi malowidłami pokrywającymi niemal każdy kawałek ścian i stropu. Na koniec poszliśmy wzdłuż murów miejskich najeżonych basztami. Baszty swoje nazwy otrzymały od cechów, które je ufundowały i dzięki temu mamy Basztę Arkebuźników, Garncarzy i Bednarzy, a nieco dalej bastion zwany Grubą Basztą.

Sighișoara – Wróciliśmy do Sighișoary i poszliśmy na średniowieczną starówkę, która zajmuje wzgórze ponad miastem. Przeszliśmy przez efektowną bramę i zarazem wieżę zegarową z XIV wieku o wysokości 64 m, a potem przez mały plac przy kościele klasztornym. Znajduje się tam jeden z najstarszych domów w mieście, zwany Casa lui Vlad Dracul, w którym prawdopodobnie urodził się słynny Dracula, czyli Vlad Palownik.

Nie odpuściliśmy sobie gościny u Vlada, a konkretnie w restauracji, która znajduje się w jego domu. Zamówiliśmy niezwykłe, rumuńskie gołąbki (sarmale) owinięte w liście kiszonej kapusty, podane z mamałygą, czyli ciastem z mąki kukurydzianej, kiszoną kapustą zasmażaną, śmietaną i ostrymi papryczkami (49 RON za porcję). Do tego zamówiliśmy pieczywo (8 RON) i wypiliśmy piwo Ursus (11 RON). Bardzo zacny posiłek zjedzony w niezwykłym miejscu :-)

Najedzeni poszliśmy zwiedzać niezbyt rozległą, starą część Sighișoary. Najpierw weszliśmy na główny plac – Piața Cetății, od którego odchodzi główna ulica – Strada Școlii, prowadząca do wzgórza, na którym stoi gotycka katedra św. Mikołaja z XIV w. Zakończeniem ulicy są zadaszone Schody Szkolne o 172 stopniach, na których końcu dwóch grajków przygrywało słynną melodię Led Zepplin – „Schody do nieba”. Utwór jakby na to nie patrzeć, całkiem na miejscu, dopełniający klimatu :-)

Na wzgórzu prócz katedry, znajduje się Liceum Ogólnokształcące oraz rozległy stary cmentarz saski opadający delikatnie w dół wzgórza. Monumentalne nagrobki ustawione są wzdłuż ścieżek obramowanych starymi płytami nagrobnymi. Cmentarz sprawiał posępne i mroczne wrażenie. Kościół był zamknięty, za to u jego podnóża rozciągał się widok na Sighișoarę i okoliczne pagórki.

Po zejściu na Starówkę, poszliśmy bocznymi uliczkami, żeby poczuć klimat miasteczka uznawanego za najpiękniejsze w Transylwanii, wpisanego na listę UNESCO i zwanego czasem średniowiecznym, żywym skansenem. Starówka przecięta jest wzdłuż zaledwie pięcioma brukowanymi uliczkami, które mają zachowane oryginalne rynsztoki. Nietrudno zejść ją wzdłuż i wszerz. Oprócz pięknych, kolorowych i bardzo zadbanych kamieniczek, obejrzeć można mury miejskie, bramy i baszty. Potem pokrążyliśmy po dolnej części Sighișoary, nieco nowszej, ale również przyjemnej.

02.07.2024 r.
Biertan – Zapakowaliśmy się i pojechaliśmy do miasteczka Biertan (30 km), w którym wznosi się kościół warowny z początku XV w., fortyfikowany stopniowo od XV do XVII w. Kościół jest wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i majestatycznie góruje nad niewielką miejscowością. Zaparkowaliśmy przy głównym placu, gdzie przywitały nas przyjacielskie psy, które postanowiły nawet zrobić sobie z nami zdjęcie :-)

Byliśmy sporo przed czasem, więc postanowiliśmy obejść warownię dookoła. Przy tej okazji musimy wyjaśnić skąd liczne ufortyfikowane kościoły w Transylwanii. Otóż, prócz funkcji typowo sakralnej, stanowiły schronienie dla miejscowej ludności podczas częstych w tym regionie najazdów obcych wojsk. To zazwyczaj mieszczanie i chłopi fundowali dodatkowe mury, licząc, że uda się im przetrwać wojenną zawieruchę. Biertan jest tego świetnym przykładem, gdyż nigdy nie został zdobyty, mimo wielu prób.

Głównym budynkiem w kompleksie (wstęp – 15 RON za osobę) jest typowo gotycki, strzelisty kościół o surowym wnętrzu, w którym zobaczyć można dawną zakrystię oraz ołtarz-tryptyk. Idąc dookoła kościoła podziwia się fortyfikacje oraz miejscowość z góry. Dokoła świątyni stoją trzy baszty i niewielki dom. W jednej z baszt obejrzeć można freski, a w drugiej płyty nagrobne lokalnych biskupów. Dom miał bardzo nietypowe zastosowanie. Otóż małżeństwa, które chciały się rozwieść, pozostawiano w pomieszczeniu z jednym łóżkiem, stołem i krzesłem na dwa tygodnie, aby miały czas na przemyślenie decyzji. Okazuje się, że metoda skutecznie zniechęcała do rozwodu, bo przez 300 lat tylko raz pomieszczenie nie zdało egzaminu :-)

Całe założenie otoczone jest trzema pierścieniami murów. Można przejść międzymurzem, które ma postać szyi zwieńczonej ciągiem łuków. Po jej przejściu, dochodzi się do zewnętrznego pierścienia murów, do którego doklejone są budynki, w których jest obecnie wystawa różnego rodzaju kafli. Zwiedzanie zajęło nam pół godziny.

Viscri – Ponad 70 km dalej, w małej wsi, do której nie dociera nawet asfaltowa droga, wznosi się kolejny warowny kościół wpisany na listę UNESCO. Jest to znacznie starszy, bo z końca XII w. kościół w Viscri. Biała bryła budowli zajmuje znacznie mniejszy teren niż w Biertanie. Kościół jest bardziej przysadzisty, a jego wieża i baszty obronne posiadają hurdycje, czyli kryte ganki.

Kościół jest niewielki. Wnętrze romańskiej świątyni jest nieco bardziej ozdobne, a to za sprawą malowanych balkonów, stalli i ambony. Na wieżę kościelną można wejść i dzięki temu z góry ocenić warowną konstrukcję założenia. Z góry najlepiej widać budynki, w których chłopi chronili się przed najazdami, przyklejone do murów od wewnętrznej strony.

W budynkach zaaranżowano wystawy etnograficzne. Jest tu sala ze sprzętami gospodarskimi, a pod zadaszeniem prezentowane są stroje, skrzynie posagowe oraz piec. W niewielkim muzeum poświęconym Sasom, zamieszkującym od wieków te tereny, zobaczyć można meble, ubrania, dokumenty, kafle piecowe i przedmioty codziennego użytku. Dostępna jest też tzw. wieża balkonowa, czyli baszta przykryta drewnianym dachem, posiadająca hurdycje, z których widać kościół i okolice.

Przeszliśmy także międzymurzem dookoła warowni. Całe zwiedzanie zajęło nam 40 minut. Dodać musimy ciekawostkę, którą zaobserwowaliśmy w całej Transylwanii, a szczególnie w małych miejscowościach. Otóż znaczna część mieszkańców całkiem dobrze mówi po niemiecku, za to angielski jest znany bardzo słabo. Od razu daje się zauważyć przeszłość tych ziem, które od dawna zamieszkują Sasi.

Brașov – Pozostało nam dojechać na nocleg w mieście Brașov (około 80 km). Mieliśmy do dyspozycji mały pokój typu studio w Happy Mood Apartments, kilkaset metrów od Starówki. Byliśmy głodni, więc najpierw poszliśmy na obiad. Zamówiliśmy jedną z bardzo typowych, rumuńskich potraw, czyli mititei (mici) z musztardą i frytkami posypanymi serem. Mititei to grillowane mięsne roladki z mieszanego mięsa wołowego, wieprzowego i jagnięcego, bardzo wyraziście przyprawione (36 RON za porcję). Jeszcze ciekawszy był deser. Musieliśmy spróbować niezwykłych pączków Papanași podawanych na ciepło, czyli serowych pączków z dziurą wypełnioną konfiturami i gęstą śmietaną oraz przykrytych malutkim pączkiem, a na koniec posypanych cukrem pudrem (28 RON za 2 szt.). Deser rewelacyjny i trudno go przebić czymkolwiek :-D

Był piękny, słoneczny dzień, więc nie odmówiliśmy sobie spaceru na Piața Sfatului, czyli Plac Rady, otoczony bardzo ładnymi kamienicami z różnych epok, od gotyku po secesję. Na środku placu stoi Dom Rady z 1420 r., czyli Ratusz o żółtej fasadzie i dość masywnej wieży zegarowej.

Na jednej z pierzei stoi nietypowa cerkiew Zaśnięcia Matki Boskiej, z końca XIX w. Z zewnątrz wydaje się, że jest to zwykła kamienica, jednakże po przejściu przez bramę idzie się korytarzem i dopiero w oficynie znajduje się właściwa świątynia z bogatym wnętrzem i malowidłami. Potem poszliśmy na zadbany, główny deptak Brașova – Strada Republicii z mnóstwem sklepików.

03.07.2024 r.
Prejmer – Dzień rozpoczął się deszczowo, ale to nas oczywiście nie odstraszyło. Pojechaliśmy zwiedzić dwa kolejne warowne kościoły, a może raczej warowne grody. Zwiedzanie rozpoczęliśmy w Prejmerze (około 20 km, wstęp 30 RON od osoby, parking przy ulicy bezpłatny), gdzie stoi masywne założenie obronne z barbakanem i krytym mostem nad fosą znajdujące się na liście UNESCO. Kościół zaczęli budować Krzyżacy w 1218 r. zanim w 1225 r. zostali wypędzeni z Siedmiogrodu i po zaproszeniu przez Konrada Mazowieckiego w 1226 r., osiedlili się na ziemiach polskich. Dzieła budowy warowni w Prejmerze dopełnili cystersi.

Dziś można oglądać białą bryłę, która kryje w sobie dwa dziedzińce, kościół oaz świetnie zorganizowaną wioskę na kilku poziomach budynków przyklejonych do murów. Całość otoczona jest 4,5-metrowej grubości murem o wysokości aż 14 m. Dawniej wewnątrz funkcjonowała szkoła, piekarnia, młyn, a wszystko to ulokowane w 270 pomieszczeniach.

Przeszliśmy przez most na mniejszy z dziedzińców, wokół którego rozlokowano muzeum prezentujące historię Sasów żyjących w Siedmiogrodzie, a w szczególności zaaranżowano izbę wraz ze sprzętami, narzędziami, kolorowo malowanymi meblami, tkaninami ozdobionymi haftami i strojami. Potem weszliśmy na właściwy dziedziniec z kościołem. Sama świątynia jest budowlą bardzo surową, niedużą, choć dość strzelistą, posiadającą okazałą wieżę.

Wokół kościoła znajdują się pomieszczenia o różnym przeznaczeniu, ulokowane na 3-4 poziomach z licznymi, zewnętrznymi klatkami schodowymi. Mogliśmy swobodnie krążyć po stromych, drewnianych stopniach i zaglądać do udostępnionych do zwiedzania izb, niektórych całkiem ciekawie wyposażonych.

Pierwszy raz spotkaliśmy się z taką architekturą i zrobiło to na nas bardzo duże wrażenie. Zapewne przez pogodę, mieliśmy cały gród dla siebie, więc mogliśmy swobodnie penetrować pomieszczenia i korytarze ciągnące się w murach oraz baszty. Ponura pogoda dała dość posępne wrażenie całości i pomogła przenieść się w czasie.

Przy parkingu znaleźliśmy niewielką budkę, w której zjedliśmy mało atrakcyjnego hot-doga podanego w połowie bułki do hamburgerów oraz wypiliśmy zupełnie przeciętna kawę (2 kawy plus 2 hot-dogi za 30 RON). No cóż z braku innych możliwości, skorzystaliśmy z tego co było dostępne :-)
Hărman – Wracając w kierunku Brașova, zatrzymaliśmy się przy drugim warownym kościele, w miejscowości Hărman (wstęp 15 RON od osoby, parking darmowy). Założenie również znajduje się na liście UNESCO i podobnie jak w Prejmerze, do wnętrza warowni prowadzi zadaszony most. Kościół pochodzi z XIII w. i zbudowany został przez cystersów.

Świątynia jest nieco większa niż w Prejmerze, ale również surowa, przy czym w większości jest romańska. Ciekawostką są ławki, a raczej oryginalne, historyczne ławy bez oparć. Drugą osobliwością są pomieszczenia, czy wręcz budynki przyklejone z zewnątrz do bocznych ścian kościoła. Pełniły one różne funkcje, w tym mieszkalne.

Weszliśmy na wysoką wieżę, gdzie ogłuszył nas dzwon, który wybił właśnie południe. Z góry widzieliśmy dokładnie całą architekturę warowni z siedmioma basztami oraz okolicę. Po zejściu ruszyliśmy zwiedzać budynki po wewnętrznej stronie murów. Podobnie jak w poprzednim obiekcie, był to cały mały gród z wszystkimi potrzebnymi warsztatami, szkołą, pomieszczeniem orkiestry i magazynami, co pozwalało przez długi czas kryć się okolicznej ludności przed wszelakimi najazdami.

W wieży kaplicznej z 1300 r. znajdują się kolorowe XV-wieczne freski będące swoistą biblią obrazkową dla niepiśmiennych mieszkańców. Szczególnie ciekawe są pomieszczenia mieszkalne, wyglądające, jakby dopiero co opuścili je gospodarze, wyposażone w piękne meble, sprzęty i fotografie. Dodatkowym atutem zwiedzania był spacer po murach, posiadających wyjątkowo dużą ilość wykuszy latrynowych, ulokowanych jeden obok drugiego. Murami obejść można cały obiekt, odwiedzając po drodze baszty.

Râșnov – W planach mieliśmy zwiedzanie warownego zamku chłopskiego górującego ponad miasteczkiem Râșnov. Pierwotną warownię zbudowali Krzyżacy na początku XIII w., a potem była wielokrotnie rozbudowywana. Zaparkowaliśmy na darmowym parkingu podziemnym pod głównym placem Râșnova (Piața Unirii). Najprostszym sposobem dostania się do zamku jest wjazd kolejką przypominającą windę, do której wejście jest wprost z placu (przejazd w dwie strony 30 RON od osoby).

Z góry rozciąga się bardzo rozległa panorama okolicy. Szkoda tylko, że coraz mocniej padał deszcz, więc trudno było długo napawać się widokami. Poszliśmy ścieżką do zamku, który niestety był zamknięty, z uwagi na prowadzone właśnie prace konserwacyjne. Mogliśmy zobaczyć jedynie bielone mury zewnętrzne i wystające ponad nimi fragmenty wież.

Przy ścieżce zobaczyliśmy nietypowe ostrzeżenie przed niedźwiedziami. Jest to realne zagrożenie, gdyż w Rumunii, żyje bardzo duża, sześciotysięczna populacja niedźwiedzi brunatnych, a co gorsza, misie wcale nie są przyjaźnie nastawione do ludzi :-)

Brașov – Miasto Râșnov jest niezbyt ładne, więc nie zabawiliśmy w nim zbyt długo i wróciliśmy do Brașova. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od obiadu w tej samej restauracji co dzień wcześniej. Tym razem zjedliśmy gulasz, czy raczej dość gęstą zupę gulaszową z ziemniakami, marchewką i jakimiś dużymi kluskami (48 RON za porcję) i nie potrafiliśmy odmówić sobie kolejnych Papanași, po dwie sztuki na głowę :-)

Cały czas padał deszcz, więc zwiedzanie nie było zbyt przyjemne. Poszliśmy do tzw. czarnego kościoła, czyli późnogotyckiej budowli z przełomu XIV i XV w. Nazwa wzięła się od ciemnej fasady, której kolor był wynikiem pożaru w XVII w., aczkolwiek po niedawnym remoncie, fasada nie jest już czarna. Niestety do środka nie udało nam się dostać.

Podobnie nie weszliśmy do synagogi Beit Israel z początku XX w., której fasada przypomina pałac. Za to bez problemów weszliśmy w najwęższą uliczkę w Europie, czyli strada Sforii. Jej szerokość to zaledwie 1,3 m, co oznacza, że z łatwością można rękoma sięgnąć jej obu ścian. Ostatnie dwa obiekty, które obejrzeliśmy to dwie bramy miejskie – Poarta Schei z XIX w. i znacznie starszą Poarta Ecaterina z XVI w.

04.07.2024 r.
Zamek Bran – Najsłynniejszy zamek w Rumunii, czyli Zamek Bran znajduje się zaledwie 30 km od Brașova. Jego sława pochodzi od słynnego Draculi, aczkolwiek zupełnie niezasłużenie, bo Vlad Palownik prawdopodobnie nigdy tu nie był. Twierdza została zbudowana przez króla węgierskiego Ludwika Andegaweńskiego w XIV w., a jej ostatnim mieszkańcem była królowa Maria Rumuńska, żona króla Ferdynanda, która przebywała w letniej rezydencji przed II Wojną Światową. Po wojnie zamek został upaństwowiony i stał się muzeum.

Skąd związki Draculi z Zamkiem Bran? Otóż ktoś sprytny wymyślił, że postać wampira z książki Brama Stokera świetnie będzie promowała okazałą warownię i nikomu nie przeszkadzała prawda historyczna. Dopiero w latach 90-tych nowe władze Rumunii zrezygnowały z takiej wizytówki zamku. Co do Vlada Palownika (rum. Vlad Țepeș), to jego przydomek Dracula pochodzi od określenia, które nadano jego ojcu Vlad Drac, czyli Vlad diabeł. Tym samym imć Vlad Palownik był po prostu Draculą – synem diabła. No cóż… sympatyczna rodzinka…

Do zamku weszliśmy po zakupieniu biletów w automatycznej kasie. Kupiliśmy bilety łączone do zamku (70 RON od osoby), tunelu czasu (30 RON) i sali tortur (20 RON), bo chcieliśmy obejrzeć wszystko :-) Do zamku prowadzi ścieżka pod górę, aż do schodów wiodących do bramy. Po przejściu na dziedziniec, zaczęliśmy wchodzić do poszczególnych, niezbyt dużych pomieszczeń – apartamentów królowej Marii, które mają wystrój z jej czasów, czyli początku XX w.

Zamek ma ciekawe wyposażenie, dominują oczywiście kominki, meble, stroje i bibeloty. Charakterystyczne są różne zakamarki i wąskie przejścia, które są tak wąskie, że pewien turysta „słusznych rozmiarów” zawahał się i ostatecznie musiał przejść bokiem… Kilkukrotnie trasa wiodła przez balkony i tarasy, które pozwalały na ogląd zamku z różnej perspektywy i podziwianie górzystych okolic. W kilku pomieszczeniach zaaranżowano multimedialne wystawy w postaci dioram, ukazujące lokalne wierzenia i zabobony. Oczywiście nie mogło zabraknąć wampirów, które są od wieków obecne w rumuńskiej kulturze.

Jedna z sal poświęcona była postaci Vlada Palownika, a kolejna filmowym adaptacjom książki o najsłynniejszym wampirze – Draculi. Ogólnie wyposażenie choć jest go dużo, nie wyróżnia się królewskim przepychem. Widać ostatni mieszkańcy nie mieli manii wielkości, a sama królowa Maria Rumuńska była lubiana, gdyż dbała o poddanych.

Kolejnym etapem zwiedzania były pomieszczenia prezentujące narzędzia tortur. Następnie windą zjechaliśmy do Tunelu Czasu, czyli multimedialnej wystawy prowadzącej przez historię Transylwanii. W tunelu zrobiono nam fajne zdjęcie, które mogliśmy kupić przy wyjściu (15 RON). Po wyjściu obeszliśmy zamek niemalże dookoła i wyszliśmy do miasteczka, w którym przeszliśmy przez pasaż kramów z pamiątkami i przekąskami. Zjedliśmy mamałygę z bryndzą i boczkiem (30 RON za porcję), a że potrawa była dość mdła, musieliśmy poprawić smak małą bezą Pavlowa (15 RON) i kawą americano (10 RON), skonsumowanymi kawałek dalej.

Curtea de Argeș – Musieliśmy przejechać prawie 150 km do miasta Curtea de Argeș. Mieliśmy zarezerwowany mały, stary domek, kryjący się wewnątrz wiejskiej zagrody. Jechaliśmy główną ulicą przez miasto i mimo, że byliśmy bardzo blisko celu, nic nie wskazywało na wiejską zabudowę. Mijaliśmy bloki mieszkalne, firmy, sklepy, ale żadnych zagród. Dopiero w ostatniej chwili wyłoniła się zachęcająco otwarta, drewniana brama zrobiona ze sztachet. Faktycznie po wjeździe w bramę zobaczyliśmy poszukiwany przez nas domek w obiekcie Old Court.

Przywitała nas przesympatyczna właścicielka, która zaprezentowała nam nasze lokum mające 150 lat, a w szczególności jego zabytkowe wyposażenie, w tym dwustuletnie biurko – prawdziwy rarytas dla koneserów. Ceglany domek znajduje się w uroczym wiejskim ogrodzie z mnóstwem kwiatów, drzew i krzewów, a co najważniejsze miejscem do wypoczynku. Cóż za sielanka!

Zaczęliśmy od obiadu w restauracji, którą poleciła nam gospodyni. W La Costica zamówiliśmy „wypas” mięs z grilla dla dwojga: boczek, boczek wędzony, karkówka, kotleciki z kurczaka, kiełbaski, mici, a do tego pikle, frytki z serem, musztarda i sos czosnkowy (mega porcja za 115 RON), nie zabrakło też domowego piwa (10 RON za duży, kamionkowy kubek). Trudno się po takim obiedzie ruszać, my jednak nie daliśmy za wygraną i udaliśmy się na zwiedzanie :-)

Do świątyni Nowa Metropolia prowadziła bardzo długa, bo niemal dwukilometrowa ulica. Zważywszy na to, że był nieznośny upał, to spacer trochę nam się dłużył. Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej to wspaniały biały budynek z niezwykłą historią, a może raczej legendą. Otóż budowniczym świątyni był niejaki mistrz Manole, który borykał się z poważnym problemem, to co zbudował w dzień, w nocy obracało się w ruinę. Tajemnicza nocna zjawa poleciła Manole, aby w murach wznoszonej cerkwi zamurował pierwszą napotkaną kobietę. Niestety ku rozpaczy mistrza, kobietą tą była jego ukochana żona. Od tego momentu budowa ruszyła bez problemów i dzięki temu można podziwiać to wspaniałe dzieło z początku XVI w. (wstęp bezpłatny, opłata za kamerę 20 RON i aparat 10 RON).

Świątynia zachwyca jasną fasadą z niesamowitymi wieżyczkami, fachowo zwanymi bębnami, wyglądającymi jakby były poskręcane, bogato zdobionymi kopułami oraz niezwykłymi sztukateriami. Wnętrze jest także przepiękne, choć nie zachowały się oryginalne freski. To co można dziś oglądać to malowidła z XIX w, które pokrywają niemalże każdy centymetr ścian, kopuł oraz niezwykłych kolumn. W cerkwi znajdują się nagrobki ostatnich władców Rumuni – Ferdynanda i jego żony Marii. Po zbudowaniu świątyni jego zleceniodawca nie chciał, aby mistrz zbudował komukolwiek jeszcze piękniejszy budynek i postanowił go uwięzić. Manole chciał uciec na skonstruowanych przez siebie skrzydłach, jednakże nie odleciał daleko i spadł zabijając się. Po przeciwnej stronie ulicy znajduje się park ze źródełkiem, które ponoć wytrysło w miejscu, w którym spadł mistrz Manole.

Wracając na kwaterę, zwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce w Curtea de Argeș, czyli ruiny dworu z XIV w. rządzącego tymi ziemiami władcy, czyli hospodara, będącego odpowiednikiem naszego księcia. Z dawnej siedziby ostała się częściowo zrekonstruowana cerkiew św. Mikołaja (wstęp bezpłatny). Ściany świątyni są pokryte bardzo starymi freskami, w większości pochodzącymi z XIV w., co czyni cerkiew niezwykle cenną. Reszta ruin nie jest zbyt czytelna.

Po powrocie na kwaterę korzystaliśmy z uroków wiejskiego domku, a wieczorem poszliśmy jeszcze na kolację do La Costica. Pyszna ciorbă de perișoare to rosół z klopsikami, papryką i marchewką, do którego podawany jest chleb (18 RON za talerz zupy, 2,5 RON za chleb).
05.07.2024 r.
Twierdza Poienari – Rano wyruszyliśmy w kierunku trasy Transfogaraskiej, której początek znajduje się niedaleko od Curtea de Argeș. Niejako u wrót do trasy (25 km od Curtea de Argeș), na wysokim wzgórzu, stoi Twierdza Poienari, która w XV w. była rzeczywistą siedzibą Vlada Palovnika. Dziś warownia jest mocno zrujnowana i w czasie naszego pobytu zamknięta, podobnie jak cały szlak do niej, ze względu na prace remontowe i grasujące niedźwiedzie.

No cóż, mogliśmy obejrzeć zamek z dołu, z poziomu szosy. Jest to jednak miejsce, które przyciąga swą mroczną historią. Vlad otrzymał swój przydomek od krwawego sposobu w jaki rozprawiał się z przeciwnikami. Ulubioną, stosowaną przez niego karą było wbijanie na pal i ucztowanie pośród umierających w męczarniach skazańców. Trudno było nie odnieś wrażenia, że napawa się, czy wręcz żywi ludzką krwią. Stąd już tylko krok do powstania legendy o wampirze, który jako syn Draka zwał się Draculą.

Trasa Transfogaraska – Trasa Transfogaraska o długości około 150 km powstała w latach 70-tych XX w. jako rumuńska odpowiedź na słynne trasy alpejskie i pochłonęła podczas budowy mnóstwo sił i ofiar. Zanim dojechaliśmy do drugiego punktu na trasie, w samochodzie rozległ się alarm. Okazało się, że to telefon zupełnie dziwnym dźwiękiem informował o zagrożeniu ze strony niedźwiedzi… Jak widać brunatne misie stanowią w Rumunii naprawdę realne zagrożenie dla ludzi.

Dojechaliśmy do zapory na rzece Argeș, która tworzy duże jezioro o powierzchni niemal 9 km² i głębokości do 155 m. Przy zaporze znajduje się parking, z którego można pójść na tamę oraz przez skalny tunel na punkt widokowy. Mieliśmy nadzieję, że ani w ciemnym tunelu, ani po jego drugiej stronie, nie spotkamy jakiegoś głodnego niedźwiadka. W nagrodę, krajobrazy były naprawdę piękne.

Jechaliśmy wzdłuż jeziora podziwiając widoki, aż do Mănăstirea Sfântul Prooroc Ilie, czyli klasztoru św. Proroka Eliasza. Przy monastyrze znajduje się kilka hoteli, więc w jednym z nich nie mogliśmy odmówić sobie kawy (10 RON) i Papanași (15 RON). Potem podeszliśmy do malutkiej, klasztornej cerkwi z barwnymi malowidłami, pokrywającymi ściany i strop. Wieść niesie, że klasztor ufundowany w latach 90-tych XX w. powstał aby oddać hołd ludziom, który zginęli podczas budowy tej imponującej przeprawy przez Góry Fogaraskie.

Kawałek dalej, rozpoczyna się najtrudniejszy fragment Trasy Transfogaraskiej prowadzący do tunelu na wysokości 2.042 m n.p.m., czyli najwyżej położonego i najdłuższego tunelu w Rumunii (884 m). Cała droga składa się z 830 mostów, 27 wiaduktów oraz kilku mniejszych tuneli, a wjazd do tunelu i zjazd w dolinę to niezliczone serpentyny i ostre zakręty. Zatrzymywaliśmy się na różnych punktach widokowych, z których mogliśmy obserwować piękne górskie widoki, mały wodospad oraz wijąca się drogę. Spokojny przejazd z wieloma postojami zajął nam około 5h.

Twierdza Câlnic – Dojechaliśmy do wsi Câlnik, gdzie zaparkowaliśmy pod murem zamkowym. Obiekt powinien być czynny, jednakże zamiast na oścież otwartej bramy, zastaliśmy tabliczkę z numerem telefonu. Na szczęście bez problemu dogadaliśmy się z opiekunką zabytku, która po niedługim czasie przyjechała, żeby wpuścić nas do środka (10 RON od osoby plus 10 RON za robienie zdjęć i filmowanie).

Zamek chłopski w Câlnicu to obiekt na liście UNESCO, zbudowany w XIII w. jako siedziba księcia. Głównym budynkiem jest wieża mieszkalna otoczona murem z dwiema basztami. Po śmierci księcia, rodzina sprzedała warownię saskiej gminie chłopskiej. Sasi dobudowali kaplicę, drugi pierścień murów i barbakan.

Dziś wewnątrz można zwiedzać kaplicę, która niestety pozbawiona została średniowiecznych fresków i podziemia wieży mieszkalnej będące obecnie magazynem beczek. Ciekawe, czy pełnych :-) Do tego, można wejść do wieży, gdzie na piętrze znajduje się wystawa sprzętów gospodarskich. Wokół dziedzińca stoją budynki, które zapewne podczas najazdów były tymczasowym domem mieszkańców wsi. Należy oczywiście przejść wokół centralnie stojącej wieży i obejrzeć zamek z różnej perspektywy. W sklepiku, będącym zarazem kasą, można kupić lokalne alkohole i domowe przetwory.

Sebeș – Kolejnym naszym miejscem noclegu było miasteczko Sebeș, a konkretnie Vila Lion, gdzie mieliśmy naprawdę duży pokój z nietypowo ulokowanym balkonem. Otóż, aby dostać się na taras, trzeba było przejść przez łazienkę… Generalnie lokum bardzo ładne.

W poszukiwaniu obiadu przeszliśmy przez główny plac, czyli Plac Wolności, aż pod zachowane resztki murów miejskich, gdzie odkryliśmy chyba jedyną restaurację w mieście. Zjedliśmy smażonego pstrąga z mamałygą i grillowanymi warzywami (cały pstrąg z dodatkami – 52 RON). Szkoda, że obiad nie smakował aż tak dobrze jak wyglądał.

Pozostało nam odwiedzenie kilku zabytków miasteczka. Pierwsza rzuciła nam się w oczy szkoła mieszcząca się w XIX-wiecznym budynku, opatrzonym niemieckim napisem „Bildung ist Freiheit”, co znaczy „edukacja to wolność”. Piękna dewiza Gimnazjum nr 2 w Sebeș. Szkoła jest połączona z murem okalającym romańsko-gotycką, ewangelicką bazylikę z XIII w. Główna nawa jest bardziej przysadzista, zbudowana w stylu romańskim, natomiast prezbiterium jest znacznie wyższe, typowo gotyckie z najcenniejszym w całej Transylwanii ołtarzem – poliptykiem. Co ciekawe, na terenie bazyliki stoi drugi, mniejszy, typowo gotycki kościół pw. św. Jakuba. Na końcu Placu Wolności znajduje się stosunkowo niepozorny, ale bardzo wartościowy Dom Królewski (Zapolyi), czyli XV-wieczna kamienica z mansardowym dachem.

06.07.2024 r.
Geoagiu-Băi – Jadąc do Geoagiu-Băi (około 40 km) widzieliśmy scenę, którą trudno dziś zobaczyć. Otóż pod wiaduktem autostradowym rozlokował się prawdziwy cygański tabor z kolorowymi wozami, w którym w najlepsze toczyło się koczownicze życie Romów.

Uzdrowisko termalne Geoagiu-Băi wykorzystywane było już od czasów Daków i Rzymian, którzy chętnie korzystali z miejscowych wód leczniczych. My również postanowiliśmy zrelaksować się w tutejszych basenach. Jest to kompleks składający się z dwóch dużych i dwóch małych basenów (wstęp 45 RON od osoby plus 10 RON za kabinę do przechowania ubrań i przebierania, 15 RON za parking). Woda miała być ciepła, czy wręcz bardzo ciepła, a w rzeczywistości tylko w jednym basenie była letnia, w drugim chłodna, a w trzecim wprost zimna. Ciekawe jaka temperatura była w basenie dla dzieci ;-)

Mimo, że kompleks czasy świetności ma już za sobą, to posiada całkiem niezłą infrastrukturę z bardzo dużą ilością leżaków i punktami gastronomicznymi. Mieliśmy też okazję się przekonać, że jest bardzo popularny i okupowany przez miejscowych.

Główną atrakcją turystyczną miejscowości są termy z czasów rzymskich, których wygląd praktycznie nie zmienił się przez wieki. Zajrzeliśmy najpierw z góry, po czym zeszliśmy na dół nad starożytny zbiornik wody termalnej, który mimo, że napełniony wodą, nie zachęca do kąpieli. Niedaleko, bo zaledwie 700 m od współczesnych term, znajduje się ciekawa Cascada Clocota, czyli 40-metrowy wodospad. Jest on o tyle ciekawy, że termalna woda z 16 źródeł spływa po skale, pozostawiając biały nalot mineralny.

Hunedoara – Po niecałych 60 km dotarliśmy do ostatniej atrakcji w Rumunii, czyli do Zamku Korwina w Hunedoarze. Zaparkowaliśmy przy wieży chłodniczej dawnej huty żelaza, gdzie zaaranżowano duży parking (15 RON). Zgłodnieliśmy, więc poszliśmy na zupy – rosół z kluskami i fasolową z boczkiem, do których dostaliśmy świeże bułki. Kolejny bardzo smaczny posiłek.

Już sam widok zamku, uznawanego za najpiękniejszy w Transylwanii, robi ogromne wrażenie. Warownia, której początki datowane są na XII-XIII w. jest rozbudowana i posiada ciekawą bryłę. Na teren prowadzi drewniany most wsparty na kamiennych filarach (wstęp 45 RON od osoby, fotografowanie 10 RON, filmowanie 23 RON).

Przechodząc przez bramę weszliśmy do pomieszczeń, w których bardzo sugestywnie zaprezentowano średniowieczne narzędzia tortur. Po wyjściu z lochów, przeszliśmy na piękny dziedziniec otoczony wysokimi budynkami, gdzie jedna ze stron posiada zdobione krużganki. Trasa zwiedzania prowadziła skomplikowanym systemem pomieszczeń, korytarzy i klatek schodowych, pozwalając co jakiś czas wyjść na tarasy, krużganek i baszty zakończone blankami.

Zobaczyliśmy kuchnię zamkową, kaplicę dobudowaną w XV w., apartamenty z meblami i wystawę strojów. W pomieszczeniach, gdzieniegdzie zachowały się freski. Duże wrażenie robi ogromna, gotycka sala audiencyjna z wysokimi kolumnami pośrodku. Innym ciekawym budynkiem jest wysunięta poza obręb murów wieża obronna, do której prowadzi galeria wsparta na wysokich filarach. Na zamku zaaranżowano także wystawę etnograficzną.

Pojechaliśmy na nocleg w centrum Hunedoary, gdzie w umówionym miejscu spotkaliśmy się z właścicielem apartamentu Luxury Central Studio, który znajduje się na typowym blokowisku z wieżowcami robiącymi zdecydowanie gorsze wrażenie niż nasze bloki z PRL-u. Właściciel nie znał angielskiego, więc porozumiewał się z nami przez tłumacza w telefonie. Przeprowadził nas przez obskurną klatkę schodową. Pojechaliśmy nie budzącą ani trochę zaufania windą, by w końcu znaleźć się w apartamencie, który dla odmiany był, można rzec, luksusowy. Potem poszliśmy na obiad – panierowany ser z frytkami oraz zapieczony makaron z warzywami.

07.07.2024 r.
Wyjechaliśmy wcześnie rano, bo czekała nas długa droga do domu – około 1.200 km. Trasa przebiegałaby niemalże bez problemów, gdyby nie długa kolejka do wjazdu na Węgry. Oczekiwanie zajęło nam ponad godzinę. Drugie opóźnienie spotkało nas w Polsce w związku z budową trasy szybkiego ruchu do Zakopanego.

Droga przebiegała przez słowacki Ždiar, w którym zjedliśmy obiad w restauracji poznanej kilka lat wcześniej. Nie mogliśmy odmówić sobie typowo góralskich dań – pierogów z bryndzą oraz klusek z serem i klusek z kapustą zasmażaną. Do tego wypiliśmy dzban lemoniady truskawkowej.
Przed wyjazdem zastanawialiśmy się, czy Rumunia będzie dla nas ciekawym miejscem. Nie zawiedliśmy się, a wręcz przeciwnie, kraj ten okazał się pełen uroku. W naszej pamięci pozostaną nie tylko malownicze górskie krajobrazy, piękne, zadbane, zabytkowe miasteczka, saskie wsie z kolorowymi domami i warownymi kościołami, a także romskie pałace o niezwykłej architekturze, charakteryzujące się wysokimi ścianami, zwieńczonymi małymi, połyskującymi wieżyczkami. Jest to ciekawa propozycja dla osób, które chcą w spokoju, bez tłumów, zobaczyć kilka oryginalnych miejsc i to stosunkowo niedaleko od Polski.