Republika Południowej Afryki i Suazi

29.09.2018 – 17.10.2018

Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne

Dojazd do RPA i Park Krugera

Suazi

Nad Oceanem Indyjskim oraz Shakaland

Kapsztad i okolice

Park Narodowy Pilanesberg i Rezerwat Kgaswane

OPIS PODRÓŻY

Dojazd do RPA i Park Krugera

29.09.2018 r.

Naszą długą podróż zaczęliśmy od lotniska Chopina w Warszawie, skąd polecieliśmy liniami Emirates (lot nr EK180 o godzinie 15:00) do Dubaju, gdzie wylądowaliśmy po prawie sześciu godzinach lotu. Osławione linie Emirates nie zrobiły na nas oszałamiającego wrażenia, gdyż niedoświadczona załoga pokładowa miała problemy z obsługą, a jedzenie choć obfite, nie należało do zbyt smacznych. Na plus należy uznać dużo miejsca na nogi jak na klasę ekonomiczną oraz doskonałą rozrywkę pokładową, włącznie z filmami po polsku. Podczas lądowania nasz współpasażer z rzędu, który okazał się mieszkańcem Dubaju, z dumą prezentował swoje niezwykłe, rozświetlone miasto. Był późny wieczór, więc Dubaj ze słynnym Burdż Chalifa na czele, prezentował się rzeczywiście imponująco.

Słonie w Parku Krugera w RPA
Słonie w Parku Krugera w RPA

Na lotnisku czekała nas pięciogodzinna odsiadka, gdyż kolejny lot do Johannesburga mieliśmy dopiero nad ranem (lot nr EK761 o 4:05 czasu lokalnego, czyli 2:05 czasu polskiego). Terminal nr 3 lotniska w Dubaju jest ogromny, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym, ot wielki pasaż handlowy, więc po dość długim spacerze, po prostu czekaliśmy na kolejny samolot.

30.09.2018 r.

Johannesburg – Na lotnisko OR Tambo w Johannesburgu przylecieliśmy planowo o 10:15, po ośmiu godzinach lotu (czas letni w Polsce jest równy czasowi obowiązującemu w RPA), ale to nie oznacza, że szybko mogliśmy opuścić lotnisko, bo spędziliśmy tam jeszcze około trzy godziny. Najpierw musieliśmy odstać swoje w ogromnej kolejce do odprawy paszportowej. Całe szczęście, że jako Polacy mogliśmy stanąć w krótszym ogonku dla osób, które przy pobycie do 30 dni nie muszą posiadać wizy. Druga kolejka czekała nas do kantoru wymiany walut. Nie była aż tak długa, za to formalności trwały i trwały… Gdy już myśleliśmy, że możemy w spokoju odebrać zarezerwowany samochód, okazało się, że trzeba odstać grubo ponad godzinę w wypożyczalni… No cóż… RPA to mocno sformalizowany kraj, za to nowoczesny, a obsługa niezwykle sympatyczna 🙂

Obóz Pretoriuskop w Parku Krugera

W końcu mogliśmy wyjechać w kierunku Parku Krugera naszą Toyotą Corollą Quest z kierownicą po prawej stronie, gdyż w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Dla ułatwienia wybraliśmy samochód z automatyczną skrzynią biegów. Początek był trudny. Trzeba było pilnować drogi, a nie jest to proste na wielopasmowej autostradzie, do tego ruch lewostronny, kierowanie samochodem siedząc „po stronie pasażera”, wyjątkowo zła renoma Johannesburga, związana z dużą przestępczością oraz dziwne piski w samochodzie (później okazało się, że to system do pobierania opłat drogowych).

Żyrafa w Parku Krugera

Jakby jeszcze tego było mało, nasza nawigacja podała nam godzinę 19:00 jako godzinę dotarcia do obozowiska Pretoriuskop, gdzie zarezerwowaliśmy pierwszy nocleg, a którego bramy zamykane są o 18:00… No cóż trzeba było bardzo się starać, żeby jechać szybko, ale w miarę przepisowo. Niestety musieliśmy zatrzymać się na stacji benzynowej, żeby kupić coś do picia i jedzenia. Poczuliśmy się nieswojo, bo na stacji byli sami Murzyni, ale w tym momencie dotarło do nas, że przecież jesteśmy w Afryce 🙂 Ruszyliśmy dalej z bardzo dobrymi kanapkami w ręku. Całe szczęście, że większość z ponad czterystu kilometrów wiodła całkiem niezłymi drogami, gdzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 120 km/h, a tylko końcówka to droga lokalna z niezliczonymi spowalniaczami. Jedno jest pewne, że do bramy Parku Krugera dotarliśmy o 17:45, szybko załatwiliśmy pozwolenie na wjazd i z maksymalną prędkością 50 km/h, mijając stada impali oraz rodzinkę hien cętkowanych dotarliśmy do obozowiska. Ufff…

Słoń podczas nocnego safari w Parku Krugera

Park Krugera – Pretoriuskop – Poszliśmy do recepcji obozu Pretoriuskop, gdzie dostaliśmy klucze do naszego domku (bez łazienki), zrobiliśmy zakupy w sklepiku, zjedliśmy obiad w restauracji – grillowane udka z kurczaka z surówką i popędziliśmy na pierwszą wycieczkę po Parku. Po zamknięciu bram obozowisk pozostaje wyłącznie korzystanie z wycieczek organizowanych przez Park. My na pierwszy raz wybraliśmy dwugodzinny „Night drive” o 20:00, czyli wycieczkę w zupełnej ciemności, gdzie jedynym źródłem światła były specjalne reflektory po bokach półciężarówki oraz latarki. Już podczas tej wycieczki mogliśmy stanąć oko w oko ze słoniem, zebrami, czy też impalami. Byliśmy zaopatrzeni w koce, gdyż mimo upału w dzień, wieczory, noce i poranki w Parku Krugera są zimne, co

Zebry w Parku Krugera

szczególnie odczuwa się jadąc zupełnie otwartym samochodem.

01.10.2018 r.

Park Krugera – z Pretoriuskop do Olifants – Po trudach podróży i atrakcjach dnia poprzedniego porządnie się wyspaliśmy i poszliśmy na śniadanie (54 ZAR, czyli około 16 zł za osobę) składające się z jajek sadzonych, kiełbasek, bekonu i tostów. Około 8:30 wyruszyliśmy z obozu w kierunku obozowiska Olifants. Do pokonania mieliśmy około 200 km z maksymalną prędkością 50 km/h, a u celu musieliśmy być maksymalnie około 16:00, gdyż na 16:30 zarezerwowaliśmy wycieczkę „Sunset drive”. 

Lampart w Parku Krugera

Po wyjeździe, niemal od razu zaczęliśmy spotykać różne zwierzęta: zebry, guźce, różne antylopy, rozmaite ptaki, słonie, czy też pawiany.

Baobab w Parku Krugera

Ważnym punktem na mapie był wielki baobab, który określany jest mianem drzewa wsadzonego korzeniami do góry. Rzeczywiście baobab z uwagi na wiosnę i brak liści, wyglądał jakby zamiast gałęzi miał korzenie. Aż chciało się wysiąść z samochodu i podejść do tego ogromnego drzewa. Tu od razu musimy dodać, że opuszczanie pojazdów jest całkowicie zabronione z wyjątkiem obozowisk oraz nielicznych tzw. „get out points”. Już pierwszego dnia mieliśmy dużo szczęścia do wielkich kotów, gdyż trzy razy zobaczyliśmy lwy, a do tego lamparta. Z tego co usłyszeliśmy od innych turystów, mieliśmy niebywałe szczęście. Zobaczenie kotów drapieżnych w Parku Krugera ułatwiają sami turyści, gdyż podczas jazdy, z daleka widać skupisko samochodów oznaczające jakieś interesujące zwierzę.

Lew wylegujący się w cieniu drzewa w Parku Krugera

Po podjechaniu pozostaje tylko zapytać jakie zwierzę obserwują wszyscy oraz gdzie się ono znajduje, a następnie dobrze wytężyć wzrok, najlepiej wspomagając się lornetką.

Słonie nad rzeką Olifants w Parku Krugera

Co ciekawe, często zwierzęta znajdują się tuż przy drodze, jak np. lwy wylegujące się w cieniu drzew, czy też lampart pilnujący swojej zdobyczy jakieś 10 m od drogi. Ciekawymi miejscami są także wszelkiego rodzaju wodopoje, gdzie można spotkać najróżniejsze ptactwo, antylopy, krokodyle, czy też podglądać żyrafę, która musi stawać w szeroki rozkroku, aby się napić. Nie sposób nie podać informacji jak wielki jest Park Krugera, gdyż rozciąga się na długości 350 km, ma 60 km szerokości oraz zajmuje powierzchnię niemal 20 tys. km². Teren ten zamieszkuje ponad 500 gatunków ptaków, niemal 150 gatunków ssaków, a tego gady, płazy i ryby. Krótko mówiąc – Arka Noego 🙂

Koczkodan zielony w obozie Olifants w Parku Krugera

Jadąc wolniutko, zatrzymując się niezliczoną ilość razy, dotarliśmy w końcu do obozu Olifants, gdzie czekał na nas najlepszy z zarezerwowanych w Parku noclegów, czyli okrągły domek z łazienką. Co ciekawe, przed domkiem stała lodówka zabezpieczona kratą zamkniętą na kłódkę z doczepionym kluczykiem. Na początku zastanawialiśmy się jaki jest sens zamykać kłódkę i zostawiać przy niej kluczyk, ale gdy się rozejrzeliśmy, wszystko stało się jasne. Po obozie biegały koczkodany zielone, które czyhały na okazję, żeby coś ukraść 🙂 O 16:30 wyruszyliśmy na trzygodzinne safari „Sunset drive”, aby w blasku zachodzącego słońca podpatrywać kolejne gatunki zwierząt. Początkowo zapowiadało się, że nie będzie to ciekawa wycieczka, jednakże spotkaliśmy wiele interesujących zwierząt, a także zatrzymaliśmy się żeby przepuścić stado słoni przechodzących przez drogę.

Zachód słońca w Parku Krugera

Jeden ze słoni próbował nerwowo ruszyć w naszą stronę, jednak przewodniczka uruchomiła silnik i zwierzę wycofało się. Tym samym ostrzeżono nas, że słonie wbrew pozorom są bardzo niebezpieczne i trzeba na nie bacznie uważać. Prócz tego, zaczął się czas aktywności hien cętkowanych, które jak się okazuje są kanibalami i właśnie konsumowały małą hienę. Przy drodze spał lew, a na drzewach widzieliśmy bielika afrykańskiego, puchacza mlecznego i orzełka włochatego. Wróciliśmy zupełnie po ciemku nie mogąc napatrzeć się na niebo usłane gwiazdami. Po ciekawym safari, nadszedł czas na obiad, na który zjedliśmy pyszny sznycel z kurczaka z serem i szpinakiem (mega porcja) i frytkami (124,90 ZAR za porcję, czyli jakieś 36 zł), a do tego smaczne i oryginalne piwo Oryx (55 ZAR za butelkę 0,44l).

02.10.2018 r.

Szakal czaprakowy w Parku Krugera

Park Krugera – z Olifants do Crocodile Bridge – Tym razem śniadanie zjedliśmy na werandzie naszego domku, rozglądając się, czy nagle nie pojawi się jakaś głodna małpa 🙂 Nic takiego się nie zdarzyło. Za to dzień wcześniej wieczorem spotkała nas przykra niespodzianka, gdyż okazało się, że nasze przejściówki do wtyczek są nieodpowiednie w RPA, a to z kolei oznaczało, że nie możemy ładować baterii naszego aparatu i kamery. Po śniadaniu swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do sklepiku, w którym ku naszej radości dostaliśmy konieczną przejściówkę. Mogliśmy już bez stresu kontynuować safari.

Hiena cętkowana w Parku Krugera

Mieliśmy dużo czasu, więc zamiast jazdy najkrótszą drogą asfaltową do obozowiska Crocodile Bridge (niecałe 190 km), pierwszy odcinek postanowiliśmy pokonać szutrem. Droga była nieźle przygotowana, a dopuszczalna prędkość na niej to 40 km/h. Później wróciliśmy na asfalt, gdzie widzieliśmy niezliczone stada zebr, żyraf, gnu pręgowanych, a także oryginalne ptaki, takie jak dzioborogi kafryjskie, wyglądające jak wielkie, czarne indyki tarasujące drogę, dalej po sawannie dumnie kroczyły dziwaczne sekretarze, strusie czerwonoskóre, czy też dropy olbrzymie. Całości dopełniały antylopy, których różne gatunki spotykaliśmy co kawałek.

Sekretarz w Parku Krugera

Po drodze postanowiliśmy zaliczyć kolejną szutrową drogę, wjechaliśmy więc w jedną z pętli odbijających od głównej szosy, a wiodącej wzdłuż wysuszonego koryta okresowej rzeki. Mieliśmy okazję obserwować nieco inną roślinność oraz zwierzęta odpoczywające w cieniu wysokich drzew. Wróciwszy na asfalt, niedługo potem zatrzymaliśmy się na ciasto budyniowe (milk tarta za 35 ZAR – 10 zł) oraz kawę (latte – 28 ZAR, double espresso – 25 ZAR) w miejscu piknikowym Tshokwane, ulokowanym w cieniu drzew.

Kudu wielkie w Parku Krugera

Pojechaliśmy dalej w kierunku obozowiska Lower Sabie, a następnie na nasz nocleg w obozie Crocodile Bridge przy granicy Parku. Podczas ostatniego odcinka zobaczyliśmy długo oczekiwane przez nas hipopotamy, bawoły afrykańskie oraz nosorożca. W zachodzącym słońcu podziwialiśmy te majestatyczne zwierzęta. Hipopotamy wychodziły właśnie z wody po całodziennym chłodzeniu się w rzece, nosorożec pasł się tuż przy drodze, a nam drogę przecięło stado pawianów niedźwiedzich. Niepowtarzalne przeżycia. Po dotarciu do obozowiska, zakwaterowaniu w specjalnym domku-namiocie, poszliśmy zrobić zakupy i poszukać restauracji.

Galago karłowaty w obozie Crocodile Bridge w Parku Krugera

W sklepie dowiedzieliśmy się, że Crocodile Bridge jest niewielkim obozem i nie posiada restauracji… Całe szczęście, że do zamknięcia sklepu było jeszcze parę minut, więc „rzutem na taśmę” kupiliśmy coś w zamian obiadu oraz co nieco na śniadanie. Jedząc obiad, a raczej kolację na werandzie namiotu, nagle zobaczyliśmy malutkie zwierzątko z puszystym ogonkiem, dużymi uszami i oczyma. Była to trudna do wypatrzenia małpiatka – galago karłowaty, która prowadzi nocny tryb życia. Ciekawskie zwierzątko kilka razy skakało z gałęzi na gałąź, na nasz namiot, a nawet na krzesło.

Nosorożec biały w Parku Krugera

03.10.2018 r.

Guziec w Parku Krugera

Park Krugera – Sunrise drive – Ostatnia noc w Parku Krugera nie dość, kiepska z powodu silnego wiatru, który miotał naszym namiotem, była bardzo krótka, gdyż czekała nas pobudka o 3:30. O 4:15 musieliśmy stawić się na kolejne, tym razem poranne safari – „Sunrise drive”. Ruszyliśmy w zupełnej ciemności szukając zwierząt, które zaczynały dzień lub kończyły noc. Podczas ostatniej wycieczki w Parku widzieliśmy dwukrotnie lwy, hieny cętkowane, szakale czaprakowe, żyrafy, nosorożce, guźce, zebry, impale, kudu i rożne ptaki. Trudno nam było rozstać się tym wspaniałym miejscem, w którym po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć w naturze zwierzęta, które znaliśmy dotąd wyłącznie z zoo, telewizji, czy też internetu. Tego dnia czekały na nas jednak nowe atrakcje, w kolejnym państwie – Suazi.

Suazi

Obozowisko Crocodile Bridge w Parku Krugera

Przejazd do Suazi – Po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku granicy z niewielkim państwem Suazi, czyli obecnie eSwatini. Kilka kilometrów przed granicą zadziwiła nas obecność Policji i to w dużych ilościach, z transporterami opancerzonymi i armatkami wodnymi. Kawałek dalej na drodze zobaczyliśmy istny armageddon w postaci olbrzymich ilości kamieni, potłuczonych butelek oraz gałęzi na drodze. Nie było możliwości przejechać przez te przeszkody na wprost. Na szczęście byliśmy tylko jednym z wielu samochodów, które musiały pokonać odcinek do granicy. Klucząc asfaltem, poboczem, za innymi kierowcami w towarzystwie wszechobecnej Policji, powoli zbliżaliśmy się do granicy. Było to bardzo nieprzyjemne doświadczenie, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę, że musiały być tu jakieś zamieszki lub demonstracje. My na całe szczęście dotarliśmy w to miejsce już po wszystkim…

Sama granica między Republiką Południowej Afryki a eSwatni nie dość, że wyglądała archaicznie, to należało ją pokonać w dość nietypowy sposób. Najpierw należało zostawić pojazd na pierwszym parkingu, wejść do specjalnego biura, gdzie odstawszy w kolejce otrzymaliśmy pieczątki w paszporcie. Potem przejechaliśmy kilkadziesiąt metrów na drugi parking po stronie Suazi, gdzie parkingowy dał nam kwit, z którym poszliśmy do specjalnej budki po kolejne pieczątki oraz kolejny kwit, z którym poszliśmy uiścić opłatę drogową za korzystnie z dróg w eSwatini – 50 SZL, czyli lilangeni, które równa się 50 ZAR, czyli randów używanych w RPA. Dodać musimy, że w Suazi można swobodnie płacić randami przy kursie 1:1. Po opłaceniu mogliśmy znów udać się do parkingowego, który odebrał kwit i pojechaliśmy dalej. Całość zajęła ponad godzinę…

Sibebe Rock w Suazi

Sibebe Rock – Znalezienie największej na Świecie jednolitej, granitowej skały, która sięga 15 km w głąb ziemi i jest niemal zupełnie naga, było sporym problemem. Sibebe Rock porównuje się do słynnej skały Uluru (Ayers Rock) w Australii, jednakże nie jest ona widoczną z daleka kopułą skalną, lecz jedną z gór widoczną z doliny Pine Valley biegnącej u jej stóp. Na szczęście pomogli nam przemili tubylcy, którzy krok po kroku kierowali nas na właściwe miejsce. Ostatecznie stanęliśmy pod tym przeolbrzymim głazem, który ze względu na swą lokalizację, chyba jednak ustępuje urodą swemu australijskiemu krewniakowi.

W dolinie Ezulwini

Dolina Ezulwini – Znaczna część najważniejszych miejsc w Suazi znajduje się w Dolinie Ezulwini między stolicą Mbabane, a największym miastem kraju, czyli Manzini. Przez malowniczą Dolinę wiedzie główna autostrada, a w jednej z jej części znajduje się siedziba króla Mswatiego III, który radośnie wita przybyszów z licznych bannerów. Dodać należy, że Mswati III jest monarchą absolutnym, który decyduje o wszystkim w państwie. Przykładowo w 2018 r. z okazji swoich 50 urodzin zmienił nazwę kraju z Swaziland na eSwatni… Kto władcy absolutnemu zabroni 🙂 W rozległej Dolinie Ezulwini znajdują się parki, obiekty sportowe oraz muzea. Podczas naszego pobytu Dolinę zdobiły liczne kwitnące na fioletowo drzewa, które dodawały jej uroku.

Manzini – Nasz nocleg w Manzini był nieco zakamuflowany, ale nie mieliśmy większego problemu, a raczej nasz GPS nie miał większego problemu, żeby go namierzyć. Wjazdu do pensjonatu Fairview Guesthouse bronił wysoki mur z zasiekami pod prądem oraz wideofon.

Pokazy tańców ludu Suazi w Mantenga Cultural Village

Nie byliśmy do tego przyzwyczajeni, ale w miarę zwiedzania Południowej Afryki musieliśmy do tego przywyknąć… Wszystko dla bezpieczeństwa właścicieli i gości. Przywitała nas miła gospodyni, która dała do wyboru jeden z dwóch doskonałych pokoji, które przerosły nasze oczekiwania, zaproponowała śniadanie (30 SZL, czyli 8 zł za osobę) i powiedziała, że spokojnie możemy poszukać restauracji. W pobliżu naszego lokum znajdował się tylko obskurny bar, który nie zachęcał do konsumpcji. Gdy rozglądaliśmy się za czymś innym, miły tubylec zapytał nas czego szukamy, a gdy usłyszał, że czegoś do jedzenia, to skierował nas do niezbyt odległego centrum handlowego Riverstone Mall, gdzie mieliśmy świetną restaurację i dobre sklepy. Na obiad zjedliśmy doskonałą potrawkę z kozy z ziemniakami purre, warzywami z patelni i lokalnym piwem. Wykwintny obiad dla nas dwojga kosztował zaledwie 160 SZL, czyli nieco ponad 45 zł. Mimo, że byliśmy najedzeni, w pobliskim sklepie skusiły nas apetycznie wyglądające torty. Wzięliśmy sobie zaledwie dwa kawałki, ale były tak duże, że z ledwością zjedliśmy we dwójkę jeden…

04.10.2018 r.

Wioska ludu Suazi w Mantenga Cultural Village

Mantenga Cutural Village – Po smacznym śniadaniu wyruszyliśmy do wioski ludu Suazi, czyli Mantenga Cultural Village, która znajduje się na terenie Rezerwatu Naturalnego Mantenga (wstęp 100 SZL od osoby, czyli ok. 30 zł). Od bramy do wioski wiodła droga, przy której zobaczyliśmy oryginalne ostrzeżenia przed krokodylami, które mogą spacerować w pobliżu. No cóż, skutecznie zniechęciło to nas do wysiadania 🙂 Po przyjeździe przywitał nas przedstawiciel plemienia, który był potem naszym przewodnikiem. Musieliśmy chwilę zaczekać na innych turystów. Nie trwało to długo i niewielką grupą ruszyliśmy na zwiedzanie wioski Suazi. Dowiedzieliśmy się dużo o kulturze i zwyczajach miejscowej ludności, mogliśmy zobaczyć jak jeszcze do niedawna żyła, przyjrzeć się okrągłym domostwom, przygotowywaniu potraw i oczywiście nabyć oryginalne pamiątki.

Pokazy tańców ludu Suazi w Mantenga Cultural Village

Potem mieliśmy chwilę przerwy przed spektaklem, podczas której przywitaliśmy się z wycieczką miejscowych przedszkolaków. Dzieci widząc dziwnych przybyszów, koniecznie musiały “przybić nam piątkę”. Zaprzyjaźniliśmy się także z przedstawicielkami ludu Xhosa. Były to starsze panie mówiące mlaskanym językiem, które koniecznie musiały zrobić sobie z nami zdjęcia i wesoło bawiły się podczas przedstawienia. Członkowie plemienia Suazi ubrani w tradycyjne stroje zaprezentowali nam tańce weselne. Występ był bardzo widowiskowy, podziwialiśmy ich niezwykłą gibkość, a następnie Monika miała okazję spróbować swoich sił w lokalnym tańcu.

Wodospady w Mantenga Nature Reserve w Suazi

Po występie poszliśmy zobaczyć pobliski wodospad, a podczas spaceru spotkaliśmy dwa guźce, które na szczęście nie zainteresowały się nami. Sam wodospad składający się z dwóch kaskad oraz jego otoczenie było efektowne i malownicze. Spacerowaliśmy wśród bujnej i soczystej zieleni.

Droga do granicy z RPA przebiegła spokojnie, a samo jej przekroczenie przypominało wjazd do Suazi. Znowu musieliśmy odwiedzić urzędnika po stronie Suazi, a potem po stronie RPA, jednakże zabudowania graniczne były o wiele bardziej cywilizowane. Po wjeździe do RPA mogliśmy ruszyć w stronę Oceanu Indyjskiego…

Nad Oceanem Indyjskim oraz Shakaland

W drodze do Sodwana Bay – Nie było zbyt wcześnie, a mieliśmy do pokonania 180 km, więc gnaliśmy do najbliższego dużego miasta, w którym chcieliśmy wymienić euro na randy. Jakież było nasz zdumienie, gdy okazało się, że żaden z banków w Hluhluwe nie świadczy takich usług. No cóż, mimo posiadania sporej europejskiej gotówki w ręku, musieliśmy skorzystać z bankomatu. Przy tej okazji okazało się, że nie każdy bankomat obsługuje naszą kartę kredytową Mastercard, w tym bankomat w markecie Spar… Na całe szczęście bankomat pobliskiego banku FNB był dla nas łaskawszy 🙂 Z lokalną gotówką w ręku, na kartonowym straganie kupiliśmy dwa kawałki panierowanej ryby na zimno z sosem chili i pędem ruszyliśmy dalej.

Dzioborogi kafryjskie w Parku Imfolozi

Teraz należy się wyjaśnienie dlaczego musieliśmy się spieszyć. Otóż, krótko przed przyjazdem do Sodwana Bay otrzymaliśmy maila z obiektu, w którym mieliśmy nocować. W mailu była mapka, która nie dość, że schematyczna, skomplikowana, to dodatkowo informowała, że czeka nas piaszczysta droga. Mało to, mieliśmy uważać, żeby wybrać drogę dla samochodów z napędem na dwa koła, a nie dla terenówek. Zdając sobie sprawę, że nocleg jest na odludziu, gdzie nie będzie żadnego oświetlenia, a zmrok zapada krótko po 18-tej, postanowiliśmy zrobić wszystko, żeby dojechać za dnia… Popełniwszy zaledwie jeden błąd, dotarliśmy do rozwidlenia piaszczystych dróg. Obie nie zachęcały do wjazdu, ale że robiło się coraz ciemniej, wybraliśmy właściwą i wolno ruszyliśmy przez wydmę. Jechaliśmy z duszą na ramieniu w obawie o to, że się zakopiemy. Po niecałych dwóch kilometrach stanęliśmy pod bramą Toad Tree Cabins. Zadzwoniliśmy do właścicielki, która kazała nam otworzyć bramę i wjechać na parking. Już w całkowitej ciemności gospodyni zjawiła się z latarką i zaprowadziła nas do naszego drewnianego domku.

Ostrygi w St. Lucia

Dowiedzieliśmy się, że nie mamy szansy na jakiekolwiek zakupy, gdyż sklepy są czynne tylko do 17-tej, a najbliższe restauracje znajdują się nad morzem, czyli jakieś 9 km dalej. Dystyngowana pani ostrzegła nas, aby zamykać domek od wewnątrz, wskazała przycisk antynapadowy znajdujący się między łóżkami i zostawiła nas zupełnie samych w opustoszałym obiekcie w środku lasu… Zrobiło się nam nieswojo, do tego łazienka okazała się przybudówką z otwartym dachem i widokiem na gwiazdy, a nas czekał wybór miedzy głodem a przejazdem po ciemku, po piachu do restauracji. Z uwagi na to, że z Suazi pozostał nam tylko kawałek niezjedzonego tortu, pojechaliśmy do Sodwana Bay na obiad. Zamówiliśmy Hake&Chips, czyli poczciwego, ale pysznego morszczuka wprost z oceanu z frytkami i lokalnym piwem. Trzeci przejazd przez piaski na nocleg nie wydawał się już tak trudny, ale za to czekała nas noc w głuszy…

05.10.2018 r.

Sodwana Bay – Noc upłynęła spokojnie, a my mimo obaw całkiem nieźle się wyspaliśmy. Pojechaliśmy na zakupy do miejscowości Mbazwana, gdzie w markecie Spar kupiliśmy zapasy na śniadanie i kolację, a przed marketem owoce i pomidory na straganie. Zaopatrzeni, wróciliśmy na kwaterę, gdzie w dobrze wyposażonej kuchni zjedliśmy śniadanie. Ku naszemu zaskoczeniu, pracowniczka obiektu nie pozwoliła nam umyć naczyń i zrobiła to za nas. No cóż, dla nas Europejczyków pozostałości kolonialnych zwyczajów były trudne do zaakceptowania…

Snorkowanie w Sodwana Bay nad Oceanem Indyjskim

Najedzeni wybraliśmy się na plażę. Zgodnie z zaleceniem właścicielki naszego obiektu, wszystkie wartościowe rzeczy, a przede wszystkim dokumenty, schowaliśmy do bagażnika i pojechaliśmy na najpopularniejsze kąpielisko w okolicy. Po zakupie biletu do Parku Narodowego Sodwana Bay (152 ZAR za dwie osoby plus samochód), zajechaliśmy na parking, gdzie od razu podeszli do nas David i Chelsey, którzy za 50 ZAR proponowali “opiekę” nad naszym samochodem. Szybko okazało się, że chodzi o 50 ZAR dla każdego z nich 🙂 W sumie potraktowaliśmy to jak opłatę za parking. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że warto dać napiwek za spokojny odpoczynek 😉

iSimangaliso Wetland Park koło St. Lucia

Plaża w Sodwana Bay jest bardzo szeroka, piaszczysta i okupowana przez nurków, których stanowiska rozciągają się wzdłuż plaży. Do tego miejscowi wjeżdżają na plażę swoimi terenowymi pick-upami. Na szczęście dla reszty, w tym także dla nas, na plaży pozostaje jeszcze mnóstwo miejsca. Ocean był wzburzony, a my obserwowaliśmy jak łodzie przebijają się przez fale, aby odpłynąć od plaży lub na nią wrócić. My kilkukrotnie snorkowaliśmy obserwując duże ławice ryb, niestety tylko dwóch gatunków. Z uwagi na fale, trudno było podpłynąć do pobliskich raf, przy których zapewne było więcej ryb. Wypoczywaliśmy w płudniowoafrykańskim słońcu, a potem poszliśmy na lunch, na który kupiliśmy krążki z kalmara z frytkami (75 ZAR za porcję, czyli jakieś 22 zł). Po lunchu przenieśliśmy się na inną część plaży, gdzie dalej korzystaliśmy z wody i słońca. Po powrocie na parking, przywitał nas David i Chelsey pokazując nienaruszony samochód i zapraszając nas, hojnych turystów na następny dzień 🙂 Popołudnie i wieczór spędziliśmy w Toad Tree Cabins, jednak tym razem w obiekcie byli też inni turyści.

06.10.2018 r.

Koby śniade w iSimangaliso Wetland Park blisko St. Lucia w RPA

iSimangaliso Wetland Park – Po śniadaniu ruszyliśmy do St. Lucia pod drodze robiąc zakupy w Hluhluwe. Zameldowaliśmy się we Flamingo Holiday Apartments, jednakże nie zakwaterowaliśmy się, gdyż byliśmy zbyt wcześnie i pokój był jeszcze sprzątany. Za to dostaliśmy mapkę okolic, mogliśmy więc ruszyć do iSimangaliso Wetland Park (wjazd do parku 174 ZAR), czyli pobliskiego rezerwatu obejmującego estuarium St. Lucia. Niespiesznie pojechaliśmy w kierunku miejsca zwanego Mission Rocks, czyli dwóch punktów widokowych na ocean i okolicę. Potem pojechaliśmy dalej na Cape Vidal, po drodze wyglądając za zwierzętami, których nie było aż tak wiele, za to otoczenie było bardzo ładne. Na przylądku Vidal przywitały nas koczkodany zielone, a my udaliśmy się na plażę, żeby wypatrywać humbaków. Udało się. W oddali zobaczyliśmy wieloryby, które wypuszczały charakterystyczne fontanny i uderzały płetwami o wodę.

Hipopotamy nilowe w estuarium St. Lucia

St. Lucia – Gdy wróciliśmy do Flamingo, nasz naprawdę świetny apartament był już gotowy. Mogliśmy się rozgościć, a chwilę potem poszliśmy na obiad do świetnej, pobliskiej restauracji John Dory’s. Zamówiliśmy danie Surf&Turf (119 ZAR od osoby, czyli jakieś 35 zł), na które składał się stek wołowy, dwie krewetki królewskie, trzy duże muszle w sosie czosnkowym, panierowane krążki z cebuli i frytki. Danie palce lizać, a do tego zimne piwo Castle Lager (22 ZAR – butelka 240 ml). Żyć nie umierać 🙂 Po sytym obiedzie poszliśmy na most przerzucony przez jezioro St. Lucia, z którego można obserwować stateczki wycieczkowe, a przede wszystkim stada hipopotamów zanurzonych po uszy w płytkiej wodzie. Skorzystaliśmy też z faktu, że St. Lucia jest bezpiecznym miejscem i poszliśmy na spacer wzdłuż kurortu.

07.10.2018 r.

Nosorożec biały w Parku Imfolozi

Hluhluwe–Umfolozi Game Reserve – Mieliśmy bardzo wczesną pobudkę, gdyż o 5:00 podjechał po nas otwartą terenówką przewodnik, który zabrał nas na wykupioną już w Polsce wycieczkę do Parku Hluhluwe-Imfolozi (funkcjonują dwie pisownie przez “I” oraz “U”). Po godzinie jazdy pod kocem (było naprawdę zimno), dotarliśmy do bramy parku, gdzie miały dołączyć do nas kolejne dwie osoby. Okazało się, że zmieniły się plany i dzięki temu mieliśmy całkowicie prywatną wycieczkę. Krótko po wjeździe do parku, przewodnik zawiózł nas na miejsce piknikowe, gdzie rozłożył śniadanie, które w tych warunkach smakowało szczególnie dobrze, a do tego towarzyszyły nam zabawne guźce 🙂 Wycieczka obfitowała w nosorożce, z których jeden postanowił się z nami zabawić i chodził zygzakiem po drodze, zerkając na nas i nie pozwalając nam przejechać… Z pozostałych dużych zwierząt widzieliśmy ponownie żyrafy, słonie chodzące po okolicznych wzgórzach, zebry, gnu i inne antylopy, a także wiele, wiele ptaków.

Gnu czerwone w Parku Imfolozi

O 13:00 wróciliśmy do St. Lucia i od razu poszliśmy na obiad do tej samej restauracji co poprzedniego dnia. Upatrzyliśmy sobie ostrygi oraz danie Mussel Mania. Po raz pierwszy spróbowaliśmy prawdziwych ostryg, które podano nam na lodzie z limonkami. Mięczaki (24 ZAR za jedną ostrygę) przyprawiliśmy sokiem z limonki, sosem tabasco i pieprzem. Mimo wcześniejszych wątpliwości ostrygi bardzo nam smakowały. Na danie główne składały się muszle w sosie czosnkowo-winnym (porcja 400 g za 89 ZAR, czyli 27 zł), do których dostaliśmy bułkę oraz frytki. Mniam, mniam 😀

Krokodyl nilowy w estuarium St. Lucia

St. lucia – Po obiedzie udaliśmy się na drugą część wycieczki, czyli rejs po estuarium St. Lucia. O 15:30, niewielkim, płaskodennym stateczkiem ruszyliśmy wzdłuż brzegu słonego jeziora w poszukiwaniu hipopotamów i krokodyli nilowych. Już po paru minutach dotarliśmy do pierwszego krokodyla, który leniwie wygrzewał się w słońcu. Gad leżał nieruchomo z rozdziawioną paszczą i wyglądał jak atrapa… Nieopodal wpłynęliśmy w zatoczkę, gdzie dziesiątki żółtych wikłaczy miały uwite gniazda przypominające słomiane bombki zawieszone na trzcinach. Ciekawie było obserwować, jak ptaki wchodzą od dołu do kulistego gniazdka, aby karmić pisklaki. W tym samym czasie dołem przepłynął krokodyl.

Hipopotamy nilowe w estuarium St. Lucia

Kolejnym celem było stado hipopotamów, które ledwo widoczne nad taflą wody, śmiesznie porykiwały. Dorosłym hipopotamom towarzyszyły młode, które baraszkowały w wodzie. Mogliśmy długo obserwować te oryginalne dla nas zwierzęta i trudno było uwierzyć, że są najniebezpieczniejszymi dla ludzi ssakami w Afryce… Hipopotamy cały dzień wylegują się w wodzie, by po zachodzie słońca wyjść na brzeg i żerować. Co ciekawe, hipcie lubią chodzić po miejscowości St. Lucia, o czym ostrzegają stosowne znaki drogowe i lepiej, aby nikt nie wszedł im wówczas w drogę… W czasie rejsu mieliśmy jeszcze kolejne spotkania z krokodylami i hipopotamami, a na koniec poczęstowano nas kawą. Po rejsie poszliśmy do “naszej” restauracji na pyszne ciastka – czekoladowe i karmelowe, a wieczór spędziliśmy na tarasie naszego apartamentu 🙂

Wikłacz żółty w estuarium St. Lucia

08.10.2018 r.

Igwalagwala Trail, czyli spacer w St. Lucia

St. Lucia – Rankiem udaliśmy się na spacer pobliskim szlakiem pieszym – Igwalagwala Trail (około 1,5 km), aby poobserwować przyrodę bez konieczności siedzenia w samochodzie. Przywitały nas dziwne odgłosy i poczuliśmy się nieswojo. Po chwili jednak wypatrzyliśmy w koronie drzewa wielkiego ptaka – dzioborożca trąbiącego, obwieszczającego całemu światu swoją obecność. Nazwa ptaszyska jest adekwatna do odgłosów 🙂 Spacerowaliśmy wśród gęstej roślinności wypatrując różnych ptaków i małych antylop. Była to miła odmiana, gdyż w RPA całe dnie spędza się w samochodzie…

Plaża w St. Lucia

Po spacerze pojechaliśmy zobaczyć szerokie plaże nad Oceanem Indyjskim. Zatrzymaliśmy się na Main Beach, gdzie ku naszemu zaskoczeniu zobaczyliśmy wielką piaskową rzeźbę przedstawiającą tzw. wielką piątkę, czyli lwa, lamparta, nosorożca, słonia, bawoła oraz dodatkowo zebrę. Z kolejnej plaży iNgwe Beach ponownie wypatrzyliśmy w dali humbaki.

Wioska Zulusów Shakaland

Shakaland – Przed 14:00 dotarlismy do nieodległej wiosku Zulusów zwanej Shakaland, a dokładnie do aha Shakaland Hotel & Zulu Cultural Village, gdzie czekała nas moc atrakcji. Po pierwsze zamieszkaliśmy w okragłym domku stylizowanym na zuluską chatę, położonym w przepięknym otoczeniu, do którego walizki zaniósł nam rosły wojownik będący później naszym przewodnikiem. Po drugie, już o 16:00 zaczął się program kulturalny (190 ZAR od osoby), na który składało się zwiedzanie wioski oraz pokazy tańców. Wioskę zwiedzaliśmy wraz z grupką kilkunastu Niemców oraz trojgiem Południowych Afrykanów. Punktualnie o 16:00 obejrzeliśmy film o najsłynniejszym wodzu Zulusów – Zulu Czaka, a potem za zgodą wodza wioski, przewodnik wprowadził nas między chaty, gdzie zapoznał nas z plemiennymi tradycjami.

Pokazy walk wojowników w wiosce Zulusów Shakaland

Na makiecie wsi pokazał nam tradycyjny układ domostwa, które składa się wielu małych chat, a któremu przewodniczy matka pana domu. Pozostałe chaty służą jemu, jego żonom i dzieciom. Dalej przewodnik
zaprowadził nas do mężczyzn wytwarzających uzbrojenie, później do wojownika, który pokazał nam jak się posługiwać bronią oraz do kobiet warzących piwo i noszących dzbany na swych głowach. Następnie przyglądaliśmy się potyczce między dwoma wojownikami, a nawet mogliśmy spróbować powalczyć z jednym z nich. Podobnie dane nam było spróbować swoich sił w rzucie zuluską włócznią. Na koniec zwiedzania udaliśmy się do szamanki, gdzie zasiadłszy dookoła (po jednej stronie mężczyźni, a po drugiej kobiety), mogliśmy posmakować miejscowego piwa (wszyscy z tej samej czarki). No cóż… Rarytas to nie był 😉 Przed wypiciem każdy był uśmiechnięty, a po poczęstunku charakterystycznie skrzywiony…

Pokazy tańców w wiosce Zulusów Shakaland

Po półgodzinnym odpoczynku i zapadnięciu zmroku, ponownie weszliśmy do wioski, która oświetlona była jedynie płonącymi lampionami. Doszliśmy do największej chaty, która pełniła rolę sceny. Wewnątrz w półmroku oglądaliśmy przeróżne tańce wykonywane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety oraz dzieci. Tańcom towarzyszyły bębny oraz śpiewy. Po występach przyszedł czas na sutą obiadokolację, na którą przygotowano tradycyjne potrawy. Całość serwowana była w postaci tzw. szwedzkiego stołu, a jedynie napoje przynosiła obsługa (za dodatkową opłatą). Przebojem była pieczeń wołowa, której plastry dosmażano na blasze zgodnie z preferencjami. Wybór potraw był tak duży, że z trudnością udało nam się wszystkiego posmakować. Kolacja była bardzo smaczna, świetnie przyprawiona i stanowiła sama w sobie atrakcję.

09.10.2018 r.

Dhlinza Forest

Dhlinza Forest – Po pysznym śniadaniu w wiosce Zulusów, z ciężkim sercem musielismy opuścić to miłe miejsce. Udaliśmy się do pobliskiego rezerwatu Dhlinza Forest, żeby obejrzeć lokalny las wraz z jego mieszkańcami. Trudno powiedzieć, czy jest tak zawsze, czy było to wyjątkowe, ale przez cały spacer po rezerwacie towarzyszyła nam ochroniarka. Dobrą godzinę krążyliśmy ścieżkami w gęstym lesie wypatrując ptaki, które z powodu silnego wiatru były mało aktywne. Najciekawszą atrakcją rezerwatu była ścieżka podestami wśród koron drzew aż do platformy, z której rozciągał się widok na bezkresną zieleń i okolicę. Po przyjemnym spacerze czekała nas długa droga do Johannesburga (ponad 550 km).

Dhlinza Forest

Johannesburg – Jadąc tak długo, zmieniały się nam co jakiś czas krajobrazy. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad na stacji benzynowej na trójwarstwową pizzę z mięsem mielonym, cebulą, serem i pysznym sosem (59 ZAR, czyli 18 zł). Pizze były na wynos, więc podano nam je w kartonikach. Chcąc zjeść na miejscu, zaczęliśmy jeść je palcami. Miła pracowniczka baru widząc jak się męczymy, przyniosła nam sztućce, dzięki czemu po raz kolejny przekonaliśmy się jak uprzejmi i uczynni są Południowi Afrykanie. Bez problemów dotarliśmy na nocleg do Hotelu Aviator tuż przy lotnisku O.R. Tambo w Johannesburgu. Był to nasz jedyny hotel w pełnym tego słowa znaczeniu w RPA, gdyż generalnie wybieramy małe rodzinne obiekty. Hotel Aviator to stylowe miejsce z wyposażeniem nawiązującym do lotnictwa i miłą obsługą, u której zamówiliśmy śniadanie na wynos, gdyż mieliśmy rano bardzo wczesny lot do Kapsztadu.

Kapsztad i okolice

10.10.2018 r.

Kościół Św. Jana w Kapsztadzie

Podróż do Kapsztadu – Musieliśmy wstać wcześnie rano, gdyż o 9:10 mieliśmy wylot do Kapsztadu liniami Kulula (lot nr MN 121), a musieliśmy dojechać do lotniska, oddać samochód, znaleźć stanowisko linii i udać się na bramkę. Baliśmy się, że trochę to potrwa, a poszło jak z płatka. Dojazd był świetnie oznakowany, a poza tym mieliśmy instrukcję z wypożyczalni tak dokładną jak przepis na ciasto. Zdanie samochodu zajęło raptem chwilkę i spokojnie mogliśmy iść nadać bagaż. Pomógł nam w tym tubylec zarabiający w ten sposób na życie. Mieliśmy dużo czasu, więc zachęceni zapachem i okrzykami obsługi kawiarni, usiedliśmy na kawę. Młodzi mężczyźni w stylu Eddiego Murphy, wykrzykując zabawne teksty, serwowali przepyszną kawę.

Na Górze Stołowej w Kapsztadzie

Wsiedliśmy do samolotu, który był wypchany do ostatniego miejsca, a do tego usiadła koło nas pokaźnych rozmiarów Afrykanka, która zajęła półtora miejsca… Na szczęście lot trwał tylko dwie godziny 😉 Po wylądowaniu i odebraniu bagaży, po johannesburskich doświadczeniach, pędem ruszyliśmy do wypożyczalni. Ucieszyliśmy się, bo kolejka była bardzo krótka, ale nasza radość nie trwała długo, gdyż usłyszeliśmy magiczne słowo “upgrade”. W wypożyczalniach oznacza to lepszy samochód od zamawianego. Gdy podeszliśmy na parking, okazało się, że czeka na nas srebrny, nowiutki Mercedes C180… W każdym innym kraju ucieszylibyśmy się mogąc pojeździć “furą” za 200 tys. zł, ale nie w RPA, gdzie nie chcieliśmy się przecież wyróżniać. Taki samochód oznacza dla miejscowych bogactwo, a to z kolei nie wróży nic dobrego… Do tego samochód był tak naszpikowany elektroniką, że aż trudno było go w pierwszym momencie obsłużyć, a tu trzeba było wjechać do centrum Kapsztadu…

Roślinność na Górze Stołowej w Kapsztadzie

Kapsztad (Cape Town) – Dojechaliśmy do kolejki linowej na Górę Stołową. Zaparkowaliśmy, daliśmy napiwek za pilnowanie naszego Mercedesa i kupiliśmy bilety. Kolejka jest nietypowa, bo po pierwsze bardzo stromo wjeżdża na szczyt górujący nad Cape Town, a poza tym w trakcie jazdy obraca się wokół własnej osi dając możliwość podziwiania panoramy ze wszystkich stron. Sama Góra Stołowa (Table Mountain – 1085 m n.p.m.) to przepiękne miejsce, rezerwat przyrody z 1500 gatunkami roślin, w tym wieloma endemicznymi, a do tego ze śmiesznymi góralkami, czyli kudłatymi zwierzątkami przypominającymi gryzonie, ale o dziwo spokrewnionymi ze słoniami…

Góralek skalny na Górze Stołowej w Kapsztadzie

Spacer po szczycie to czysta przyjemność, a do tego wspaniałe widoki na okolicę, miasto, góry i morze.

Po zjeździe na dół ruszyliśmy do naszego pensjonatu – Kimbo Lodge Backpeckers w klimatycznej kolonialnej kamienicy. Spodziewaliśmy się pokoju bez łazienki, gdyż w rezerwacji nie było mowy o takim udogodnieniu, choć wspominano o własnym prysznicu i toalecie… No cóż i jedno, i drugie było prawdą, gdyż dostaliśmy pokój, w którym zarówno WC, jak i prysznic stały bezpośrednio przy łóżku, bez żadnej zasłony…

Ratusz w Kapsztadzie

No niby był parawan, ale i on przewracał się przy każdej okazji. Zaletą takiej sytuacji była możliwość obserwacji ulicy podczas wizyty “na tronie” 😀 Niezwykle oryginalny nocleg, aczkolwiek z przemiłą obsługą w osobie Dave’a i powitalnym drinkiem w barze na parterze. Tak w ogóle, to nocleg miał tę zaletę, że posiadał bar i restaurację “The Kitchen”, z której od razu skorzystaliśmy i zjedliśmy pyszne, pikantne skrzydełka w stylu wschodnim wraz z frytkami (49 ZAR za porcję, czyli niecałe 15 zł). Po pysznym jedzeniu, mogliśmy udać się na zwiedzanie starówki Kapsztadu, która nie prezentuje się zbyt imponująco. Najciekawsze budynki to Parlament, Katedra Św. Jerzego, kościół Św. Jana oraz Ratusz. Najładniejszym miejscem w mieście są Ogrody Kompanii (Company’s Gardens). W tym miejscu musimy dodać, że nasz gospodarz ostrzegł nas, aby po Kapsztadzie nie poruszać się po ciemku i nie zapuszczać się w puste uliczki, a wtedy spacer będzie bezpieczny.

Pingwin toniec na Boulders Beach

Myśleliśmy, że dzień zakończymy spokojnie siedząc w barze i sącząc lokalne wino. No cóż, nie dane nam było, gdyż czekały na nas dodatkowe atrakcje. Otóż, gdy tak sobie siedzieliśmy leniwie obserwując zapadający zmrok nad Kapsztadem, przyczepił się do nas miejscowy żul, który chciał nam sprzedać jakieś bohomazy. Ochroniarz z baru widząc natręta, zaczął go przepędzać. To niewiele dawało. Do tej sytuacji dołączył się biały, którego nazwaliśmy “kolonialistą”. Niczym nasz bodyguard wdał się w dyskusję z żulem i zaczął go straszyć. Groził mu pobiciem, a wszytko to w naszej obronie. Trudno zapomnieć tekst: “Możecie być spokojni, on wam nic nie zrobi”. Sytuacja nie był groźna, lecz raczej śmieszna. Podpity kolonialista wymachując laską i jakimś kablem przeganiał żula, gdy my tymczasem sączyliśmy kolejnego drinka, a właściwy ochroniarz z baru uśmiechając się do nas, dawał nam do zrozumienia, że właśnie spotkało się dwóch “czubków”… Ot klimacik 🙂

11.10.2018 r.

Przylądek Dobrej Nadziei – Po dobrym śniadaniu w “The Kitchen” ruszyliśmy na Przylądek Dobrej Nadziei, czyli na kraniec Afryki.

Kabiny plażowe w Muizenberg nad Zatoką Fałszywą

Po drodze naszą uwagę przykuły kolorowe domki stojące na plaży. Były to kabiny plażowe w miejscowości Muizenberg będące symbolem Fałszywej Zatoki, wzdłuż której jechaliśmy.

Przylądek Dobrej Nadziei w RPA

Zjechaliśmy na górską drogę prowadzącą do bramy Parku Narodowego Przylądka (wjazd dla dwóch osób i samochodu – 294 ZAR, czyli około 80 zł). Najpierw pojechaliśmy na tzw. Cape Point, czyli skałę z latarnią morską, na którą można wjechać kolejką lub wejść pieszo. Wybraliśmy spacer, dzięki czemu mogliśmy podziwiać roślinność.Przylądka oraz liczne pawiany niedźwiedzie, które bez skrępowania przedłużały gatunek nie bacząc na nasza obecność… Biedne zwierzęta, nie mają żadnej prywatności 😉

Pawiany niedźwiedzie na Przylądku Dobrej Nadziei

Widoki spod latarni są przepiękne, ale wbrew temu co było napisane w przewodniku, nie sposób zobaczyć w dali brzegów Antarktydy… Uśmialiśmy się czytając tę informację, gdyż do brzegów lodowego kontynentu są jeszcze tysiące kilometrów. Potem jechaliśmy na właściwy Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), gdy drogę zatarasowały nam trzy duże strusie. No cóż, niecodzienny widok 🙂 Dojechawszy na miejsce wypatrywaliśmy na skałach uchatki karłowate, kormorany przylądkowe oraz mewy i pingwiny. Niesamowite było znaleźć się w tak słynnym miejscu, które znaliśmy dotąd tylko z książek i telewizji.

Strusie czerwonoskóre na Przylądku Dobrej Nadziei

Boulders Beach – Kolejnym niesamowitym miejscem była Plaża Boulders (76 ZAR za osobę),

Pingwiny tońce na Boulders Beach

która nie dość, że usiana malowniczymi skałami, to zamieszkana przez kilkutysięczną kolonię pingwinów przylądkowych zwanych tońcami. Niesamowite wrażenie, gdy można stanąć oko w oko z tymi przesympatycznymi ptakami, które spokojnie siedzą w odległości kilkudziesięciu centymetrów od turystów. Długi czas krążyliśmy wśród skał przyglądając się niesamowitej przyrodzie, nie mogąc uwierzyć, że jesteśmy tak blisko pingwinów. Gdyby to nie była wiosna i woda nie była tak zimna, moglibyśmy nawet z nimi popływać…

Piękna piaszczysta plaża w Noordhoek w RPA

Noordhoek – Z ciężkim sercem opuściliśmy fascynująca Boulders Beach i pojechaliśmy na wspaniałą, długą na 7 kilometrów, szeroką i piaszczystą plażę w Noordhoek. Woda w Oceanie Atlantyckim ma przepiękną, turkusową barwę, a piasek na plaży jest niemal śnieżnobiały. Do tego kąpielisko było niemal zupełnie puste, więc sprawiało niezwykłe wrażenie. Kawałek dalej mogliśmy podziwiać Noordhoek z góry, gdzie można było w pełni ocenić ogrom plaży oraz dostrzec fantazyjne dachy domów pokryte strzechą.

Chapman’s Peak Drive – Dalsza droga wiodła krętą, górską drogą, wiodącą skrajem klifu, uznawaną za jedną z najbardziej malowniczych dróg górskich na świecie.

Droga widokowa Chapman’s Peak Drive

Rzeczywiście widoki na tym 7-kilometrowym odcinku są oszałamiające. Specjalne parkingi ulokowane na skraju drogi pozwalają podziwiać piękno okolicy i cieszyć się widokami Oceanu Atlantyckiego oraz gór schodzących wprost do wody. Temu widokowi towarzyszą miejscowości rozlokowane wprost nad oceanem. W jednej z nich – Hout Bay, zatrzymaliśmy się na smaczny obiad: rybę, krążki z kalmara, krewetki królewskie, frytki i warzywa z patelni (stosunkowo drogo – 522 ZAR za dwie osoby i piwo). Wracając do Kapsztadu kupiliśmy dużą pamiątkę z podróży, a mianowicie 80-centymetrową, drewnianą żyrafę, którą musieliśmy niańczyć do końca wyjazdu, a w szczególności dbać o nią w trzech samolotach 🙂

12.10.2018 r.

Zatoka Walkera w Hermanus

Hermanus – Do Hermanus, czyli miejsca, w którym można z bliska obserwować wieloryby mieliśmy około 120 km. Zaparkowaliśmy niemal przy samym oceanie i ruszyliśmy brzegiem, specjalnie wytyczoną ścieżką, wypatrując wielkie morskie ssaki. Już samo otoczenie było przepiękne. Wspaniała bujna roślinność z mnóstwem kwitnących kwiatów oraz liczne ptaki towarzyszyły nam podczas spaceru. Nie musieliśmy długo czekać, żeby zobaczyć pierwszego humbaka. Dodać trzeba, że humbaki docierają do Zatoki Walkera w Hermanus z północy i tego roku mieliśmy szczęście oglądać je już w maju podczas naszej podróży na Islandię.

Humbak w Zatoce Walkera w Hermanus

Humbaki nie są największymi z wielorybów, ale fiszbinowce te osiągają długość 14-17 m i ważą 30-45 ton. Aż trudno było nam uwierzyć, że te wielkie zwierzęta podpływają niemal do brzegu w Hermanus i oglądać je można raptem z odległości kilkudziesięciu metrów. Wrażenie niepowtarzalne. Sama miejscowość Hermanus jako jedna z nielicznych zachęca do spacerów, jest ładna i bezpieczna. Obserwując co chwilę kolejne humbaki zjedliśmy lunch (wrap z kalmarami za 75 ZAR szt.), kupiliśmy pamiątki oraz znaleźliśmy jeden z nielicznych kantorów w RPA.

Harold Porter Botanical Garden

Harold Porter Botanical Garden – Wprost z Hermanus pojechaliśmy do pobliskiego ogrodu botanicznego Harold Porter Botanical Garden (bilet 28 ZAR od osoby), zlokalizowanego pomiędzy Oceanem Atlantyckim a górami Kogelberg. Ogród prezentuje bogactwo afrykańskiej przyrody, w oddali majaczy wysoki wodospad, a dołem płyną strumienie. Widzieliśmy pięknie kwitnące krzewy, na które siadały egzotyczne ptaki, a całości dopełniały sadzawki oraz mostki. Miejsce nie jest oblegane przez turystów, więc w spokoju można spacerować i kontemplować przyrodę.

Zatoka Fałszywa w RPA

Cape Town – Do Kapsztadu wracaliśmy drogą widokową wzdłuż wybrzeża, dzięki czemu mogliśmy podziwiać ocean, Zatokę Fałszywą i miejscowości nad nią zlokalizowane. Po powrocie zjedliśmy obiad w “The Kitchen”, na który składał się stek w bardzo pikantnym sosie piri piri z frytkami, bułką i masłem (79 ZAR za porcję, czyli około 23 zł). Na koniec dnia poszliśmy pożegnać się z Dave’m i poprosiliśmy o śniadanie na wynos, które niebawem nam przyniósł (tosty z serem). Ostatnia noc w Kapsztadzie, zresztą podobnie jak poprzednia, nie należały do najlepszych, a to za sprawą grupy młodzieży, która nocowała w obiekcie, a która całą noc spędziła na niekończącej się balandze.

13.10.2018 r.

Już koło piątej rano wyszliśmy na opustoszałe ulice Cape Town biorąc ze sobą ochroniarza, który zaprowadził nas na nieodległy parking i odebrał od nas pilota do bramy parkingu. Jadąc na lotnisko zobaczyliśmy na tablicy wyświetlone ostrzeżenie, że pod żadnym pozorem, dla własnego bezpieczeństwa nie należy się zatrzymywać… No cóż, jaki kraj, takie komunikaty na autostradzie… Zrobiło nam się trochę nieprzyjemnie, ale jechaliśmy dalej. Na szczęście bez przygód. Oddaliśmy bez problemów samochód i mogliśmy oczekiwać na lot do Johannesburga (lot liniami Kulula nr MN 118 o 8:10).

Park Narodowy Pilanesberg i Rezerwat Kgaswane

Hipopotamy nilowe w Parku Pilanesberg

Do Johannesburga dolecieliśmy planowo (we trójkę – żyrafa leciała z nami w kabinie) i szybko odebraliśmy samochód. Tym razem obyło się bez niespodzianek, dostaliśmy kluczyki do Toyoty Corolli Quest i mogliśmy wyjechać z Johannesburga w kierunku Sterkfontein Cave, czyli kolebki ludzkości. Śniadanie nie należało do obfitych, a my musieliśmy przejechać 100 km do jaskini. Nie da się ukryć, że zgłodnieliśmy, więc zatrzymaliśmy się w markecie na przekąski. Ciekawą rzeczą w RPA jest to, że wiele dań na ciepło można kupić wprost na sali sklepu. Jest to tanie rozwiązanie (kilkanaście ZAR za całkiem obfitą przekąskę) i do tego całkiem smaczne.

Jaskinia Sterkfontein, czyli “kolebka ludzkości”

Sterkfontein Cave – Dotarliśmy do jaskini około 13:00, więc załapaliśmy się na wejście o 13:30 poprzedzone zwiedzaniem małego muzeum (bilet do jaskini 165 ZAR). W muzeum oglądaliśmy głównie czaszki różnych humanoidów. Na stanowisku odkopano po raz pierwszy kompletną czaszkę australopiteka – Mrs. (Pani) Ples. Do dziś odkryto tu ponad 500 szkieletów różnych przodków Homo Sapiens, a zatem jest to jedno z najbogatszych stanowisk paleoantropologicznych na świecie. Niewielka wystawa była bardzo interesująca, za to jaskinia znacznie mniej. Największą atrakcją było kilka niskich przejść, którymi trzeba było się przeciskać. Poza tym w grocie zachowało się niewiele nacieków, a do tego były zniszczone. Z kolei wydobyte szkielety zostały przeniesione do muzeum i pracowni badaczy.

Czepigi rudawe w Parku Pilanesberg

Podczas wycieczki spotkaliśmy Polkę urodzoną w Południowej Afryce, której rodzice wyemigrowali do RPA przed jej urodzeniem, a która mimo to identyfikuje się z Polską, świetnie mówi po polsku i bardzo ucieszyła się spotkawszy rodaków. Dla nas było to również bardzo miłe spotkanie, podczas którego wymieniliśmy spostrzeżenia zarówno o RPA, jak i o Polsce. W czasie trwania wycieczki rozpętała się burza. Do parkingu było kilkaset metrów. Co prawda przyniesiono nam płaszcze przeciwdeszczowe, które jednak nie zabezpieczają przed piorunami… Gwałtownie przyspieszyliśmy kroku, a wręcz zaczęliśmy biec, gdy jeden z piorunów uderzył bardzo blisko nas.

Żyrafa w Parku Pilanesberg

To był dopiero początek burzy. Do celu, czyli miejscowości Mogwase mieliśmy 150 km, a “zabawa” dopiero się zaczęła. Ulewa wzmogła się do takiego stopnia, że wycieraczki nie nadążały zgarniać wodę. Do tego w pewnym momencie zaczął padać gęsty grad wielkości ziaren grochu. Był tak gęsty, że mimo kilkunastu stopni, niczym śnieg zaczął pokrywać drogę i świat dookoła. Zrobiło się bardzo ślisko i część samochodów zatrzymywała się na poboczu. Widoczność była na zaledwie kilka metrów. Jadąc widać było tylko światła poprzedzającego nas samochodu oraz z ledwością innych, jadących z przeciwka. Gdy skończył się grad, nadal lało. Z okolicznych wzniesień i nasypów lały się na drogę błotne strumienie, a sama droga przypominała rzekę o głębokości nawet kilkudziesięciu centymetrów. Nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę w obawie przed zalaniem silnika. To był prawdziwy armageddon, a my byliśmy w jego centrum przez około 100 km. Dopiero kilkadziesiąt kilometrów przed naszym noclegiem zaczęło się przejaśniać. W końcu dotarliśmy do Mogwase Guesthouse, gdzie czekał na nas bardzo wygodny pokój. W miejscowości nie było restauracji, więc musieliśmy pojechać aż za bramę (Manyane Gate) Parku Narodowego Pilanesberg. Już w zupełnej ciemności dotarliśmy do restauracji w Golden Leopard Resort, w której zjedliśmy kotlety jagnięce z pieczonym ziemniakiem i gotowanymi warzywami (135 ZAR za porcję, czyli niecałe 40 zł). Pyszne jedzenie w ciekawym otoczeniu parkowego obozowiska.

14.10.2018 r.

Toko buszmeński w Parku Pilanesberg

Pilanesberg – Dość wcześnie rano wyruszyliśmy do Parku Narodowego Pilanesberg, aby znowu poszukiwać dzikich zwierząt. Sam Park (wstęp dla dwóch osób wraz z samochodem – 240 ZAR) ma powierzchnię 500 km2, znajduje się w ogromnym kraterze wulkanu i zamieszkuje go prócz dużych ssaków, ponad 350 gatunków ptaków. Ranek był pochmurny, a my spotykaliśmy głównie różnorodne ptaki. Do lunchu udało nam się zaobserwować antylopy oraz mangustę nad wodopojem, nad którym umieszczono wiatę obserwacyjną, czyli niewielkiego drapieżnego ssaka przypominającego łasicę.

Bąkojady czerwonodziobe na gnu czerwonym w Parku Pilanesberg

Przyszła pora na lunch, który zjedliśmy w Centrum Turystycznym pośrodku Parku Pilanesberg. W towarzystwie ciekawskiego i łakomego toko czerwonolicego, wikłacza maskowego i impali, skonsumowaliśmy rewelacyjnego wrapa z wołowiną, sosem tzatziki i frytkami (79 ZAR za porcję, czyli niecałe 24 zł), a do tego raczyliśmy się kawą (cappuccino – 28 ZAR, americano – 22 ZAR).

Bawolec (antylopa krowia) w Parku Pilanesberg

Potem ruszyliśmy na dalsze safari, podczas którego przyszedł czas na duże zwierzęta. W końcu udało nam się wypatrzeć nosorożca czarnego, znacznie rzadszego od nosorożca białego, który nie robiąc sobie nic z naszego towarzystwa, spokojnie zajadał trawę. Prócz licznych nosorożców spotkaliśmy zebry, gnu, guźce, małpy, hipopotamy, żyrafy, lisa przylądkowego i wiele pięknych, kolorowych ptaków. W Parku Pilanesberg przygotowano sporo miejsc, w których można wyjść z samochodu i obserwować zwierzęta z czatowni, bez obawy bycia zaatakowanym przez dzikie zwierzęta. W odróżnieniu od zoo, to ludzie wchodzą do klatek i z bezpiecznej odległości mogą obserwować przyrodę 🙂 Jeździliśmy po Pilanesbergu aż do jego zamknięcia, a na koniec skorzystaliśmy z tej samej restauracji co dnia poprzedniego, gdzie zjedliśmy stek z kudu wielkiego z frytkami i warzywami (115 ZAR). Pycha!

15.10.2018 r.

Guźce w Parku Pilanesberg

Pilanesberg – Następnego dnia ponownie pojechaliśmy do Parku Pilanesberg, aby poszukiwać kolejnych zwierząt. Tym razem wjechaliśmy od razu w jedną z szutrowych dróg, których jest tu dużo. Niestety szutrowe drogi w Pilanesbergu nie są najlepsze i rekomendowalibyśmy wypożyczenie samochodu terenowego lub przynajmniej SUV-a. My jechaliśmy Corollą, którą owszem da się przejechać, ale w wielu miejscach nie jest to zbyt miłe doświadczenie… W nagrodę za trudy jazdy, już z samego rana zobaczyliśmy rodzinę hipopotamów stojącą na brzegu małego jeziorka. Hipopotamy szykowały się właśnie do spędzenia całego dnia zanurzone po szyję w wodzie. Dzień był słoneczny od samego rana, więc udało nam się zobaczyć dużo więcej zwierząt niż poprzedniego dnia. Co ciekawe i odnosi się do wszystkich safari, można jeździć kilka razy tą samą drogą i za każdym razem oglądać inne zwierzęta.

Nosorożce białe w Parku Pilanesberg

To przecież przyroda i wszystko jest kwestią szczęścia. My mieliśmy go bardzo, bardzo dużo. Łącznie w RPA widzieliśmy minimum 114 gatunków zwierząt (tyle uwieczniliśmy na zdjęciach), w tym 76 gatunków ptaków i 11 gatunków antylop. Tak naprawdę w ciągu kilku dni spędzonych na safari w różnych parkach zobaczyliśmy tysiące zwierząt. Także tego dnia zatrzymywaliśmy się na postojach oraz na lunch w Centrum Turystycznym. Tym razem posiłek w południe zjedliśmy “na słodko” – gofry z lodami i sosem czekoladowym oraz kawą.

Słonie w Parku Pilanesberg

Podczas jedzenia obserwowaliśmy zabawne żółte wikłacze, które zachowywały się niczym nasze wróble wskakując na stoły i ściągając co się dało (nawet kawałek niedojedzonej pizzy, większy od samego ptaszka). Na koniec wizyty w Parku, mieliśmy jeszcze bliskie spotkanie ze stadem słoni. Jechaliśmy otoczeni przez dorosłe i młode osobniki. Małe słoniki trąbiły na nasz widok, a nam ciarki przechodziły po plecach w obawie przed reakcją ich rodziców. Okazało się, że trąbienie nie oznaczało nic negatywnego, ponieważ dorosłe słonie zupełnie się nami nie zainteresowały. To akurat nas bardzo ucieszyło, gdyż mogło być niebezpiecznie…

Rustenburg – Udało nam się dotrzeć na kolejny nocleg, tym razem w Rustenburgu. Tu jednak czekała nas niespodzianka. W obiekcie trwała w najlepsze impreza młodzieżowa, a właścicielka poinformowała nas, że pomimo rezerwacji nie ma dla nas pokoju. Z rozbrajającym uśmiechem powiedziała, że załatwi nam nocleg w innym pensjonacie.

Szaszłyk z piersi kurczaka (chicken espatada) w Rustenburgu

Oczywiście zgodziliśmy się na to, gdyż po pierwsze nie było zbyt wcześnie, a po drugie nie wiedzielibyśmy gdzie szukać… W ten sposób trafiliśmy do Maggy’s B&B parę przecznic dalej. Nie byliśmy do końca zadowoleni, gdyż cena była nieco wyższa, a pokój nie posiadał dostępu do WiFi, a my wieczorem mieliśmy odprawić się na powrotny lot do domu. Kolejnym problemem była płatność gotówką, gdy my już mieliśmy przy sobie ostatnie grosze. Ostatecznie zapłaciliśmy w pierwotnym obiekcie kartą. Gdy wróciliśmy przywitała nas przemiła Maggy, która wytłumaczyła nam jak dostać się do centrum handlowego Waterfall Mall, w którym mogliśmy zrobić zakupy i zjeść obiad. Tuż przed zamknięciem dotarliśmy do Pick’n’Pay, gdzie kupiliśmy parę rzeczy na śniadanie, a potem podjechaliśmy do restauracji Dros, w której zamówiliśmy dania z grilla: szaszłyka oraz żeberka i skrzydełka. Szaszłyk (chicken espatada za 104,95 ZAR, czyli około 31 zł) został przyniesiony na specjalnym stojaku, wisiał na metalowym szpikulcu nad talerzem i był ogromny, a do tego purre z dyni, smażona cebulka i szpinak. Porcja żeberek też była niczego sobie, a do tego trzy skrzydełka z kurczaka, ziemniaki pieczone w folii aluminiowej, smażona cebulka i sos miętowy (ribs&wings za 164,95 ZAR, czyli około 48 zł). Obiad mega obfity i pyszny. Najedzeni mogliśmy wracać na kwaterę. Maggy była tak miła, że pozwoliła skorzystać nam z WiFi we własnym domu, dzięki czemu odprawiliśmy się, a następnego dnia jedynie poprosiliśmy podczas nadawania bagażu o wydrukowanie kart pokładowych.

16.10.2018 r.

Elandy w Kgaswane Mountain Reserve

Kgaswane Mountain Reserve – Wcześnie rano wyruszyliśmy do ostatniego rezerwatu przyrody – Kgaswane Mountain Reserve, który nie jest może zbyt spektakularny, ale pasował nam na krótką wycieczkę przed powrotnym lotem do domu. Rezerwat leży nieopodal miasta Rustenburg, więc mieliśmy do niego zaledwie kilkanaście kilometrów. Sam park to w zasadzie jedna pętla wiodąca przez jego najciekawsze tereny. Najpierw dojechaliśmy do Centrum Informacyjnego, gdzie dostaliśmy mapkę i ruszyliśmy wąską drogą dookoła rezerwatu. O dziwo, nawet tutaj zobaczyliśmy trochę zwierząt, w tym zebry, impale, elandy, bawolce i po raz pierwszy antylopy szablorogie. Na koniec zatrzymaliśmy się w miejscu piknikowym, żeby zjeść drugie śniadanie. Po wyjeździe z Kgaswane zrobiliśmy ostatnie zakupy i pojechaliśmy w kierunku Johannesburga. Na stacji benzynowej niedaleko od lotniska zatankowaliśmy do pełna, tak aby z pełnym bakiem oddać samochód w wypożyczalni (nie jest to obowiązkowe, ale brakujące paliwo zostanie doliczone do rachunku na niekoniecznie korzystnych warunkach). Na tej samej stacji zjedliśmy jeszcze po hamburgerze.

Kgaswane Mountain Reserve

Powrót do domu – Tuż przed samym wjazdem do wypożyczalni, o mały włos nie wjechał by w nas inny samochód… Przez cały czas jeździło nam się nieźle ponieważ kierowcy w RPA jeżdżą całkiem spokojnie, a tu na sam koniec taka niespodzianka… Na lotnisku bez problemów oddaliśmy samochód, nadaliśmy bagaże, przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa i w kawiarni mogliśmy oczekiwać na lot. Przy kawie i pysznych ciastkach przyglądaliśmy się startom i lądowaniom różnych maszyn, gdyż mieliśmy doskonały widok na pas, który znajdował się wyjątkowo blisko terminala. Stojąc w kolejce do samolotu spotkaliśmy Południowego Afrykańczyka, który po odwiedzinach u rodziny, leciał do swojego domu w Polsce. No cóż, nie tylko Polacy emigrują do odległych krajów. Czasem jest zupełnie odwrotnie. Wylot do Dubaju mieliśmy o 19:10 (linie Emirates, lot nr EK764). Planowo dolecieliśmy do Dubaju, gdzie czekaliśmy niecałe trzy godziny na lot do Polski(lot nr EK179 o 8:10) i ostatecznie w Warszawie byliśmy po 12:00. Pozostał tylko powrót własnym samochodem do domu…