30.03.2025 – 08.04.2025
Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne
OPIS PODRÓŻY
30.03.2025 r.
Wbrew pozorom wiosną trudno było znaleźć bezpośrednie połączenie z Polski do Maroka. Szukając najkorzystniejszego lotu, wybraliśmy lot liniami Air France do Rabatu z przesiadką w Paryż u. Już w Warszawie dowiedzieliśmy się, że nasz lot nr AF1347 o 17:20 jest opóźniony i nie mamy szans, żeby zdążyć na lot nr AF1358 o 20:45 z Paryża do Rabatu. Obsługa poradziła nam lecieć do Paryża i skorzystać z porannego lotu. Tak też zrobiliśmy. Ostatecznie z Warszawy wylecieliśmy o 18:55.
Paryż – W Paryżu wylądowaliśmy o 21:15 i od razu poszliśmy do stanowiska obsługi linii Air France, gdzie dostaliśmy nowe karty pokładowe na poranny lot do Rabatu o 11:15, a do tego voucher na nocleg w Hotelu Ibis, drugi voucher na wieczorny posiłek o wartości 15€ na osobę i po tajemniczej paczce. Niestety nasze bagaże pozostały w lotniskowym systemie, oczekując na dalszy lot.
Udaliśmy się na shuttle train CDGVAL, czyli kolejkę przewożącą pasażerów między terminalami 1,2 i 3 oraz parkingami. Nasz Ibis znajdował się tuż przy wyjściu z Terminala 3. Przed wejściem do hotelu kupiliśmy co nieco na kolację za otrzymane kupony. Hotel Ibis Paris CDG Airport to naprawdę duży hotel z całkiem przyjemnymi pokojami, a co ważne, z wygodnym łóżkiem :-)
Do pokoju dotarliśmy po 23:30 i rozpakowaliśmy paczuszki z Air France. Czegóż w nich nie było. Po pierwsze był t-shirt, z którego się ucieszyliśmy, bo posłużył nam za piżamę. Poza tym była szczoteczka i pasta do zębów, krem, dezodorant w postaci nasączonej chusteczki, golarka i krem do golenia, chusteczka do mycia twarzy, grzebień i patyczki do uszu. Pełen wypas :-D Pozostała nam rezygnacja z pierwszego noclegu w Maroku i zmiana rezerwacji samochodu, co skrupulatnie zrobiliśmy przed snem.
31.03.2025 r.
Po sutym śniadaniu w Ibisie, pojechaliśmy pociągiem na Terminal 2 skąd po odczekaniu w bardzo długiej kolejce do kontroli paszportowej, już bez problemów wsiedliśmy do samolotu do Rabatu (lot nr AF1258). Na lotnisku Rabat-Sale wylądowaliśmy o 12:10 czasu marokańskiego (2 godziny różnicy w stosunku do Polski) i od razu ruszyliśmy do stanowiska wypożyczalni AIRCAR, gdzie czekał na nas MG ZS, bardzo wygodny SUV z automatyczną skrzynią biegów.

El Jadida – Autostradą pokonaliśmy 200 km w zaledwie dwie godziny do miejscowości El Jadida, której starówka wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO, to tak zwane portugalskie miasto. Aby podjechać pod imponujące mury, musieliśmy przeciskać się wąskimi, zatłoczonymi uliczkami pośród kramów z różnościami. Zaparkowaliśmy na placu naprzeciwko głównej bramy. Portugalska forteca Mazagan pochodzi z XVI w. i jej charakter do dziś przypomina europejskie miasto bez totalnego chaosu, który towarzyszy typowo marokańskim dzielnicom. Na parkingu okazało się, że nasz samochód ma zepsuty zamek bagażnika, co w praktyce oznaczało, że nasze bagaże są kompletnie niezabezpieczone… No cóż, liczyliśmy, że nikt się nie zorientuje…

Byliśmy głodni, więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od obiadu :-) W Restauracji La Capitaneire Hotelu L’Iglesia po raz pierwszy zjedliśmy klasyczne marokańskie danie zwane tajine (tagine). Wybraliśmy wersję z rybą (tagine de poisson, porcja 130 MAD) oraz wypiliśmy sok z owoców (50 MAD). Tu od razu musimy napisać, czym jest tajine. W zasadzie nie jest to potrawa, lecz sposób na przygotowanie jedzenia, który wziął swą nazwę od stożkowatego naczynia. Danie jest przygotowywane w glinianiej misie, przykrytej rodzajem pokrywki w kształcie stożka, z wylotem stanowiącym mały komin. Dzięki temu potrawa przygotowana w tajine może dusić się przez wiele godzin i w efekcie otrzymujemy danie, które wprost rozpływa się w ustach. Tajine rybne z papryką, pomidorami, marchewką i ziemniakami było całkiem dobre, szczególnie, że zjedliśmy je w eleganckim otoczeniu bogatego domu kapitana.

Najedzeni, mogliśmy ruszyć na zwiedzanie. Niedaleko od restauracji znajduje się Brama Morska, która jest o tyle charakterystyczna, że wychodzi wprost w morze, a precyzyjniej, wody Oceanu Atlantyckiego podchodzą do bramy. Tuż obok znajduje się rampa prowadząca na jeden z czterech bastionów – Bastion Anioła, z którego widać port rybacki z kolorowymi łodziami rybackimi i wewnętrzną część fortecy. Przeszliśmy murami aż do Bastionu Świętego Ducha, a potem pospacerowaliśmy barwnymi uliczkami El Jadida, na których można zobaczyć portugalskie portale kamienic. Niestety najciekawsza atrakcja w mieście, czyli Portugalska Cysterna, znajdująca się w podziemiach wewnętrznej cytadeli, jest od jakiegoś czasu zamknięta i trudno powiedzieć, kiedy będzie udostępniona zwiedzającym.

Safi – Do Safi, gdzie zaplanowaliśmy nasz pierwszy nocleg w Maroku, dotarliśmy już po zmroku (150 km z El Jadida). Dzięki instrukcjom z Riad Le Cheval Blanc, zatrzymaliśmy się przy placu nieopodal BaB El Maasra, charakterystycznej bramy miejskiej. Zapłaciliśmy 20 MAD za pilnowanie samochodu, a dodatkowo parkingowy, labiryntem wąskich zaułków, zaprowadził nas do hotelu. Riad to tradycyjny marokański dom z wewnętrznym dziedzińcem, często ogrodem w kształcie czworokąta, z kilkoma kondygnacjami i tarasem na samej górze. Wewnątrz, na każdym piętrze znajduje się galeria, z której wchodzi się do pokoi.

Riad Le Cheval Blanc posiada niebieskie drzwi i okiennice pokoi, które wychodzą na wewnętrzny dziedziniec, a nie nie na zewnątrz budynku. Zapewne jest to ochrona przed skwarem dnia. Pokoje są bardzo kolorowe, dekorowane fantazyjnymi płytkami ściennymi, zarówno w sypialni, jak i łazience. Na górze, z tarasu rozciąga się widok na starówkę, czyli medynę, Zamek El Bahr oraz Ocean Atlantycki. Do dyspozycji mieliśmy marokańskie herbaty, z czego nie omieszkaliśmy skorzystać.

01.04.2025 r.
Safi – Rano poszliśmy na śniadanie serwowane na tarasie, na które dostaliśmy omlet, tosty, dżemy, melasę, owoce i oczywiście herbatę. Po posiłku poszliśmy do bramy BaB El Maasra z ciągiem łuków. Przy okazji zobaczyliśmy masywny Zamek Morski (Ksar El-Bahr) stojący na brzegu morza. Tu dopadł nas sympatyczny Marokańczyk, który zaproponował wizytę na Wzgórzu Garncarzy. Było to nam na rękę, gdyż i tak planowaliśmy tam pójść, jednakże nie wiedzieliśmy, gdzie dokładnie znajduje się słynna wioska garncarzy. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć warsztat, w którym powstaje kolorowa ceramika z Safi oraz garncarza przy kole, który przygotowywał właśnie gliniane kubki.

Przewodnik przeprowadził nas przez cały proces produkcji, pokazał domy wyłożone fragmentami kolorowych skorup, cmentarz rzemieślników, a na koniec oczywiście zaprowadził do sklepu z wyrobami, mówiąc, że za wycieczkę nie płacimy, a jedynie możemy sobie coś zakupić. Znamy tę zasadę i ją akceptujemy, tym bardziej, że mogliśmy kupić autentyczne wyroby. Oczywiście nie było tanio mimo ostrego targowania :-)

Zostaliśmy odprowadzeni do medyny i mogliśmy już samodzielnie zwiedzić resztę Safi, które charakteryzuje się wąskimi uliczkami z łukowatymi przejściami pod budynkami, często pomalowanymi na niebiesko. Kolor ten występuje nie tylko na ścianach, ale także drzwiach i okiennicach. Nim jednak pożegnaliśmy się z „przewodnikiem” musieliśmy się zapoznać z połową mieszkańców miasta. Wracając na starówkę, byliśmy przedstawiani każdej napotkanej osobie :-) W końcu wzdłuż murów miejskich ruszyliśmy do zamku Kechli o białej fasadzie, górującego nad starówką. Stąd mieliśmy doskonały widok na niemal całe Safi. Wracając wyszliśmy poza mury, gdzie znajdują się ogrody zamkowe.

Essaouira – Do kolejnego miasta znajdującego się na liście UNESCO, dotarliśmy po około dwóch godzinach jazdy (120 km). Zaparkowaliśmy przed imponującymi murami (Parking Bab Marrakech – 20 MAD), za którymi widać było budynki białego miasta. Do bramy miejskiej Bab Marrakech przeszliśmy przez pięknie zadbany skwer z wysokimi palmami i araukariami. Wzdłuż uliczki za bramą stoją białe domy z kamiennymi portalami i obramowaniami okien oraz niebieskimi drzwiami, okiennicami i daszkami przypominającymi rozłożone markizy.

Ruszyliśmy w stronę targowiska, które zajmuje centralną część medyny. Można tu oczywiście kupić nieomal wszystko, w tym szczególnie ubrania, warzywa, owoce i mięso. Specjalna część targu to targ rybny Souk Jadid, na którym można wybrać rybę i zjeść na którymś z pobliskich balkonów. Kupiliśmy różową doradę, którą zjedliśmy w towarzystwie innych turystów i niezliczonej ilości kotów czyhających na resztki. Do grillowanej ryby dostaliśmy frytki, pomidory z cebulką i pikantne sosy (ryba wraz z podwójnymi porcjami dodatków i 1,5 litową wodą kosztowała 360 MAD).

Potem ruszyliśmy w kierunku kolejnej bramy – BaB Doukkala, obserwując życie miasta. Nieustannie zadziwiały nas zwisające w upale połcie mięsa, do których lgnęła masa much… Mamy pełną świadomość, że takie samo mięso trafiało później do restauracji, w których się stołowaliśmy… :-) Wyszliśmy nad Ocean, żeby zobaczyć piaszczystą, ale wąską i niebyt czystą plażę.

Wróciliśmy tą samą bramą i skierowaliśmy się do Bastionu Północnego, czyli umocnień miejskich z XVIII w., wrzynających się w Ocean Atlantycki. Minęliśmy niezbyt ciekawą dzielnicę żydowską, czyli mellah, by dotrzeć do efektownej części miasta z wysokimi kamienicami, nieco nadszarpniętymi zębem czasu, ale urzekającymi efektownymi portalami i detalami architektonicznymi, będącymi mieszanką kultury europejskiej i mauretańskiej ornamentyki. Sam Bastion to świetny punkt widokowy na Wyspy Purpurowe, czyli niewielki archipelag skalistych wysp tuż przy brzegu. Dolną część bastionu stanowią kazamaty okupowane przez sklepiki i lokalnych rzemieślników.

Wyszliśmy na rozległy Plac Moulaya Hassana, skąd poszliśmy do portu rybackiego z błękitnymi łodziami. Jest to wyjątkowo malownicze miejsce, stanowiące idealny plener zdjęciowy. Na starówkę wróciliśmy przez Bab El Mechouar, za którą znajduje się piękny, wydłużony plac, czy może raczej szeroka Aleja Oqba Ibn Nafiaa. Przez suk wróciliśmy na parking.

Marrakesz – Do Marrakeszu mieliśmy około 180 km i niemal 3 godziny jazdy. Do celu dotarliśmy już po zmroku, czyli przed 22-gą. Wjazd do wieczornego Marakeszu to drogowy survival. Przepisy drogowe w zasadzie nie istnieją, a każdy pcha się w swoją stronę. Ulica to niby dwa, trzy pasy, na których w rzeczywistości mieści się nawet pięć-sześć pojazdów. Samochody tasują się na drodze lepiej niż talia kart w Las Vegas ;-)

Bez szwanku udało nam się dotrzeć w okolice bramy Bab Ghmat, gdzie zaparkowaliśmy w niedozwolonym miejscu. Od razu skontaktowaliśmy się z obsługą Riadu, wysyłając zdjęcie miejsca, w którym stoimy i otrzymaliśmy zwrotną wiadomość, że mamy czekać około 15 minut, aż ktoś się pojawi. W międzyczasie byliśmy nagabywani przez natrętnego lokalesa, który jak nakręcony powtarzał nam, że w tym miejscu nie można parkować, więc zaprowadzi nas na parking. Musieliśmy wykazać maksimum asertywności, bo był naprawdę nachalny. Nasz gospodarz faktycznie zjawił się po umówionym czasie, a natręt wyciągnął rękę po napiwek, choć tak naprawdę nic nie zrobił. Zamiast pieniędzy dostał uścisk dłoni i bye bye na pożegnanie ;-)

Przejechaliśmy na pobliski strzeżony parking (90 MAD za dobę) i wraz z naszym gospodarzem poszliśmy pieszo do Riad Dar Tiflet (15 minut), czyli kolejnego tradycyjnego domu zamienionego na mały pensjonat. Dostaliśmy wygodny, dość duży pokój na parterze i po rozgoszczeniu się poszliśmy w poszukiwaniu kolacji. Ruszyliśmy zatłoczonymi uliczkami Marrakeszu, na których rozlokowane były niezliczone kramy oferujące wszelakie różności, a do tego różne bary i restauracje okupowane przez miejscowych i turystów. Trudno było się dopchać po jakiekolwiek jedzenie. Ostatecznie skorzystaliśmy z ulicznej budki, w której dostaliśmy zadziwiająco smaczną bułkę z nadzieniem w postaci usmażonego na blasze mielonego mięsa z cebulą i pikantnym sosem (15 MAD za szt.).

02.04.2025 r.
Marrakesz – Rano poszliśmy na śniadanie serwowane na dachu rijadu. Dostaliśmy dwa rodzaje placków przypominających naleśniki, croissanty, pieczywo, dżem morelowy i truskawkowy, miód, serek topiony, jogurt, świeżo wyciskany sok pomarańczowy i berber whiskey, czyli słodką herbatę z nutą mięty. Po sutym posiłku mogliśmy ruszyć na zwiedzanie najsłynniejszego miasta w Maroku.

Plątaniną uliczek wyruszyliśmy do jednego z najsłynniejszych zabytków Marrakeszu, czyli Medresy Ben Youssef (wstęp 50 MAD). Szkoła koraniczna z XIV w. składa się ze 134 niewielkich pokoi-cel dla uczniów, znajdujących się na dwóch poziomach wokół dziedzińca z sadzawką i meczetem. Pokoje ulokowane zostały wokół trzynastu maleńkich patio. Część z nich posiada niewielkie okienka, a część jest zupełnie ciemna. Wszystko jest pięknie dekorowane arabeskami, czyli fantazyjnie ułożonymi kafelkami z motywami geometrycznymi, często ułożonymi w kolorowe rozety.

Do tego powyżej płytek, ściany pokryte są niezwykle rozbudowanymi gipsowymi sztukateriami również w formie arabesek, motywów roślinnych i oczywiście cytatów z Koranu. Do tego dochodzą drewniane balustrady i wykończenia będące dziełami mistrzów snycerskich. Oprócz cel, na parterze znajduje się niewielki meczet dla uczniów, otwarty na patio, ale odgrodzony barierką i dostępny dla turystów tylko z zewnątrz. Medresa robi duże wrażenie i warto ją odwiedzić z samego rana, gdy nie dotrą do niej wycieczki zorganizowane.

Chcieliśmy zwiedzić Secret Garden, ale w plątaninie uliczek nie byliśmy pewni dokąd iść. Nawigacja gubiła się, więc pozostało zapytać miejscowych. Niby „przypadkiem” tuż obok nas zatrzymał się motocyklista, który powiedział, że ogród jest zamknięty, ale za to warto w to miejsce odwiedzić dzielnicę garbarzy. Wskazał nam chłopaka, który zapewne także „przypadkiem” przechodził w pobliżu, niosąc kawałek skóry. Poszliśmy wąskimi zaułkami, aż dotarliśmy do celu, gdzie przechwycił nas przewodnik. Na początek dał nam po garści świeżej mięty, której zadaniem była neutralizacja smrodu wydobywającego się zewsząd.

Weszliśmy na pierwsze podwórko pełne kadzi wypełnionych mieszaniną wody, odchodów gołębi i krowiego moczu, w których garbowane są surowe skóry. W wyniku tego procesu materiał staje się odporny na temperaturę, wodę, a przy okazji jest znacznie bardziej miękki. W drugim podwórku odór był nieco mniejszy, a może trochę się już do niego przyzwyczailiśmy. Naturalna barwa skór to brąz, więc aby nadać im kolor, należy moczyć w zbiornikach z naturalnymi barwinkami, takimi jak: szafran (żółty), indygo (niebieski), koszenila (czerwony) i henna (czarny). Tu musimy podzielić się ciekawostką usłyszaną od przewodnika. Otóż garbarstwem zajmują się zarówno Arabowie, jak i Berberowie, przy czym pierwsi pracują siedem dni w tygodniu, gdy drudzy, zaledwie jeden. Przewodnik za oprowadzenie zażyczył sobie 50 MAD od osoby.

Zwiedzanie zakończyło się jak zwykle w sklepiku z lokalnymi wyrobami ze skóry. Sprzedaż miała oczywiście formę rytuału, podczas którego my siedzieliśmy, a pomocnik sprzedawcy pokazywał różne towary. Wśród licznych produktów, upatrzyliśmy sobie czarną saszetkę-nerkę z bardzo delikatnej skóry, którą chcieliśmy kupić za rozsądną cenę. Tu oczywiście był kolejny ceremoniał polegający na targowaniu się. Sprzedawca przygotował tabelkę, w której po dwóch stronach wpisywaliśmy ofertę. On wyszedł od kwoty 1.200 MAD (niemal 500 zł), a my od 100 MAD (około 40 zł). Nasza oferta wywołała teatralny śmiech, ale ostatecznie targu dobiliśmy przy kwocie 400 MAD (około 160 zł).

Poszliśmy dalej w kierunku Jemaa el-Fna, czyli najważniejszego i zarazem największego placu medyny. Po drodze szliśmy przez zatłoczony suk, wypełniony kolorowymi i błyszczącymi różnościami. Mieliśmy wrażenie, że cała starówka to jeden wielki suk. Sam plac jest olbrzymi, ale niezbyt efektowny. Jemaa el-Fna stanowi serce Marrakeszu i toczy się tu życie towarzyskie miasta. Tak wielki plac to nieczęsty widok w marokańskich medynach. Jego nazwa to dosłownie plac egzekucji, aczkolwiek prawdopodobnie miał stanąć tu wielki meczet lub stanowić miejsce parad przed pobliskim pałacem. Dziś plac jest wypełniony stoiskami z owocami, na których na miejscu przygotowuje się soki (20 MAD za duży kubek) oraz kuglarzami, takimi jak zaklinacze węży. Jedno jest pewne. Trzeba być bardzo stanowczym, bo wykonujący sztuczki cwaniacy, żądają niebotycznych opłat. My mamy zdjęcie przy tańczącej kobrze, ale byliśmy asertywni, więc zapłaciliśmy ułamek tego co żądali spryciarze.

W słynnej kawiarni Le Grand Balcon du Café wypiliśmy kawę americano (25 MAD), patrząc na życie toczące się na placu. Potem przeszliśmy pod największy meczet Marakeszu, czyli Meczet Kutubijja z XII w., do którego oczywiście nie można wejść, ale można zerknąć przez otwarte wrota na ciąg arkad w kształcie dziurki od klucza. Meczet posiada efektowny, wielki minaret. Za meczetem rozciągają się piękne ogrody, które dają przyjemny cień w upalne dni.

Wróciliśmy do rijadu, gdyż chcieliśmy zjeść obiad w polecanej nam przez gospodarzy restauracji Roti D’or ze stolikami na dachu ponad zabudowaniami Marrakeszu, skąd mieliśmy widok na rozległą panoramę miasta. Zamówiliśmy danie Tanjia w stylu typowym dla Marrakeszu. Wołowina był duszona w sosie z marchewką w glinianym dzbanie przez trzy godziny, a następnie przelano ją nam do glinianej miseczki w kształcie połowy dzbana. Do mięsa podano pieczone ziemniaki oraz lemoniadę z hibiskusa z cytryną i miętą (obiad dla dwóch osób 410 MAD). Mięso było mięciutkie i aromatyczne, przyprawione orientalnymi przyprawami. Po prostu palce lizać :-)

Chcąc sprawdzić marokańską prawdomówność, postanowiliśmy po raz drugi spróbować dotrzeć do Secret Garden, czy raczej Le Jardin Secret, czyli ogrodu założonego w XVI w. dla ówczesnego sułtana i odtworzonego w ostatnich latach (wstęp 100 MAD od osoby). Po dojściu, oczywiście wydało się, że ogród jest otwarty, a poprzednia informacja miała nas skłonić do wizyty w garbarni. Jest to nieduży ogród botaniczny z małym muzeum i dwiema kawiarniami. Przy okazji odkryliśmy sekret ogrodu. W jednej kawiarni serwowane jest prawdziwe piwo z alkoholem o nazwie Casablanca (65 MAD za 0,33 l), dlatego jest ona tłumnie oblegana przez turystów. W Maroku panuje prohibicja i bardzo rzadko można się natknąć na alkohol. W naszym przypadku był to jedyny raz :-)

03.04.2025 r.
Przełęcz Tizi n’Tichka – Rano, po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę przez Atlas Wysoki. Jechaliśmy wygodną, lecz w górach dość kręta szosą N9 w kierunku przełęczy Tizi n’Tichka. Droga jest bardzo malownicza i oferuje mnóstwo widoków. Tuż przed przełączą zatrzymaliśmy się na espresso doppio (15 MAD) by mimo zimna, które panuje na wysokości ponad 2.000 m m.p.m., rozkoszować się panoramą gór.

Po raz wtóry zatrzymaliśmy się na samej przełęczy Tizi n’Tichka znajdującej się 2.260 m n.p.m., gdzie hulał silny i bardzo zimny wiatr. Zrobiliśmy kilka zdjęć i szybko schowaliśmy się do samochodu, bo trudno było wytrzymać na zewnątrz. Spokojnie zjeżdżaliśmy z gór by znaleźć się w zupełnie innym krajobrazie, krajobrazie pustynnym.

Wyczytaliśmy, że w Maroku jest niezliczona ilość fotoradarów i policjantów z „suszarkami”, więc bardzo uważaliśmy na znaki. Wydawało nam się, że jedziemy przepisowo, a jednak udało nam się zaliczyć foto. Zatrzymał nas patrol policji, który zobaczywszy, że jesteśmy obcokrajowcami, prawie przepraszał, że musi wystawić mandat. No cóż nasze wykroczenie było wielkie :-) Jechaliśmy 68 km/h przy ograniczeniu do 60 km/h, do tego myśląc, że wolno tu jechać 80 km/h. Policjant powiedział, że niestety zdjęcie jest w systemie, więc kara musi być. Zapłaciliśmy gotówką 150 MAD, to jest około 60 zł i pojechaliśmy dalej. Co całkiem sympatyczne, stróż prawa ostrzegł nas, że kawałek dalej znowu jest radar :-)

Aït-Ben-Haddou – Naszym celem była obronna wieś Aït-Ben-Haddou z wieloma małymi fortecami, zwanymi kasba, znajdujące się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miejscowość swoje początki datuje na XI w. i z tego czasu oficjalnie pochodzą budynki. Nie jest to prawda, ale o tym za chwilę. Wieś położona jest malowniczo na zboczu góry i otoczona murem obronnym. Wewnątrz stoją kasby, siedziby rodów, które przypominają niewielkie zameczki z wieżami i blankami. Z daleka miejscowość wygląda jak żywcem wyjęta z filmu historycznego lub religijnego.

Przed wejściem na teren wsi (parking 10 MAD), do której można dostać się wyłącznie pieszo przez most, zjedliśmy lunch. Tym razem spróbowaliśmy kuskusu z kurczakiem, bakłażanem, ogórkiem i marchewką. Do tego dostaliśmy jako deser jogurt i daktyle, a całość popiliśmy napojem gazowanym (obiad dla dwóch osób 170 MAD).

Im bliżej byliśmy miejscowości tym bardziej niezwykle wyglądała. Poczuliśmy się jak podróżnicy w czasie. Czerwono-brązowo-pomarańczowe ściany, których kolor jest trudny do opisania, szczególnie, że barwa zmienia się wraz z kierunkiem padania światła, zbudowane są z mieszaniny gliny, żwiru, słomy i wody. Zaprawą wypełnia się szalunki, które po ubiciu, a następnie wyschnięciu, tworzą całkiem twarde ściany. Niestety pisé to niezbyt trwały materiał i wytrzymuje zaledwie około 30 lat. I tu dochodzimy do tego, że obecne budynki nie mają prawie 1000 lat, a jedynie maksymalnie kilkadziesiąt, choć ich kształt pozostaje niezmienny od wieków.

Weszliśmy w wąskie uliczki Aït-Ben-Haddou, gdzie można było zajrzeć do kliku domostw (10-20 MAD od osoby za każde). Co ważne, wieś zagrała w naprawdę wielu produkcjach filmowych, takich jak Gladiator, Królestwo Niebieskie, Gra o Tron, Jezus z Nazaretu, Mumia, Klejnot Nilu i wielu, wielu innych. Mało to, wielu mieszkańców zasilało szeregi statystów oraz aktorów grających epizodyczne role. W niektórych domach pozostały resztki dekoracji i dzięki temu mogliśmy np. zobaczyć grotę Maximusa, głównego bohatera Gladiatora, do której zaprowadził nas mieszkaniec, który statystował w kilku filmach.

Trudno uwierzyć, że z tak lichego materiału można zbudować tak skomplikowane i rozbudowane budowle. Obejrzeliśmy wewnątrz dwie kasby i wspięliśmy się na górne tarasy zwieńczone wieżyczkami. Z góry widok był równie imponujący. Wszystkie budynki nadal mają wyposażenie, które sprawia, że domy wyglądają jak nadal zamieszkane, choć trudno nam uwierzyć, że ludzie żyją tu nadal bez żadnych współczesnych wygód… Wiele domów to sklepiki z pamiątkami, a nieco wyżej znajduje się restauracja. Trudno odmówić sobie w takich warunkach szklanki berberyjskiej kawy i paru lokalnych herbatników :-) (100 MAD za całość).

Warzazat (Ourzazate) – Dojechaliśmy do Warzazat, gdzie mieliśmy nocleg w rijadzie Rose Noire, który znajduje się na obrzeżach medyny. Informacje o dokładnym położeniu były na tyle niejasne, że musieliśmy posiłkować się miejscowymi, którzy bardzo chętnie poinstruowali nas jak dojechać. Dotarliśmy na niewielki parking, gdzie parkingowy zaprowadził nas na nocleg, przy okazji niosąc walizkę. Ot, kolejny przejaw marokańskiej gościnności. Obiekt jest niezwykły, bo w zasadzie to również kasba z częścią zbudowaną z pisé i częścią z kamienia. Do tego oferująca niesamowity widok na całą starówkę.

Poszliśmy dookoła starówki na kolację, czy raczej obiad w restauracji poleconej przez gospodarzy. Zjedliśmy tajine z jagnięciny z figami i daktylami, przyprawione szafranem (porcja 80 MAD), a do tego wypiliśmy sok świeżo wyciśnięty z pomarańczy (20 MAD za szklankę). Przepyszne zakończenie dnia. Mimo, że zrobiło się ciemno, zdecydowaliśmy się wrócić przez medynę. Miejscowy, widząc, że kluczymy uliczkami, zaprowadził nas wprost do rijadu. Wyglądało to na zwykłą troskę o turystów.

04.04.2025 r.
Warzazat (Ourzazate) – Po śniadaniu poszliśmy pieszo do jednej z dwóch najważniejszych atrakcji Warzazat, czyli Kasby Taourirt (20 MAD). Jest to imponujący zamek z piasku, a tak naprawdę z pisé, zbudowany prawdopodobnie w XIX w. na potrzeby rodziny lokalnego urzędnika. Okazała budowla jest bardzo podatna na żywioły, więc trudno się dziwić, że podczas trzęsienia ziemi w 2023 r. uległa licznym uszkodzeniom i dlatego, podczas naszego pobytu mogliśmy wejść tylko do niektórych budynków. Niestety najbardziej atrakcyjne pomieszczenia znajdują się w remontowanej części.

Przed wejściem byliśmy nagabywani przez licznych przewodników. My jednak nie skorzystaliśmy z ich usług, bo nie widzieliśmy takiej potrzeby. Mieliśmy rację, bo jest tu niewiele dostępnych miejsc, a cały urok polega na samodzielnym penetrowaniu różnych zakamarków. Pomieszczenia są puste, a najciekawsza jest sama architektura obiektu. Interesująco wyglądają mury z charakterystycznymi basztami, czy raczej niewysokimi wieżyczkami, zwieńczonymi czymś w rodzaju schodkowatych blanków.

Jeszcze większą atrakcją jest Atlas Film Studio, zwane afrykańskim Hollywood. Studio filmowe zbudowane w 1983 r. na pustyni, to dekoracje do wielu światowych produkcji filmowych, zajmujące bardzo duży obszar i wiele hal. Pierwszym filmem zrealizowanym w Warzazat był Klejnot Nilu, a potem poszło już „z górki”. Do dziś nagrano tu wiele scen to filmów takich jak: Królestwo Niebieskie, Mumia, Pasja, Gra o Tron, Asterix i Obelix – Misja Kleopatra, Gladiator, czy też Aladyn. Tytułów jest kilkadziesiąt.

Zwiedzanie odbywa się samodzielnie (80 MAD/osoba), a obejście niemal wszystkiego zajęło nam około dwie i pół godziny, a nie dotarliśmy do znacznie oddalonej części, w której sfilmowano Królestwo Niebieskie. Rozmach przedsięwzięcia jest niesamowity. Odtworzone są całe ulice, domy, czy też świątynie. Wszystko wygląda niemal autentycznie. Dopiero, gdy z bliska zobaczy się z czego zrobione są dekoracje, aż trudno uwierzyć, że to głównie karton i drewno.

Egipskie, niezwykle kolorowe kolumny wyglądające jak z kamienia, to w rzeczywistości pomalowana tektura. Kamienne schody okazały się delikatne i wprost uginające się pod ciężarem człowieka. Do największych atrakcji należy wnętrze egipskiej świątyni, miasto z czasów Chrystusa oraz wnętrza domów rzymskich i egipskich. Do tego dochodzi wiele detali, które potęgują wrażenie.

Oaza Skoura – 50 km od Warzazat znajduje się stolica wszystkich oaz, czyli Oaza Skoura. Nim udaliśmy się na zwiedzanie wielkiej enklawy zieleni pośród pustyni, chcieliśmy zjeść obiad. Zatrzymaliśmy się przed jakąś restauracją, a obok nas, zapewne znowu przez przypadek ;-) zatrzymał się lokalny mieszkaniec na motorowerze. Mówiąc, że w tej restauracji nie zjemy obiadu, jednocześnie zapraszał nas do swojego lokalu. Prawdę mówiąc jadłodajnia przy której się zatrzymaliśmy nie była zbyt interesująca, więc zaryzykowaliśmy jazdę za miejscowym.

Warto było. Na dachu typowej kasby znajdowało się kilka stolików. Przy jednym z nich siedzieli już jacyś turyści, a my usiedliśmy przy kolejnym, mając widok na liczne, wysokie plamy. Na początek uraczono nas berberyjską herbatą i orzeszkami ziemnymi. Na obiad dostaliśmy kolejne tajine, a’la zapiekanka. Danie składało się z mięsa z kurczaka z cebulką i pomidorami, które polano czymś w rodzaju jajecznicy i posypano zieloną pietruszką. Do tego dostaliśmy surówkę z pomidorów z cebulą, miejscowe pieczywo i wodę. Posiłek naprawdę przedni, za który zapłaciliśmy 240 MAD, czyli poniżej 100 zł.

Pojechaliśmy nieco dalej w kierunku jeszcze większej ilości drzew, by poczuć klimat oazy. Zapuściliśmy się ścieżkami wśród palm, drzew oliwnych i krzewów, pośród których znajdują się uprawy zbóż i warzyw. Wszędzie, gdzie nie rosną rośliny, ziemia jest sucha, popękana i całkiem spalona słońcem. Teren oazy jest naprawdę duży, więc nie dziwi miano najważniejszej z nich.

Wąwóz Dades – Do noclegu w Wąwozie Dades mieliśmy jeszcze 100 km. Wjeżdżając w wąwóz zatrzymaliśmy się w niewielkiej kawiarni z widokiem na miasto Tarmouchte. Kawiarnia mieści się na samym zboczu, więc widok jest spektakularny, a kawa smakuje wyśmienicie (doppio 10 MAD). Ruszyliśmy w górę doliny rzeki Dades, dość krętą drogą, mijając niewielkie miejscowości przyklejone do ścian skalnych, tak aby jak najmniej zmarnować żyznego dna. Zieleń roślinności cudownie kontrastowała z brunatno-czerwono-żółtymi skałami. Do tego w wielu miejscach zobaczyć można było niewielkie kasby oraz inne bardziej współczesne budynki o specyficznym, lokalnym wyglądzie.

Zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym Palce Małpy (Monkey’s fingers), który oferował widoki na niezwykłą formację skalną zupełnie przypominającą małpie stopy i dłonie. Dolina przeszła w wąwóz. Zamiast miejscowości, zaczęły się małe hoteliki, niemalże przyklejone do skał. Jednym z nich był stylowy Auberge La Fibule Du Dades, w którym mieliśmy równie stylowy pokój z otomaną w przedsionku. Na tarasie odpoczywaliśmy popijając kawę w promieniach zachodzącego słońca, a towarzyszył nam przesympatyczny, wesoły właściciel.

Na 19:00 zamówiliśmy kolację. Nie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać, a okazało się, że czeka na nas wystawna kolacja przy świecach. Jako przystawkę dostaliśmy przepyszne oliwki, a zaraz po nich harirę, czyli berberyjską, pyszną zupę z soczewicy, podawaną zwykle po ramadanie, a my byliśmy przecież w Maroku tuż po tym muzułmańskim poście. Jako danie główne właściciel podał nam tajine z kurczaka z ogórkiem, marchwią, fasolą, pomidorami i ziemniakami oraz chlebem. Na koniec przyniósł nam jeszcze owoce – kawałki banana, jabłka i truskawki polane ciepłym, słodkim sosem. Była to po prostu marokańska uczta (290 MAD za całość dla dwóch osób).

05.04.2025 r.
Wąwóz Dades – Po obfitym śniadaniu ruszyliśmy najbardziej spektakularną częścią Wąwozu Dades, prowadzącą wysoko w górę ciasnymi agrafkami, aż do punktu widokowego, skąd rozciągał się niezwykły widok w dół. Dalej dojechaliśmy do najciaśniejszej część kanionu, gdzie ma się wrażenie, że nie sposób minąć się z samochodem jadącym z przeciwka. Dalej teren jest już bardziej płaski, a wąwóz ponownie staje się doliną.

Zjeżdżając w dół, dotarliśmy do miejsca wskazanego przez naszego gospodarza, czyli parkingu wzdłuż drogi, nieco przed Palcami Małpy, skąd rozchodzą się piesze szlaki po Dolinie Dades. Najpierw poszliśmy wśród bujnej zieleni, aby w wiosce skręcić w prawo, w kierunku Małpich Palców. Nasyciwszy się widokami, wróciliśmy między zabudowania, gdzie obserwowaliśmy życie na odludziu. Dzieci sprzedały nam brelok, a nieco dalej przyglądaliśmy się kobietom niosącym na plecach ogromne pęki trawy lub innej zieleniny.

Na skrzyżowaniu poszliśmy w przeciwną stronę, by po chwili zobaczyć absolutnie nadzwyczajną formację skalną, która nie wiadomo co przypomina, ale jest czerwona i niezwykle malownicza. Poszliśmy w kierunku dalszych zabudowań aż do opuszczonych kasb, z których zapewne za parę lat zostanie jedynie sterta żwiru, bo nic nie wskazuje, że ktoś będzie je odbudowywał. Szkoda, bo widok jest nietuzinkowy. W niewielkiej, wyglądającej na opuszczoną, kawiarni, wypiliśmy kawę, do której dostaliśmy wafelki (50 MAD za całość).

Wąwóz Ziz – Z Doliny Dades do kolejnego noclegu w Midelt mieliśmy ponad 330 km i dobre 5 godzin jazdy. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na lunch. W towarzystwie kierowców tirów zjedliśmy udko z kurczaka w sosie z gotowanymi warzywami i frytkami, do których wypiliśmy lokalne napoje jabłkowe (140 MAD za całość dla dwóch osób). Po lekkim posiłku jechaliśmy dalej w kierunku Wąwozu Ziz, który przecina wschodni kraniec Wysokiego Atlasu. Jest to także Dolina rzeki Ziz, która stopniowo przechodzi w wąwóz, by znowu stać się doliną. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Dades, Ziz jest porośnięty palmami. Wąwóz Ziz niestety nie jest aż tak spektakularny, zapewne dlatego, że nie ma tak wąskich gardeł i podjazdów.

Midelt – Zatrzymaliśmy się w Jaddou Home na obrzeżu Midelt. Sympatyczny właściciel polecił nam bardzo dobrą restaurację Azizi w centrum miasta. Musieliśmy tylko przedrzeć się samochodem przez tłum ludzi i znaleźć miejsce do parkowania… Nieświadomie zaparkowaliśmy „na zakazie” i poszliśmy do lokalu. Na szczęście przesympatyczny szef poszedł i wskazał właściwe miejsce do parkowania, dzięki czemu uniknęliśmy drugiego mandatu :-)

Nie spodziewaliśmy się, aż tak bogatego obiadu. Zaczęliśmy od ośmiu! przystawek, na które składała się panierowana cukinia, panierowany bakłażan, pomidory z cebulką, pomidory z marokańską przyprawą, gotowana marchewka i jakieś dwie sałatki. Potem właściciel przyniósł tajine z koźliny z jajkami i suszonymi śliwkami, a na koniec plastry pomarańczy i bananów, posypane płatkami migdałów i cukrem pudrem. Do posiłku dostaliśmy herbatę oraz wodę gazowaną i niegazowaną (cały obiad dla dwojga kosztował 220 MAD). Uczta, a właściwe cała ceremonia trwała dość długo, więc mieliśmy czas na konwersację z gospodarzem, który niedawno miał gości z Polski i prosił, abyśmy przetłumaczyli filmik na YouTube, który zamieścili po wizycie w restauracji. Przetłumaczyliśmy filmik, ale byliśmy zaskoczeni, że nasi rodacy zjedli w tym miejscu pizzę… Duża strata :-)

06.04.2025 r.
Volubilis – Dość wcześnie rano wyruszyliśmy do starożytnego miasta Volubilis. Mieliśmy do celu ponad 200 km, czyli niemal cztery godziny jazdy. Do stanowiska archeologicznego, którego początki sięgają IV w. p.n.e. dotarliśmy godzinę wcześniej niż przewidywaliśmy (parking 20 MAD). Jakież było nasze zdziwienie, że nie dojechaliśmy szybciej, a jedynie wcześniej. Okazało się, że tej nocy w Maroku była zmiana czasu, o której nie wiedzieliśmy :-) Okazuje się, że w Polsce i Maroku owszem zmieniamy czas na letni, ale w zupełnie innym terminie… . To była dla nas dobra wiadomość, bo mieliśmy o godzinę dłuższy dzień :-)

Po zakupie biletów (100 MAD od osoby) weszliśmy na teren wykopalisk, które obejmują w zasadzie okres rzymskiego panowania na tym terenie, czyli od I do III w. n.e. Po tym osada przetrwała jeszcze cztery stulecia, aż do czasów islamu na tych ziemiach. Wędrówkę rozpoczęliśmy od okazałej bazyliki będącej dawniej centrum handlowym i sądowniczym, by przejść do rzędu wysokich kolumn będących pozostałością po kapitolu z III w., czyli najważniejszej świątyni miasta. W pobliżu kapitolu zachowały się mozaiki w tzw. Domu Orfeusza oraz całkiem nieźle odtworzony stary młyn.

Idąc w kierunku Łuku Triumfalnego wybudowanego na cześć cesarza Karakalli, obejrzeliśmy kolorowe mozaiki w Domu Akrobaty. Sam łuk jest dobrze zachowany, choć utracił wiele ze swoich ozdób. Nieco dalej obejrzeliśmy kolejne mozaiki – w Domu Jeźdźca, Domu Dionizosa, Domu Dzikich Zwierząt, by wyjść na główną ulicę starożytnego miasta Volubilis – Decumanus Maximus, gdzie można podziwiać zachowaną kolumnadę. Doszliśmy niemal do Bramy Tangerskiej, gdzie rozpościerały się kobierce z pomarańczowych nagietków.

Jedne z najpiękniejszych mozaik znajdują się w Domu Wenus, gdzie zobaczyć można m.in. Dianę w kąpieli oraz inne obrazy. Ochroniarz pilnujący mozaik z żyłką przewodnika zwietrzył interes i postanowił opowiadać nam o tym co widzieliśmy gołym okiem. No cóż… To była już końcówka naszego wyjazdu, więc nie mieliśmy marokańskiej gotówki i musieliśmy salwować się ucieczką, wykorzystując moment, że quasi-przewodnik poszedł zerwać kwiaty :-) Z daleka zobaczyliśmy, że namierzył kolejne ofiary ;-) Wracając do wyjścia podeszliśmy jeszcze do frontu Domu Dwunastu Prac Herkulesa, z którego zostały całkiem okazałe arkady. Zwiedzanie wykopalisk zajęło nam około 2 h, ale warto tu zajrzeć, bo jest to naprawdę ciekawe miejsce.

Meknes – Choć z Volubilis do Meknes było zaledwie 30 km, przejazd zajął niemal godzinę. Wjechaliśmy pod Bab Berdieyinne, czyli jedną z bram do mediny. Nie było wolnych miejsc na parkingu, więc musieliśmy czatować aż ktoś wyjedzie. Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Zapłaciliśmy parkingowemu zwyczajowe 20 MAD i poszliśmy na starówkę. Była pora lunchowa, więc skusiliśmy się na przygotowywane na miejscu marokańskie „burgery”. Wybraliśmy wersję mix, która zawierała mięso mielone, kiełbaskę i kawałki mięsa. Zjedliśmy w towarzystwie oblizujących się kotów, siedząc na postawionych naprędce, specjalnie dla nas, malutkich krzesełkach.

Kluczyliśmy uliczkami Meknes podziwiając spotykane po drodze piękne portale oraz fontanny. Ponad zabudową górował strzelisty minaret Wielkiego Meczetu pokryty zielonymi płytkami ceramicznymi. Nie dostaliśmy się do Medresy Bou Inania, gdyż była zamknięta. Za to poszliśmy w kierunku najważniejszego placu Meknes – El Hedime. W końcu doszliśmy do wspaniałej bramy – Bab Mansour zbudowanej na przełomie XVII i XVIII w., stanowiącej wejście do królewskiej cytadeli. Urzekające, koronkowe zdobienia rozbudowanej bramy są niepowtarzalne.

Plac El Hedime gwarnością przypomina główny plac Marrakeszu, aczkolwiek wydaje się być bardziej przyjazny, być może dlatego, że całe miasto sprawia wrażenie bardziej prowincjonalnego. Potrzebowaliśmy chwili wytchnienia, więc usiedliśmy w kawiarni przy placu na kawę espresso doppio i baklavę z migdałami (całość dla dwóch osób – 110 MAD). Przy tej okazji mieliśmy kolejny przykład, jak bezproblemowy jest to kraj. Mieliśmy ochotę na baklavę, której nie było w menu, więc przyniesiono ją nam z innego lokalu. Zapytaliśmy o wymianę waluty, więc wymieniono nam ją na miejscu po normalnym, uczciwym kursie :-)

Nie można przejść przez Bab Mansour do Ville Impériale, czyli imperialnej części Meknes. Parędziesiąt metrów obok, znajduje się współczesna ulica, która prowadzi na plac Lalla Aouda, z którego widać kolejny zielony minaret. My jednak chcieliśmy dojść do Pawilonu Ambasadorów i Mauzoleum Mulaja Ismaila. Pawilon znajdujący się na liście UNESCO był niestety niedostepny dla zwiedzających, za to bez problemu można było wejść do niezwykłego grobowca. Kolorowe mauzoleum, pokryte mnóstwem płytek ceramicznych i koronkowymi wzorami kryje w sobie szczątki sułtana Mulaja Ismaila i pochodzi z XVIII w. Przed wejściem stoją trzy fontanny pokryte arabeskami. Co ciekawe, wejście jest darmowe. Spacerem wróciliśmy na parking, zaliczając po drodze kolejne ciekawe zaułki.

Fez – Późnym popołudniem dotarliśmy do ostatniego miasta na naszym szlaku po Maroku, czyli do Fezu. Zaparkowaliśmy na dużym parkingu Ain Azleten nieopodal naszego riadu – Casa Aya Medina. Już na parkingu pracownik zaproponował usługi przewodnika, ponieważ rzekomo samemu zgubimy się w plątaninie uliczek… Grzecznie podziękowaliśmy i poszliśmy szukać noclegu. Idąc ulicą, skierowano nas do bardzo wąskiego przejścia o szerokości mniej niż metr, którego ściany pomalowane były w kolorowe pasy. Po raz kolejny mieszkaliśmy w zabytkowym domu z patio i pokojami wokół niego.

Zrobiło się ciemno, więc gospodarz zapytany o dobrą restaurację, zaprowadził nas na główną ulicę do restauracji z muzyką na żywo, gdzie na tarasie zjedliśmy tajine z klopsikami w sosie pomidorowym, do którego wypiliśmy sok z banana z jabłkiem i mlekiem (cały obiad dla dwojga 190 MAD). Jedząc, patrzyliśmy z góry na wieczorne życie w Fezie i słuchaliśmy muzyki , która nie za bardzo do nas przemawiała, ale tubylcy byli zachwyceni…

07.04.2025 r.
Fez – Rano zastanawialiśmy się, czy jednak nie skorzystać z usług przewodnika, ale po przestudiowaniu planu, stwierdziliśmy, że wszystkie zabytki skupiają się w pobliżu dwóch głównych ulic mediny. Do tego perspektywa chodzenia przez cały dzień z przewodnikiem, też nie była zachęcająca. Ostatecznie uznaliśmy, że damy radę samemu i to był dobry wybór :-)

Z naszego rijadu poszliśmy bezpośrednio na jedną z dwóch głównych ulic mediny, czyli zaskakująco szeroką Rue Talaa Kebira. Chcieliśmy obejrzeć medresę Bou Inania (bilet 20 MAD), która jest nadal czynnym meczetem, udostępnionym dla niewiernych, co jest wyjątkiem w Maroku. Szkoła koraniczna pochodzi z XIV w. i jest perłą architektoniczną. Do zwiedzania jest udostępniony w zasadzie koronkowo zdobiony dziedziniec i meczet, do którego można zajrzeć z dziedzińca. Medresa posiada swój żółto-zielony minaret, zdobiony arabeskami.

Tuż przy medresie znajduje się ciekawostka w postaci zegara wodnego, jednakże mocno niekompletnego. Szkoda, że zachowane misy wyznaczające czas, zostały zdementowane do badań wiele lat temu i nie zamontowano dotąd nawet ich replik. Zegar służył do określania pór modlitw w pobliskim meczecie, aczkolwiek obecnie nie wiadomo jak działał.

Idąc dalej ulicą, doszliśmy do kasby, czyli wewnętrznej fortecy, a dziś drobnej zabudowy wewnątrz murów dawnej warowni. Do kasby prowadzi Bab Chorfa, czyli okazała brama, za którą rozciąga się uboga dzielnica mieszkalna. Tuż obok kasby jest jedna z głównych bram – Bab Mahrouk, przez którą można opuścić starówkę Fezu. Na wzniesieniach poza murami znajduje się ogromny cmentarz przedzielony ruchliwą ulicą na dwie części. Spoza wysokiego muru widać jedynie masę białych nagrobków. Idąc dalej, z daleka patrzyliśmy na tzw. Nowy Fez, dzielnicę nieco oddaloną od mediny, która wbrew nazwie, liczy sobie już siedemset lat.

Wracając, weszliśmy na duży plac przed Bab Boujeloud, tzw. błękitną bramą. Jest to coś na kształt mini parku z ciekawymi schodami ozdobionymi arabeskami. Skwer wygląda na niedawno założony i choć przyjemny, to trudno tu o cień. Brama jest niebieska tylko od zewnątrz, bo od strony mediny jest zielona. Bab Boujeloud jest bardzo efektowna, choć nie aż tak stara, bo z początku XX w., gdy Fezem rządzili francuscy kolonialiści. Za bramą zaczyna się druga najważniejsza ulica – Rue Talaa Sghira, nieregularna, miejscami bardzo wąska i podobnie jak Rue Talaa Kebira, wypełniona gwarnym tłumem otaczającym liczne kramy.

Doszliśmy do medresy Al-Attarine, czyli tzw. „szkoły perfumiarzy” (20 MAD), która nie kształciła specjalistów od zapachów, a jedynie nazwę swą wzięło od pobliskiego suku sprzedawców perfum i przypraw. Dostępny jest tylko parter tej szkoły koranicznej z XIV w. Cele uczniów znajdujące się na piętrze nie są udostępnione dla turystów. Pełen przepychu dziedziniec ozdobiony jest kolorowymi kafelkami i gipsowymi, koronkowymi zdobieniami oraz wersetami z Koranu. Tu wyjątkowo można wejść także do części modlitewnej szkoły.

Przeszliśmy przez najdroższy suk, czyli elegancką kassarię, w której panował porządek, a ściany i podłoga były pokryte płytkami. Nieco dalej doszliśmy do Wielkiego Meczetu – Al-Karawijjin, do którego można zerknąć przez jedną z bram. Co ciekawe, meczet może pomieścić aż 20 tysięcy wiernych, pochodzi z IX w., gdy był uczelnią religijną i uznawany jest za jeden z najstarszych uniwersytetów świata. Zdecydowanie łatwiej obejrzeć dziedziniec dawnego karawanseraju będącego hotelem dla podróżnych, czyli Fondouq Abd lamajid, w którym uwagę przykuwają piękne drewniane balustrady. Aż trudno uwierzyć w jak opłakanym stanie był jeszcze kilka lat temu ten XIV-wieczny obiekt.

Pora kawowa zastała nas na małym, trójkątnym placyku Seffarine w drodze do Dzielnicy Andaluzyjskiej. Kawa postawiona na stoliku wyłożonym płytkami wśród gwaru ulicznego, to kwintesencja Maroka. Takich lokali jest niezliczona ilość, a miejscowi wymieszani z turystami, chętnie raczą się popularnym napitkiem. Tuż obok, zupełnie niespodzianie zobaczyliśmy wejście do Hammamu Safarin (20 MAD), za którym kryje się prawdziwa perła Fezu. Wnętrza XIV-wiecznych łaźni są koronkowe. Kopuły, ściany i kolumny głównego pomieszczenia oraz małego meczetu są pięknie zdobione. Pomieszczenia właściwych łaźni, które są czynne do dziś, pokrywają kolorowe płytki.

Na krótko opuściliśmy Starą Medynę i mostem przerzuconym nad rzeką Fez, przeszliśmy do Medyny Andaluzyjskiej, zawdzięczającej swą nazwę uchodźcom z Andaluzji, którzy osiedlili się w tym miejscu na przełomie VIII i IX w. Trwał tu głośny remont, więc tylko przeszliśmy obok XIX-wiecznego meczetu R’cif z zielonymi dachówkami i ozdobami minaretu w tym samym kolorze. Postanowiliśmy wrócić na ulicę Rue Talaa Sghira korzystając z plątaniny niewielkich uliczek.

Szliśmy na wyczucie, bo nawigacja była bezradna w wąskich, gęsto zabudowanych zaułkach. Za to, po drodze mieliśmy okazję obejrzeć różne, kolorowe portale i stropy nad nimi, czy też ozdobne drzwi i fontanny. Minęliśmy także współczesną szkołę podstawową, z której wyległo mnóstwo uczniów ubranych w grube kurtki, gdy my tymczasem chodziliśmy w t-shirtach z krótkim rękawem. Widać, że potrafi tu być znacznie cieplej…

Już myśleliśmy, że się zgubiliśmy, gdy jednak wyszliśmy niemalże na wprost na nasz cel, czyli Pałac Mnebhi, zbudowany na początku XX w. przez ministra obrony jednego z sułtanów. Dziś pałac to luksusowa restauracja z niezwykłym wnętrzem. Wielka sala z kanapami, pośrodku której znajduje się fontanna, jest ozdobiona płytkami, wielkimi lustrami i przykryta misternie rzeźbionym stropem. Przy wejściu przywitał nas strażnik, przewodnik, czy może major domus, który najpierw zaprowadził nas do pomieszczeń wypełnionych różnorodnymi dywanami i tkaninami, zachęcając do ich kupna.

Później usiedliśmy na otomanie w oczekiwaniu na iście królewski obiad. Najpierw dostaliśmy sześć przystawek: gotowane ziemniaki z pietruszką, ryż z rodzynkami, plastry gotowanej marchewki z pietruszką, smażony bakłażan, smażona cukinia i soczewica w sosie pomidorowym. Daniem głównym był kurczak w sosie cytrynowym z oliwkami, podany oczywiście w naczyniu tajine. Po daniu głównym przyniesiono nam efektownie ułożone owoce: pomarańcze, banany i jabłka, a na koniec jeszcze herbatę z miętą i przepyszne, bardzo słodkie ciasteczka figowe.

Ostatnią atrakcją w pałacu było wejście na taras, z którego widać niemalże całą medinę Fezu. Tu przyszedł czas na zapłatę. Cena była również iście królewska jak na Maroko, bo za całość zapłaciliśmy 650 MAD (około 260 zł). No cóż… Luksus ma swoją cenę ;-) Dzięki uprzejmości właściciela rijadu, mogliśmy opuścić nasze lokum o 15:00 i pozostał nam przejazd na ostatni nocleg w pobliżu lotniska w Rabacie-Salé.

Salé – Ostatni nocleg w Palais d’hôtes mieliśmy bardzo oddalony od centrum miasta. Za to do naszej dyspozycji był niewielki domek oraz basen, z którego nie omieszkaliśmy skorzystać. Postanowiliśmy jeszcze zjeść kolację. Teoretycznie w pobliżu były dwa lokale, do których poszliśmy pieszo. Niestety oba nie serwowały posiłków, a jedynie kawę…

Nawigacja pokazywała nam restauracje na terenie pobliskiego Międzynarodowego Uniwersytetu w Rabacie. No cóż. Nie dość, że teren był obstawiony wojskiem i policją, to jakiegokolwiek lokalu, ani widu, ani słychu… Pozostało nam jechać do Salé, gdzie w niewielkim barze zamówiliśmy jajecznicę z mortadelą, do której dostaliśmy bułkę, którą należało zjeść danie. Brak menu spowodował, że pokazaliśmy coś co jadł inny klient baru :-) Do posiłku, do którego nie dostaliśmy sztućców, wypiliśmy herbatę z miętą. No cóż, co kraj to obyczaj…
08.04.2025 r.
Wylot do Paryża mieliśmy wcześnie rano, bo 6:10 (Air France, lot nr AF1359). Dojechaliśmy do lotniska, zostawiliśmy samochód na wskazanym wcześniej parkingu i wrzuciliśmy kluczyki przez specjalną szczelinę do środka wypożyczalni, a potem zjedliśmy śniadanie w terminalu. Do Paryża przylecieliśmy planowo o 10:10 i mieliśmy dużo czasu na spacery i obiad, tym bardziej, że lot do Warszawy (Air France, lot nr AF1346) był opóźniony około godzinę. W Polsce wylądowaliśmy około 17:00 i został nam tylko powrót do domu.