Madera (Portugalia)

17.04.2021 – 25.04.2021

OPIS PODRÓŻY

17.04.2021 r.

Wyjazd na Maderę to kolejna wyprawa podczas trwania pandemii koronawirusa, a zatem podróż wymagająca nieco innych przygotowań niż zazwyczaj. Po pierwsze rezerwując bilety lotnicze musieliśmy wziąć pod uwagę możliwe zachorowanie na COVID, a co za tym idzie ubezpieczyć się od takiej ewentualności. Po drugie do ostatniej chwili musieliśmy sprawdzać zasady obowiązujące w Polsce, na Maderze, ale co również ważne – podczas przesiadki w stolicy Portugalii Lizbonie. Po trzecie niezbędnym warunkiem było wykonanie testów RT-PCR wykrywających wirusa  (wynik tłumaczony na angielski). Co istotne były one potrzebne w szczególności na przesiadkę w Lizbonie (w przypadku lotu bezpośredniego moglibyśmy zrobić za darmo testy na Maderze). Po czwarte musieliśmy wypełnić portugalskie i maderskie formularze lokalizacyjne, na potrzeby służb epidemicznych.

Przylądek São Lourenço
Przylądek São Lourenço

Po tych wszystkich przygotowaniach mogliśmy ruszyć na lotnisko Chopina w Warszawie, gdzie o 19:10 wyruszaliśmy liniami TAP (narodowe linie portugalskie) do Lizbony (lot nr TP 1207). W trakcie nadawania bagażu okazało się, że grupka stojąca za nami nie ma testów, a wybiera się na Maderę przez Lizbonę i zamierza zrobić testy na Maderze. Niestety nie wsiedli razem z nami na pokład samolotu… Po niecałych czterech godzinach wylądowaliśmy w Lizbonie. Byliśmy głodni, bo na pokładzie serwowano wyłącznie odpłatne przekąski, których wybór był zresztą niewielki. Od razu ruszyliśmy w poszukiwaniu kolacji. Natrafiliśmy na piekarnię z doskonałymi, gigantycznymi kanapkami – Polulet (kurczak z serem za 6,90 €) i Atlantique (łosoś wędzony za 7,50 €). Mieliśmy dużo szczęścia, bo dzięki temu, że samolot przyleciał przed czasem, zdążyliśmy przed zamknięciem lokali o 22:00. Najedzeni czekaliśmy na wyświetlenie numeru gate, a następnie wraz z drużyną piłkarską Marítimo Madeira, tą samą, w której zaczynał słynny Cristiano Ronaldo, wsiedliśmy na pokład samolotu na Maderę (linie TAP, lot nr TP 1693 o 23:25). Lot był znacznie krótszy, a lądowanie bardzo gwałtowne.

São Vicente
São Vicente

Na lotnisku byliśmy około 1:00 w nocy czasu portugalskiego (2:00 czasu polskiego) i od razu skierowano nas do kolejki osób z wykonanymi testami, które uprzednio dodaliśmy do formularza internetowego Madeira Safe. Dzięki temu szybko przeszliśmy kontrolę sanitarną, a wychodząc z lotniska, na powitanie dostaliśmy wodę mineralną i banany. Okazało się, że nikt na nas nie czeka… Na szczęście już po chwili niepokoju pojawił się taksówkarz, który zawiózł nas wprost do apartamentu Green Park II w Funchal (transfer 40€). Apartament był bardzo ładny, a my mogliśmy w końcu udać się na zasłużony odpoczynek :-)

Widok z apartamentu Green Park II w Funchal
Widok z apartamentu Green Park II w Funchal

18.04.2021 r.

Funchal – Po krótkim śnie i pobudce o 7:00, poszliśmy po zakupy do pobliskiej galerii, a w niej do hipermarketu Pingo Doce. Zakupiwszy lokalne produkty, wróciliśmy do apartamentu, żeby zjeść upragnione śniadanie i odebrać wypożyczony samochód, który dostarczono pod same drzwi. Poprzez firmę AYS, obsługującą apartament, zamówiliśmy Renault Clio 1.5 diesel w wersji kombi z automatyczną skrzynią biegów (301 € za 7 dni z pełnym ubezpieczeniem). Od razu dodamy, że był to bardzo dobry wybór z uwagi na wiele mega stromych podjazdów.

Przylądek São Lourenço
Przylądek São Lourenço

Ponta de São Lourenço – Posileni pysznymi serami i wędlinami, około 10:00 wyruszyliśmy na Ponta de São Lourenço (Półwysep Św. Wawrzyńca), czyli jeden z najbardziej malowniczych szlaków na Maderze. Szliśmy w pięknym słońcu po skałach porośniętych zielenią podziwiając wspaniały lazur Oceanu Atlantyckiego, ptaki oraz liczne kolorowe kwiaty. Podczas wędrówki zachwycaliśmy się nie tylko malowniczymi skałami wynurzającymi się z wody, ale także mewami pozwalającymi podejść bardzo blisko, gołębiem maderskim, czy też pustułką. Po przejściu ścieżki, zatrzymaliśmy się w Casa do Sardinha na kawę, ciasto bananowe i tartę jabłkową, które zjedliśmy w cieniu smoczego drzewa i palm. Cały szlak zajął nam dobre trzy godziny w obie strony.

Casa do Sardinha - Przylądek São Lourenço
Casa do Sardinha – Przylądek São Lourenço

Funchal – Drugim naszym celem tego dnia była stolica wyspy, czyli Funchal. Zaparkowaliśmy na dużym parkingu w pobliżu promenady i ruszyliśmy na zwiedzanie. Bulwar nadoceaniczny jest atrakcyjnym miejscem, usianym kwiatami, a w szczególności wspaniałymi sterlicjami oraz palmami. Spacer tutaj to czysta przyjemność. Z kolei zapuściwszy się w uliczki, można obejrzeć domy w pastelowych barwach, kwitnące na fioletowo drzewa jakarandy oraz na czerwono tulipanowce. Do tego kościoły, rezydencje oraz budynki pokryte azulejos (malowane na błękitno płytki). Przyszedł czas na obiad, który zjedliśmy tuż przy katedrze w Cafe Funchal. Na pierwszy ogień poszła ryba pałasz smażona w tempurze z bananami, sosem z marakui i frytkami, a do tego lokalne piwo Coral (32€ za cały obiad dla dwóch osób). Niespotykane połączenie smaków, które nam bardzo odpowiadało. Musieliśmy wrócić do apartamentu przed 18:00 ze względu na godzinę policyjną, a tam mogliśmy jeszcze posiedzieć na 20-metrowym tarasie z widokiem na park, basen i ocean w oddali, popijając przepyszną Maderę, czyli lokalne, wzmacniane wino.

Funchal - stolica Madery
Funchal – stolica Madery

19.04.2021 r.

Levada dos Balcões – Kolejny dzień na Maderze postanowiliśmy zacząć od jednej ze słynnych levad, czyli tras wzdłuż betonowych akweduktów – kanałów irygacyjnych, którymi woda jest rozprowadzana po całej wyspie. Aby dostać się do punktu startowego, musieliśmy dojechać do miejscowości Ribeiro Frio. W tym przypadku dojechać oznaczało pokonać niezłe stromizny uliczek, a potem dróg. Madera to bardzo górzysta wyspa, gdyż na powierzchni zaledwie 741 km² wyrastają szczyty powyżej 1800 m n.p.m., a to z kolei oznacza mnóstwo ostrych podjazdów, serpentyn i tzw. agrafek.

Levada dos Balcões
Levada dos Balcões

Levada dos Balcões (trasa PR 11) to niedługi (1,5 km w jedna stronę), płaski szlak przez piękny, choć trochę mroczny las, wąski wąwóz, którego zakończeniem jest balkon z widokiem na majestatyczne góry i głęboki wąwóz w dole. Wróciliśmy tą samą drogą.  Pierwotnie w planach mieliśmy przejście z Ribeiro Frio do Porteli wzdłuż Levady do Portela trasą PR 10 (11 km, 5 godzin w jedną stronę). Musieliśmy zrezygnować z trzech powodów, po pierwsze znaleźliśmy informację, że część szlaku jest zamknięta, po drugie całość zajęłaby nam około 10 h, czyli zbyt dużo jak na ten dzień, a po trzecie wrócilibyśmy zbyt późno zważywszy na obowiązującą godziną policyjną (od 19:00 w dni powszednie).

Levada dos Balcões
Levada dos Balcões

Pico do Arieiro – Wybraliśmy się na nieodległy szczyt (11 km samochodem), czyli Pico do Arieiro (1818 m n.p.m.) będący trzecim co do wysokości szczytem na Maderze. Już sam dojazd jest bardzo widokową wycieczką, gdyż prowadzi przez odkryty teren z widokiem na góry i ocean w oddali. Na sam szczyt można wjechać samochodem, więc to żaden wyczyn ;-) Za to pobyt na górze gwarantuje niesamowite widoki. Pomimo temperatury 10ºC słońce grzało tak mocno, że spacerowaliśmy w krótkich rękawach…

Widok z Pico do Arieiro
Widok z Pico do Arieiro

Sam szczyt jest bardzo charakterystyczny, bo znajduje się na nim kulisty, wojskowy radar. Z góry wiedzie szlak na najwyższy szczyt Madery, czyli Pico Ruivo. Warto kawałek przejść szlakiem, aby pooglądać widoki na góry wokoło. Dodatkową, nietypową atrakcją są dziesiątki jaszczurek, które szczególnie upodobały sobie ścianę punktu widokowego tuż pod radarem. Wizyta na Pico do Arieiro byłaby niepełna bez kawy i ciastek pasteis de nata w kawiarni zlokalizowanej przy radarze.  Pasteis de nata to rodzaj babeczek z ciasta francuskiego z nadzieniem śmietanowym, którego na pewno trzeba spróbować podczas pobytu na wyspie.

Jaszczurki maderskie na Pico do Arieiro
Jaszczurki maderskie na Pico do Arieiro

Monte – Mega stromymi i wąskimi uliczkami zjechaliśmy do ogrodu botanicznego przy Pałacu Monte (Jardim Tropical Monte Palace – 12,50€ za osobę). Jest to bardzo malownicze miejsce z piękną egzotyczną roślinnością, wodospadami, orientalnymi budowlami ogrodowymi, licznymi ozdobami z płytek ceramicznych azulejos oraz centralnie ulokowanym pałacem. Tu można się przekonać, że paprocie drzewiaste nie wyginęły wiele epok geologicznych temu, lecz nadal rosną i świetnie się mają :-) Dodatkowymi atrakcjami są wystawy, wielkie kolorowe karpie koi oraz panorama stolicy. Szkoda, że nie udało nam się skorzystać ze zjazdu Carros de Cesto, czyli specjalnymi wiklinowymi saniami obsługiwanymi przez mężczyzn w słomkowych kapeluszach. Sanie suną stromymi, asfaltowymi uliczkami nie zważając na samochody… No cóż sanie stały, ale nie było żadnej obsługi…

Jardim Tropical Monte Palace
Jardim Tropical Monte Palace

Câmara de Lobos – Sądziliśmy, że uliczki nie mogą być węższe, ale się myliliśmy… Nawigacja postanowiła zafundować nam dodatkowe wrażenia i zjazd do Câmara de Lobos tak ciasnymi zaułkami, że nieomal ocieraliśmy lusterkami o fasady budynków po obu stronach… Widząc naszą wątpliwość, kierowca jadący za nami pokazał nam, że możemy spokojnie jechać dalej. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że uliczki te są dwukierunkowe i najciekawiej się robi, gdy ktoś nadjedzie z przeciwka. Wówczas jeden z kierowców musi się wycofać do takiego miejsca, w którym samochody są w stanie przecisnąć się obok siebie… Ciekawe doświadczenie ;-)

Camara de Lobos
Camara de Lobos

Po tym emocjonującym zjeździe zajechaliśmy na parking, gdzie podszedł do nas jak sądziliśmy parkingowy, który pomógł znaleźć nam miejsce, pobrał 3€ opłaty plus 1€ na kawę, a potem pokazał, gdzie znajduje się dobra restauracja i odjechał na skuterze… Wtedy zorientowaliśmy się, że nieopodal znajduje się parkometr, z którego wszyscy korzystają. No cóż, oszust uśpił naszą czujność, gdyż nie spodziewaliśmy się, że ktoś może połaszczyć się na 4€, szczególnie w tak bezpiecznym miejscu.

Camara de Lobos
Camara de Lobos

Najbardziej charakterystyczne dla Câmara de Lobos są kolorowe łodzie rybackie w porcie, malownicze położenie wśród plantacji bananowców oraz doskonałe jedzenie. Zgłodnieliśmy, więc usiedliśmy w Sete Mares przy głównej ulicy, gdzie zamówiliśmy patelnię smażonych muszli (6€), sałatkę z dorodnymi krewetkami (12,50€) oraz kawałki smażonego w cebuli pałasza z frytkami (11,50€), a do tego po lampce białego wina (2,80€). Obiad był wspaniały, niezwykle aromatyczny i oryginalny. Najedzeni, poszliśmy na spacer uliczkami, podziwiając ładną zabudowę i widoki dookoła. Wracając, musieliśmy zatrzymać się przy uprawach bananów, a po powrocie wypróbowaliśmy basen należący do kompleksu apartamentów, w którym mieszkaliśmy.

Smażone muszle w Camara de Lobos
Smażone muszle w Camara de Lobos

20.04.2021 r.

Levada das 25 Fontes – Z samego rana przejechaliśmy dobre 40 km do Rabaçal, z czego większość to dobra droga poprzez tunele. Przy tej okazji musimy dodać, że niemal dokoła wyspy oraz w jej poprzek, poprowadzona jest droga szybkiego ruchu z ogromną ilością wielokilometrowych tuneli. Ułatwia to podróżowanie po wyspie nawet przy bardzo niesprzyjającej pogodzie, gdyż jak się dowiedzieliśmy, jeszcze nie tak dawno, podczas silnych wiatrów i deszczy było niemożliwe dotarcie do wielu miejscowości na wyspie. Końcowy odcinek to kręta droga wprost na parking, z którego wyruszyliśmy na dwa szlaki (PR 6 i 6.1).

Levada das 25 Fontes
Levada das 25 Fontes

Pierwszy odcinek do miejsca rozdzielenia się szlaków to wygodna droga prowadząca do schroniska – Casa do Rabaçal. Dalej PR 6 wiedzie wzdłuż Levada das 25 Fontes prowadzącej wąską ścieżką przy kanale irygacyjnym zbudowanym w 1855 r. Szliśmy mając nad głowami zwisające gałęzie wawrzynów lub jak kto woli drzew laurowych, a po bokach z jednej strony levadę, a z drugiej przepaść. Towarzyszyły nam ciekawskie zięby maderskie, niewielkie, ładnie ubarwione ptaszki, głośno oznajmiające swoją obecność. Mijając pomniejsze wodospady, doszliśmy do końca szlaku, czyli efektownego wodospadu spadającego pośród mrocznych skał. W drodze powrotnej część trasy wiedze nieco inaczej, tak aby ominąć najwęższe miejsca, w których trudno byłoby się turystom wyminąć.

Levada das 25 Fontes
Levada das 25 Fontes

Levada do Risco – Kilkaset metrów od schroniska znajduje się rozwidlenie, które prowadzi do drugiej z levad, to jest Levada do Risco. Szlak jest bardzo prosty i wygodny, a na jego końcu znajduje się malowniczy, wysoki wodospad spadający z około 100 m. Kiedyś możliwe było przejście tunelem za wodospadem, dziś jednak ścieżka jest zamknięta kratą. Wróciliśmy do schroniska, żeby posmakować tutejszych wypieków: tarty jabłkowej z bitą śmietaną i sernika na kruchym cieście z galaretką z marakui. Pokonanie obu szlaków niespiesznym krokiem wraz z wizytą w schronisku zajęło nam nieco ponad 3,5 h.

Levada do Risco
Levada do Risco

Porto Moniz – Z Rabaçal pojechaliśmy dalej, nad sam ocean do Porto Moniz, 25 km krętą, górską drogą, której uwieńczeniem był zjazd agrafkami na sam dół. Nie mogliśmy odmówić sobie zatrzymania na punkcie widokowym, z którego rozciągał się niesamowity widok na malowniczą miejscowość i Atlantyk. Główną atrakcją Porto Moniz są baseny naturalne, czyli zamknięte skałami zagłębienia, do których cały czas ma dostęp ocean dostarczając świeżej wody. Najpierw skierowaliśmy się do Piscinas Naturais Velhas, czyli starego kompleksu, z którego korzystało niewiele osób. Jest to bardzo urokliwe miejsce, aczkolwiek my chcieliśmy skorzystać z drugiego kompleksu, ala najpierw obejrzeć akwarium (Aquário da Madeira – 7€). Miejsce jest ciekawe, ale bardzo małe. W 11 zbiornikach żyją ryby zamieszkujące wody w pobliżu Madery, a w największym o objętości około 500 m³ aż 60 gatunków, w tym całkiem duże okazy tuńczyka i rekina. Całe akwarium ulokowane jest w odbudowanym Forcie Św. Jana Chrzciciela, który chronił dawniej miasto przed piratami.

Porto Moniz
Porto Moniz

Obiad w Porto Moniz to kolejna atrakcja. Zamówiliśmy dorsza z grilla pod pierzynką z cebuli, do tego ryż, gotowane ziemniaki polane masłem oraz warzywa do samodzielnego przyprawienia octem winnym, oliwą, solą i pieprzem (obiad dla dwóch osób wraz z dwoma półlitrowymi piwami Coral kosztował 35€). Po posiłku ruszyliśmy do dobrze zagospodarowanych Piscinas Naturais de Porto Moniz (wstęp 1,50€ od osoby), aby zażyć kąpieli w oceanicznej wodzie, mimo, że jej temperatura nie zachęcała (18ºC). Co to dla nas Polaków zaprawionych w bałtyckich kąpielach :-D Na początku oprócz nas nie było chętnych na pływanie, ale zachęciliśmy innych, którzy nie wytrzymali może tak długo jak my, ale jednak spróbowali wskoczyć do basenów. Ściany kąpieliska to naturalne skały, po których chodziły duże kraby z czerwonymi szczypcami oraz mniejsze całkowicie czarne. Po półgodzinnej kąpieli musieliśmy wygrzać się na słońcu, które przyjemnie prażyło z nieba. Na koniec zrobiliśmy zakupy w pobliskim markecie i wróciliśmy na kwaterę.

Porto Moniz
Porto Moniz

21.04.2021 r.

Levada Fajã do Rodriguez – Jadąc do Levada Fajã do Rodriguez nie spodziewaliśmy się takich atrakcji. Zaczęło się niezbyt dobrze, bo na początku szlaku (jakieś 200 m od parkingu) zobaczyliśmy tabliczkę informującą o zamknięciu szlaku (PR 16). Taśma zabezpieczająca już dawno musiała zostać zerwana, a ścieżka wyglądała na może niezbyt często, ale uczęszczaną. Zdecydowaliśmy się więc spróbować trekkingu tak daleko jak się da. W rzeczywistości cały szlak wzdłuż levady był dostępny, ale prawdę mówiąc niezbyt bezpieczny. Początkowo szliśmy sympatyczną ścieżką podziwiając liczne widoki na dolinę São Vicente, mijając wysokie araukarie, potem musieliśmy przejść we wgłębieniu skalnym za wodospadem, a następnie doszliśmy do tunelu.

Levada Fajã do Rodriguez
Levada Fajã do Rodriguez

Z latarkami czołówkami na głowach przeszliśmy skrajem kanału z wodą, uważając, żeby do niego nie wpaść. Potem był drugi tunel, kolejny wodospad, aż doszliśmy do końcowego, bardzo długiego tunelu, ciągnącego się w nieskończoność… Szliśmy bardzo wąską półką nad kanałem, tak wąską, że z trudnością utrzymywaliśmy równowagę. Przytrzymywaliśmy się stropu tunelu i posuwaliśmy się bardzo wolno do przodu. W dali widzieliśmy małe światełko, czyli najprawdopodobniej koniec tunelu, ale po kilkunastu minutach wcale nie robiło się większe. W końcu podjęliśmy decyzję, że czas zawrócić… Szlak to świetne przeżycie, piękna przyroda i atrakcyjne widoki.

Levada Fajã do Rodriguez
Levada Fajã do Rodriguez

São Vicente – Miasteczko São Vicente to naszym zdaniem najładniejsza miejscowość na Maderze, położona w dolinie, tuż przy oceanie, zachwyca swą zabudową i otoczeniem. Po zaparkowaniu na dużym parkingu i przejściu jedną z głównych uliczek (Rua da Fonte Velha), doszliśmy do ładnego kościoła parafialnego (Igreja Matriz), wyróżniającego się jasną fasadą i ciekawą wieżą.

São Vicente
São Vicente

Był już najwyższy czas na kawę w Snack Bar Estoril naprzeciwko kościoła, do której wzięliśmy ciastko kokosowe i drożdżówkę z czekoladą. Nie omieszkaliśmy też posmakować słynnego maderskiego drinka, czyli poncha. Jest to mieszanka rumu aguardente, naturalnych soków cytrusowych i miodu. Trunek wyborny! Potem poszliśmy jeszcze nad ocean, spacerowaliśmy wzdłuż kamienistej plaży, restauracji i pięknych kwiatów.

Nad Oceanem Atlantyckim w São Vicente
Nad Oceanem Atlantyckim w São Vicente

Chão da Ribeira – Aby dotrzeć do Chão da Ribeira należy odjechać nieco od wybrzeża stromą, krętą drogą. Miejscowość charakteryzuje się dużą liczbą tradycyjnych kamiennych domów, ale przede wszystkim lasami wawrzynowymi porastającymi okalające ją góry. Wyruszyliśmy na krótki, niespieszny spacer, podziwiając okolicę.

Chão da Ribeira
Chão da Ribeira

Seixal – Tą samą drogą wróciliśmy nad ocean i pojechaliśmy do pobliskiego Seixal, a konkretnie do naturalnych basenów oraz na plażę. Zaczęliśmy jednak od obiadu, który zjedliśmy w Clube Naval Seixal, czyli knajpce tuż przy basenach. Po kilku dniach jedzenia ryb zapragnęliśmy dania mięsnego. Wybór padł na picado de vaca, czyli siekaną wołowiną w przepysznym sosie, podaną na frytkach.

Picado de vaca w Seixal
Picado de vaca w Seixal

Wzięliśmy jedną porcję małą i jedną dużą. Ku naszemu zaskoczeniu porcja mała była duża, a duża była wręcz ogromna (porcja mała 9,00€, porcja duża 17,50€). Obiad doskonale komponował się z widokami na efektowny basen naturalny, który nie był oblegany, bo tuż obok znajdowała się doskonała piaszczysta plaża. Po posiłku nie mogliśmy nie skorzystać z kąpieli w oceanie, który choć zimny, to tego dnia był spokojny i dawał mnóstwo frajdy. Piasek na plaży mimo, że ciemny, bo wulkaniczny, był bardzo miękki i przyjemny. Pozwoliło nam to na miłe plażowanie, wygrzewanie się w słońcu i obserwację początkujących surferów.

Plaża w Seixal
Plaża w Seixal

22.04.2021 r.

Pico Ruivo – Poranek w Funchal przywitał nas rzęsistym deszczem. Nie zrażeni, postanowiliśmy zrealizować plan dnia i pojechać na przeciwległą stronę wyspy, aby zdobyć najwyższy szczyt Madery, czyli Pico Ruivo (1862m n.p.m.). Ucieszyliśmy się, gdy w miarę zbliżania do celu pogoda się poprawiała, a zamiast nisko zawieszonych, gęstych chmur deszczowych, zobaczyliśmy prawie zupełnie błękitne niebo i mnóstwo słońca. Sprawdziło się to, że na tak niewielkiej wyspie może być zupełnie inna aura po obu jej stronach. Do miasta Santana droga była świetna. Potem skręciliśmy w boczną drogę do Achada do Teixeira, która na odcinku około 6 km była w remoncie, co oznaczało szuter, duże kamienie, dziury, omijanie maszyn i przewężenia… Jazda zdecydowanie nie była komfortowa, w szczególności, że jechaliśmy nisko zawieszonym samochodem.

Widoki w drodze na Pico Ruivo
Widoki w drodze na Pico Ruivo

W końcu maksymalnie zakurzonym autem dotarliśmy na parking, od którego wiódł szlak PR 1.2 wprost na najwyższe miejsce na wyspie. Szliśmy w pięknym słońcu podziwiając niesamowite góry, w tym wiele spowitych chmurami, z których wyłaniały się same szczyty. Do tego rozkoszowaliśmy się ciekawą roślinnością i ptakami. W końcu po około godzinie marszu dotarliśmy do schroniska Casa de Abrigo do Pico Ruivo. Przed schroniskiem stał jego pracownik, my jednak powiedziawszy, że najpierw szczyt, potem odpoczynek, ruszyliśmy na ostatni odcinek, czyli około półgodzinne podejście. Ze szczytu widać było dużą część wyspy, a przede wszystkim różnice pogody w jej różnych częściach. Z jednej strony widać było wąwozy ciągnące się aż do oceanu, a z drugiej, morze mleka, czyli nisko zawieszone chmury pokrywające teren.

Widoki w drodze na Pico Ruivo
Widoki w drodze na Pico Ruivo

W schronisku nie odmówiliśmy sobie kawy, domowej babki oraz ponchy. Z takim wypasem wyszliśmy przed schronisko wzbudzając zazdrość dziewięcioosobowej grupy Niemców zajadających swoje kanapki. Jeden z młodych turystów ruszył do schroniska i po chwili wyszedł ze szklaneczkami ponchy dla wszystkich :-) Po miłym przystanku mogliśmy wracać do samochodu. Pozostał zjazd tą samą drogą do Santany…

Pico Ruivo
Pico Ruivo

Santana – Jednym z głównych celów odwiedzin w Santanie był dla nas Parque Temático da Madeira. Zaparkowaliśmy na zadaszonym parkingu nieopodal atrakcji i ruszyliśmy do środka. Zmierzono nam temperaturę, ale nie pobrano opłaty… Zapewne wynikało to z panującej epidemii i faktu, że trzy z czterech pawilonów z atrakcjami były zamknięte. Chodziliśmy wśród tradycyjnych domów otoczonych pięknymi ogrodami, poznawaliśmy historię, tradycje oraz przyrodę wsypy. Jedynym otwartym obiektem był  pawilon Descoberta das Ilhas (Discovery of the Islands – 2€ od osoby), w którym w ciekawy sposób zaprezentowano początki zasiedlenia wyspy przez Europejczyków.

Tradycyjne domy w Parque Temático da Madeira
Tradycyjne domy w Parque Temático da Madeira

Wsiedliśmy do kolejki, która podczas krótkiej przejażdżki, przy udziale multimediów przeniosła nas w czasie. Ciekawe doświadczenie, a przy okazji zrobiono nam pamiątkowe zdjęcie oraz magnes z naszymi podobiznami. W jednym z domów znajdowało się coś w stylu karczmy, która serwowało ponchę. Nie mogliśmy się oprzeć pysznemu drinkowi, a dzięki temu dowiedzieliśmy się z czego jest przygotowywany. Odpłatne było także wejście do zagrody ze zwierzętami gospodarskimi, w szczególności kozami i królikami (2,50€ od osoby).

Parque Temático da Madeira
Parque Temático da Madeira

Po sympatycznym spacerze poszliśmy do pobliskiego centrum, ale najpierw zatrzymaliśmy się  w Adega de Compadre na kolejny rewelacyjny obiad. Tym razem zdecydowaliśmy się na przystawkę – un bolo de caco, czyli tradycyjne pieczywo zapieczone z masłem czosnkowym (2€), a potem na danie główne, czyli espetadę – szaszłyk wieprzowy z frytkami i surówką do samodzielnego przyprawienia (11,50 € za porcję). Do tego oczywiście nie mogło zabraknąć piwa Coral :-) Najedzeni poszliśmy obejrzeć drugą atrakcję Santany, to jest skupisko tradycyjnych maderskich domów, w których obecnie znajdują się sklepiki i warsztaty.

Tradycyjne domy w centrum Santany
Tradycyjne domy w centrum Santany

Ponta do Garajau – Na koniec podjechaliśmy jeszcze do bardzo charakterystycznego miejsca wyspy, czyli Ponta do Garajau. Od 1927 roku na cyplu stoi figura Chrystusa Odkupiciela, witającego nadpływające do Funchal statki.  W miejscu tym rozciągają się także widoki na klify oraz stolicę wyspy.

Ponta do Garajau
Ponta do Garajau

23.04.2021 r.

Vereda da Ribeira da Janela – Następnego dnia wycieczkę zaczęliśmy od wędrówki Vereda da Ribeira da Janela (PR 15), czyli szlakiem o długości 2,7 km z Curral Falso do Ribeira da Janela. Jadąc drogą ER 209 wypatrywaliśmy początku szlaku. Po zlokalizowaniu wejścia i parkingu, ruszyliśmy w dół drewnianymi schodami i błotną ścieżką wśród bujnej roślinności, przywodzącej na myśl las pierwotny. Mijaliśmy gigantyczne paprocie drzewiaste, liczne wawrzyny, powykręcane zarośla, gdzie w pewnym miejscu usłyszeliśmy dziwne odgłosy.

Paprocie drzewiaste - Vereda da Ribeira da Janela
Paprocie drzewiaste – Vereda da Ribeira da Janela

Nie zastanawialiśmy się nad tym zbyt wiele, aż do drogi powrotnej, gdy w tym samym miejscu dźwięk się nasilił i przypominał dzikie zwierzę czające się w zaroślach. Przystanęliśmy próbując wypatrzeć źródło hałasu, jednakże gdy wzmógł się, szybkim krokiem odeszliśmy. Do teraz nie wiemy co nas wystraszyło, na nasze szczęście nie ruszyło za nami. Co ciekawe, na Maderze nie ma groźnych, ani dużych zwierząt, więc tej zagadki zapewne nigdy nie rozwiążemy :-) Wyjeżdżając z Ribeira da Janela zatrzymaliśmy się jeszcze na punkcie widokowym Miradouro da Eira da Achada skąd widać było spory odcinek wybrzeża.

Miradouro da Eira da Achada
Miradouro da Eira da Achada

Porto Moniz – Tego dnia wiał dość silny wiatr, który wywołał wysokie fale na oceanie. Zajechaliśmy do Porto Moniz i zdziwiliśmy się bardzo, że część ulic jest zamknięta dla ruchu. Myśleliśmy, że szykuje się jakaś impreza, a tu okazało się, że fale wylewają się na bulwar… Widok był spektakularny, gdyż wysokie fale rozbijając się o skały, wyrzucały na kilkanaście metrów masy wody. Jedne i drugie baseny naturalne zalewane były cały czas, więc tego dnia kąpiel była niemożliwa.  Usiedliśmy w kawiarni z widokiem na Atlantyk i zjedliśmy pyszne tarty z marakui i babanów. A potem przeszliśmy jeszcze na główny plac, gdzie nie odmówiliśmy sobie ponchy z marakui. Jak szaleć, to szaleć ;-)

Szalejacy ocean w Porto Moniz
Szalejacy ocean w Porto Moniz

Ponta do Pargo – Miejscowość tę odwiedziliśmy ze względu na charakterystyczną latarnię morską stojąca na najdalej wysuniętym na zachód przylądku Madery. Najpierw zatrzymaliśmy się pod samą latarnią, skąd mieliśmy doskonały widok na okoliczne klify, a potem przejechaliśmy na punkt widokowy przy malowniczej herbaciarni Casa de chá “O Fio”. Przeszliśmy kilkaset metrów w kierunku latarni w poszukiwaniu najlepszego widoku.

Latarnia morska w Ponta do Pargo
Latarnia morska w Ponta do Pargo

Ponta do Sol – Jadąc do następnej miejscowości mijaliśmy wspaniałe lasy eukaliptusowe. Drzewa są bardzo wysokie i dzięki temu sprawiają monumentalne i nieco ponure wrażenie. Ponta do Sol jest wyjątkowo urokliwym miasteczkiem z ładną zabudową, ale przede wszystkim pięknie położoną nad oceanem w otoczeniu gór i plantacji bananów. Zaczęliśmy od obiadu w restauracji Caprice tuż przy kościele Igreja de Nossa Senhora da Luz.

Ponta do Sol
Ponta do Sol

Zamówiliśmy pałasza w sosie tropikalnym z mnóstwem owoców oraz doradę z grilla, do tego dostaliśmy surówkę, gotowane warzywa i ziemniaki w mundurkach. Nie zabrakło też piwa Coral, a po obiedzie skusiliśmy się na niesamowity deser – pudding z marakui (cały obiad kosztował 37,30 €). Po sytym i doskonałym posiłku, poszliśmy do portu, wzdłuż którego stoją kolorowe budynki oraz palmy, a po przeciwnej stronie znajduje się szeroka, ale kamienista plaża. Atrakcją Ponta do Sol jest stara, kamienna przystań i wykuty w bazalcie łuk. Tu też szalały fale, więc trzeba było bardzo uważać, żeby nie zostać totalnie zmoczonym przez ocean, który co i raz próbował zrobić nam prysznic :-) Potem wróciliśmy do miasta i udaliśmy się na punkt widokowy, z którego wspaniale prezentowała się panorama miasta.

Ponta do Sol
Ponta do Sol

24.04.2021 r.

Cabo Girão – Ostatniego dnia zwiedzania pojechaliśmy, żeby zobaczyć jeden z najwyższych klifów na świecie, czyli Cabo Girão wznoszący się 580 m ponad Camara de Lobos. Punkt widokowy był jeszcze zamknięty, więc podeszliśmy nieco wyżej do kaplicy. Po drodze oglądaliśmy rośliny wzdłuż drogi. Gdy wróciliśmy, mogliśmy wejść na Cabo Girão Skywalk, czyli przeszkloną platformę zawieszoną ponad klifem. Widok spektakularny.

Panorama z Cabo Girão
Panorama z Cabo Girão

São Vicente – W dalszej części dnia nie oparliśmy się pokusie odwiedzenia po raz drugi urokliwego São Vicente. Zaczął padać deszcz, więc usiedliśmy w tej samej kawiarni i zamówiliśmy po ciastku, kawę i ponchę :-) Obserwowaliśmy otoczenie, delektując się zamówionymi specjałami. Gdy deszcz przestał padać, poszliśmy nad ocean, zeszliśmy na kamienistą plażę i przypatrywaliśmy się wysokim falom.

São Vicente
São Vicente

Funchal – Na koniec pojechaliśmy ponownie do stolicy, czyli Funchal. Niespiesznie spacerowaliśmy po starówce odkrywając kolejne uliczki. Przysiedliśmy w porcie jachtowym, żeby jeszcze raz zakosztować ponchy marakujowej i kontemplować ostatnie widoki. Potem dalej wędrowaliśmy pośród ładnej zabudowy i roślinności, aż przyszedł czas na obiad. Od kilku dni szukaliśmy tradycyjnej potrawy maderskiej, czyli cataplany.

Cataplana w Funchal
Cataplana w Funchal

Jest to rodzaj jednogarnkowego dania podawanego w kociołku, na które składa się gotowana ryba, krążki kalmarów, muszle i krewetki, a wszystko to w sosie pomidorowym z dużą ilością zielonej pietruszki. Okazało się, że poszukiwania zakończyliśmy w tej samej restauracji, w której jedliśmy pierwszy obiad na wyspie, czyli Cafe Funchal. Do tego zamówiliśmy półlitrową butelkę białego, portugalskiego wina (cały obiad kosztował 61€).

Funchal
Funchal

Wróciliśmy do apartamentu, gdzie umówiliśmy się na zdanie samochodu. Operacja przebiegła błyskawicznie i bez najmniejszych problemów, a my poszliśmy jeszcze do parku, który codziennie oglądaliśmy z balkonu.

25.04.2021 r.

Na 7:30 zamówiliśmy transfer na lotnisko (30€). Przyjechał po nas Alan, Anglik mieszkający od 20 lat na Maderze, któremu oddaliśmy klucze i po 20 minutach znaleźliśmy się na niewielkim lotnisku. Wylot z wyspy do Lizbony mieliśmy o 9:55 (linie TAP, lot nr TP1694). Nie musieliśmy wykonywać testów COVID, gdyż tym razem do stolicy Portugalii przybywaliśmy z terytorium autonomicznego, które nie było objęte takimi restrykcjami. Co ciekawe wracaliśmy z tą samą drużyną piłkarską – Marítimo Madeira. W Lizbonie byliśmy o 11:35, mieliśmy więc czas na szybki lunch. Zjedliśmy bacalhau bras (9,95€ za porcję), czyli dorsza w warzywach, przypominającego nieco nasza rybę po grecku, ale bez koncentratu pomidorowego. Bardzo dobre danie, które uzupełniliśmy ciastkami i kawą w sąsiednim lokalu. Najedzeni, zobaczyliśmy, że na wyświetlaczu podano naszą bramkę, więc ruszyliśmy na boarding (linie TAP, lot nr TP1208 o 13:15).

Poncha w porcie jachtowym w Funchal
Poncha w porcie jachtowym w Funchal

W Warszawie wylądowaliśmy około 18:00. Jako, że nie mieliśmy wykonanych testów, Służba Graniczna wpisała nas na 10-dniową kwarantannę, z której zgodnie z obowiązującymi przepisami można się uwolnić wykonując w ciągu 48 godzin test. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości wykonania testu antygenowego bezpośrednio na lotnisku (200 zł od osoby), co może nie było opcją najtańszą, ale najwygodniejszą. Dzięki temu po około 10 minutach od wykonania wymazu, otrzymaliśmy wynik negatywny i od razy zostaliśmy uwolnieni od kwarantanny :-) Mogliśmy wracać do domu!

Przylądek São Lourenço
Przylądek São Lourenço

Cieszymy się, że w tak niesprzyjających okolicznościach epidemicznych mogliśmy przeżyć wspaniałe wakacje i choć na te kilka dni oderwać się od codzienności. Jak widać, było kilka elementów, na które trzeba zwrócić uwagę (szczególnie różne restrykcje w różnych miejscach), ale naprawdę warto było.