Islandia

18.05.2018 – 28.05.2018

Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne

OPIS PODRÓŻY

18.05.2018 r.

Naszą podróż rozpoczęliśmy wieczorem na lotnisku Chopina w Warszawie, skąd polecieliśmy liniami WizzAir do Keflaviku na Islandii (lot nr W6 1539 o 21:35). Był to nasz pierwszy lot tzw. tanimi liniami, musimy więc podzielić się naszymi spostrzeżeniami. Po pierwsze musieliśmy dokupić bagaż rejestrowany, gdyż w cenie był tylko bagaż podręczny (10 kg). Po drugie, wszystko co w “normalnych” liniach jest za darmo, tu było dodatkowo płatne np. wybór miejsc i to nawet podczas odprawy oraz jakiekolwiek picie i jedzenie. Do tego fotele nie rozkładały się, a ma to niebagatelne znaczenie podczas nocnego lotu…

Krajobraz Islandii nieopodal Lodowca Skaftafell

Na jedynym lotnisku międzynarodowym na Islandii wylądowaliśmy planowo o 23:50 czasu miejscowego. Szybko odebraliśmy bagaże, musieliśmy więc poczekać kilkanaście minut na przedstawiciela wypożyczalni, który zjawił się w hali przylotów, aby zabrać nas do siedziby firmy oddalonej o kilka kilometrów od lotniska. Formalności było niewiele, więc po chwili wsiadaliśmy już do zamówionego Suzuki Jimny i jechaliśmy na nocleg oddalony o kolejne 3,5 km. Jadąc zauważyliśmy, że nie działa dobrze kierunkowskaz, a po dojechaniu nie mogliśmy zamknąć samochodu. Na szczęście na Islandii można nie martwić się o zamykanie samochodu, czy też domu, gdyż jest to bardzo bezpieczny kraj. Postanowiliśmy sprawę auta załatwić następnego dnia, gdyż było już po pierwszej w nocy, a właściwie trzeciej polskiego czasu. Już w Polsce otrzymaliśmy na maila  instrukcję dostania się do pokoju w Bank Guesthouse, która polegała na wybraniu kodu do skrytki umieszczonej w hallu, w której z kolei znajdował się klucz do pokoju.

19.05.2018 r.

Nasze Suzuki Jimny w drodze z Grindavik do Hafnir

Pomimo późnego przyjazdu wstaliśmy dość wcześnie, a to za sprawą przesunięcia czasu o dwie godziny. Wyruszyliśmy do wypożyczalni, żeby wyjaśnić sprawę usterek w naszym Suzuki. Bez problemów wymieniono nam samochód na inny, a przy okazji przesympatyczny pracownik wypożyczalni, Polak, Albert, udzielił nam kilku ważnych rad. Ostrzegł nas przed bardzo silnym wiatrem, który potrafi wyrwać drzwi z zawiasów, a nawet przewrócić samochód, a który miał wiać do końca dnia i kolejny dzień. Zaproponował zmianę planów, tak aby nie rezygnować ze zwiedzania, a jednocześnie jak najmniej odczuć skutki wichury. Skorzystaliśmy z rad i nie żałujemy.

Temperatury na Islandii nie rozpieszczają. Tego dnia były zaledwie 3ºC, a odczuwalna temperatura wynosiła -3ºC. Jadąc do pierwszej atrakcji mieliśmy okazję przekonać się co to oznacza. Przemierzając pierwsze góry spotkała nas śnieżyca, a drogę torował pług śnieżny. No cóż jaki kraj, taka aura…

Gejzer Strokkur (Maselnica) na polu geotermicznym Geysir

Geysir – Zwiedzanie Islandii zaczęliśmy od słynnego gejzera, od którego nazwę wzięły wszystkie gejzery na świecie, czyli od miejsca zwanego Geysir. Znajduje się tu pole geotermiczne z licznymi bulgoczącymi i parującymi sadzawkami, w których temperatura wody osiąga 100°C. Najważniejszą atrakcją jest gejzer Strokkur, czyli Maselnica, strzelający pióropuszem wody co około 10 minut na wysokość 30 m. Efekt naprawdę niesamowity. Aż trudno sobie wyobrazić jak musi wyglądać aktywny tylko podczas trzęsień ziemi główny gejzer o nazwie Geysir, który ma dwa razy większą moc… Cały teren jest niezwykle ciekawy i kolorowy, nic więc dziwnego, że miejsce jest oblegane przez turystów z całego świata.

Wodospad Gullfoss

Gullfoss – Po przejechaniu w mega silnym wietrze 6 km, dotarliśmy do najsłynniejszego wodospadu Islandii, czyli Gullfoss, co oznacza Złoty Wodospad. Na miejscu wiatr wyrywał drzwi z rąk, a chodzenie pod wiatr wymagało niemałego wysiłku. Dodać musimy, że ubezpieczenia na Islandii nie obejmują uszkodzeń drzwi spowodowanych przez wiatr, a to oznaczało, że musieliśmy bardzo mocno je trzymać, aby nie zostały wyrwane. Widok wodospadu wynagradza wszelkie trudy. Masy wody spadają z dwóch skalnych progów o wysokości 11 i 21 m do głębokiego wąwozu. Robienie zdjęć i filmowanie w tych warunkach pogodowych, gdy wiatr wyrywa sprzęt, a wszechobecna woda wprost z wodospadu zalewa obiektyw, to niełatwe zadanie. Atrakcja jest świetnie przygotowana do zwiedzania, dzięki czemu można ten cud natury obejrzeć z różnych perspektyw.

Krater Kerið

Kerið – Wracając w kierunku Reykjaviku zatrzymaliśmy się koło niezwykle malowniczego krateru Kerið o głębokości 55 m (wstęp płatny 400 ISK za osobę, czyli około 14 zł). Warto wybrać się na spacer jego brzegiem, podziwiając wielokolorowe zbocza oraz powstałe wewnątrz niewielkie zielone jeziorko, na którego brzeg prowadzi ścieżka wgłąb krateru.

Musieliśmy zatankować (cena paliwa to niecałe 230 ISK za litr, czyli około 8 zł…), a przy okazji zjedliśmy bardzo popularne na Islandii hot-dogi z baraniny podawane z sosami i surową lub smażoną cebulką (390 ISK). Tuż obok zrobiliśmy też zakupy w najtańszej sieci supermarketów Bonus z charakterystycznym logo w postaci różowej świnki skarbonki 🙂 Ceny dużo wyższe niż w Polsce, ale i tak lepsze niż gdzie indziej…

Bláa Lónið (Błękitna Laguna)

Bláa Lónið (Błękitna Laguna) – Teraz czekał na nas czysty relaks, a mianowicie kąpiel w jednym z najsłynniejszych kąpielisk geotermalnych, a na pewno najsłynniejszym na Islandii, czyli w Błękitnej Lagunie nieopodal Grindaviku. Jadąc wśród niesamowitych pól lawy, już z daleka widzieliśmy dymiącą, a raczej parującą elektrownię, dzięki której powstała Bláa Lónið.  Dużo wcześniej zarezerwowaliśmy sobie wstęp do kąpieliska (8.990 ISK od osoby po godzinie 16, czyli niemal 320 zł), gdyż mimo okrutnie wysokiej ceny jest bardzo popularne. Miejsce to jest niezwykłe. Niesamowicie błękitna woda w połączeniu z czernią otaczających ją skał, czy raczej zastygłej lawy, jest zjawiskowo piękna. Rozmiar obiektu pozwala czuć się dość kameralnie mimo dużej ilości osób. W gratisie każdy otrzymuje maseczkę z białego błota (ponoć dobra na cerę), ręcznik oraz dowolny napój (my wybraliśmy przepyszne jogurty pitne z owocami, zwane skyr). Temperatura wody osiąga od 38-40ºC, ale tak naprawdę to jest rożna w różnych miejscach. Był to dla nas wspaniały trzygodzinny odpoczynek po zimnym i wietrznym dniu.

Szczelina między płytami tektonicznymi: euroazjatycką i północnoamerykańską

Droga z Grindavik do Hafnir – Na Islandii pod koniec maja w zasadzie nie zapada mrok, a jedynie od pierwszej do trzeciej w nocy jest nieco ciemniej. Mimo późnej pory, na koniec dnia postanowiliśmy przejechać się widokową szosą z Grindavik do Hafnir. Po drodze widzieliśmy niezmierzone pola lawy, siarkowe jezioro oraz wzburzone morze. Samochodem bezustannie targał wiatr, a my z trudem wychodziliśmy z niego na punktach widokowych. Nie mogliśmy odpuścić jednak miejsca, w którym jak na dłoni widać szczelinę pomiędzy dwiema płytami tektonicznymi: euroazjatycką i północnoamerykańską. Tym samym mieliśmy niepowtarzalną okazję jedną nogą być w Europie, a drugą w Ameryce 🙂

20.05.2018 r.

Pole geotermiczne Seltún

Seltún – Opuściliśmy naszą pierwszą kwaterę i udaliśmy się w dalszą drogę do Seltún, gdzie znajduje się interesujące pole geotermiczne. Po dojechaniu na miejsce od razu uderzył nas silny zapach siarki, czy wręcz siarkowodoru. Ruszyliśmy specjalnie do tego przygotowanymi kładkami wśród bulgoczących oczek wodnych i parującego, gorącego strumienia. Podziwialiśmy różnobarwną ziemię i skały, przyjmujące kolory od bieli, przez intensywną żółć, pomarańcz, brązy, czerwienie, aż po szarości i czerń. Miejsce było nader oryginalne, a my mogliśmy wspiąć się wyżej, aby podziwiać niezwykłą panoramę. Zważywszy, że pod powierzchnią ziemi drzemie płynna magma, trudno było zapomnieć o potędze przyrody pod naszymi stopami, a zapach mamy w pamięci do dziś.

Islandzkie krajobrazy z drogi

Jadąc wzdłuż oceanu do następnej atrakcji, tuż przed naszymi oczyma, po silnym podmuchu, z drogi wypadł samochód. Natychmiast zatrzymaliśmy się i popędziliśmy z pomocą. Z niewielkiego, czerwonego samochodu wyszła jak się później okazało Tajwanka, której na szczęście nic się nie stało, mimo, że samochód był kompletnie rozbity. Towarzyszyliśmy dziewczynie aż do przyjazdu policji, wiedząc, że jest w szoku i znajdujemy się na kompletnym pustkowiu. Po jakiejś półgodzinie dotarł sympatyczny policjant, który podziękował nam, uścisnął dłonie, a my uściskaliśmy Tajwankę i pojechaliśmy dalej. Jeżdżąc po Islandii mieliśmy w pamięci to zdarzenie i wiedzieliśmy jak groźny może być tu zwykły podmuch wiatru…

Wodospad Seljalandfoss

Seljalandfoss – W drodze do Seljalandfoss zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na klasyczny i do tego smaczny Islandzki obiad Fish & Chips, czyli po prostu rybę z frytkami oraz sałatką (porcja 1.990 ISK, tj. 70 zł) oraz kawę i herbatę (za 295 ISK z możliwością dolewki). Po dotarciu do celu okazało się, że parking jest płatny (700 ISK, czyli około 25 zł). Padał deszcz, ale miało to niewielkie znaczenie, gdyż zamierzaliśmy obejść wodospad dookoła, a to oznaczało, że i tak przemokniemy do suchej nitki… Wysoki na 60 m wodospad imponuje, ale możliwość znalezienia się za ścianą wody to dopiero wyjątkowa atrakcja. Kompletnie przemoczeni udaliśmy się wprost na kolejny nocleg – South Iceland Guesthouse w miejscowości Steinar. Był to kolejny pensjonat bez łazienki w pokoju, za to z piętrowym łóżkiem 🙂 Odebraliśmy klucze w pobliskiej restauracji, a potem odpoczywaliśmy w całkiem przyjemnej atmosferze.

21.05.2018 r.

Rezerwat Dyrhólaey

Dyrhólaey – Z samego rana ruszyliśmy do rezerwatu Dyrhólaey, po drodze mijając lodowiec Solheimajokull spływający z wulkanu Katla oraz podziwiając tak odmienne od polskich widoki. Ku naszemu zdziwieniu, klify Dyrhólaey są dostępne od 9:00 do 19:00, musieliśmy więc czekać jakieś pół godziny na otwarcie szlabanu blokującego wjazd. Wszystkie samochody ruszyły na łatwo dostępny parking u podnóża klifu, a my naszą małą terenówką postanowiliśmy wjechać pod samą latarnię morską, skąd rozciągał się widok na charakterystyczne formacje  w postaci podwójnego łuku skalnego oraz innych mniejszych głazów. Prócz tego na klifach obserwowaliśmy kolonie mew, fulmarów, a także kroczącego dumnie ostrygojada. Po zjechaniu na główny parking oglądaliśmy majaczące w dali skalne słupy zwane Reynisdrangar oraz czarną plażę. Zaobserwowaliśmy także pierwsze na naszej trasie maskonury, czyli żywe maskotki Islandii przypominające małe pingwiny z pomarańczowymi łapkami i dziobami.

Czarna plaża w Vík í Mýrdal, a w dali skalne słupy Reynisdrangar

Vík í Mýrdal – Tylko niewielka odległość dzieli Dyrhólaey od osady Vík í Mýrdal, gdzie można znaleźć się na jednej z dziesięciu najpiękniejszych plaż świata, czyli czarnej jak smoła, piaszczystej plaży nad Atlantykiem. Plaża jest szeroka, rzeczywiście zupełnie czarna i gdyby nie temperatura, to zachęcałaby do kąpieli. Niestety było zaledwie 5ºC, więc jakoś nikt nie próbował wejść do wzburzonej od silnego wiatru wody. Sama miejscowość jest niewielka, licząca niecałe 300 mieszkańców, a na wzgórzu wyróżnia się typowy dla Islandii biały kościół.

Lodowiec Skaftafell

Skaftafell – W drodze do Parku Narodowego Skaftafell niemal cały czas mogliśmy podziwiać góry, z których co i rusz spływał większy lub mniejszy wodospad. Aż trudno nam było uwierzyć, że jest ich aż tyle. Dzięki temu nie zauważyliśmy kiedy pokonaliśmy ponad 150 km. Dojechaliśmy do Centrum Turystycznego (parking płatny 600 ISK), skąd rozchodzą się szlaki prowadzące do czoła jęzora Skaftafell, do wodospadu Svartifoss oraz wiele innych. W dali widzieliśmy trzy różne jęzory lodowca: Svinafell, Skeidarar i oczywiście Skaftafell, do którego natychmiast udaliśmy się szlakiem S1 (około jedna godzina w dwie strony). Po przyjemnym spacerze doszliśmy do jeziora broniącego dostępu do lodu. Naszym oczom ukazały się niesamowite góry lodowe pływające po tafli wody. Podeszliśmy najbliżej jak się dało do czoła lodowca, skąd widać było jak na dłoni, liczne bruzdy i rozpadliny w szaro-błękitnym lodzie. Z daleka jęzor lodowca wydaje się niewielki, za to z bliska można poczuć się jak mrówka widząc jego imponujące rozmiary.

Wodospad Svartifoss

Wróciliśmy nieco inną drogą wśród rachitycznej roślinności pokrywającej całą okolicę. Pogoda nie oszczędzała nas i raz byliśmy smagani przez grad, raz przez deszcz, a cały czas towarzyszył nam wiatr odsłaniający co i raz słońce, które z kolei nas osuszało. Po powrocie do Centrum udaliśmy się w przeciwną stronę, na szlak S2 do Wodospadu Svartifoss. Szlak jest prosty i wiedzie przez punkty widokowe, a także mijając inną kaskadę. W pewnym momencie już z dali mogliśmy podziwiać ten może niezbyt okazały, za to niezwykły wodospad spadający z klifu utworzonego z bazaltowych kolumn, które wyglądają jak ociosane ręką ludzką.

Lodowiec Skaftafell widziany z punktu widokowego Sjórnanipa

Cofnęliśmy się nieco, żeby skręcić na szlak S6 wiodący do punktu widokowego Sjórnanipa, z którego chcieliśmy obejrzeć z góry Skaftafell. Szliśmy wśród niskich krzewinek widząc w oddali ośnieżone góry, aż doszliśmy do miejsca, z którego jak na dłoni widać było w dole rozległy jęzor lodowca. Szlakiem S5/S6 zeszliśmy do Centrum Turystycznego. Ścieżka nie była trudna i mimo, że do pokonania mieliśmy 7,4 km, to wraz ze spokojnym podziwianiem widoków, zajęła nam około dwie godziny. Warto wybrać się na taki trekking, żeby zobaczyć zarówno oryginalny wodospad, nietypową przyrodę, a przede wszystkim wspaniały lodowiec z bliska i to z innej perspektywy. Tuż po opuszczeniu Parku Narodowego zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na obiad, czyli tym razem na hamborgartilboð. Zestaw (za 1.550 ISK od osoby, czyli około 55 zł) zawierał hamburgera w bułce z serem i sałatą, sporą porcję frytek oraz dowolny półlitrowy napój (kola, woda, lekkie piwo 2,25%). Naprawdę dobre i tanie jedzenie jak na warunki islandzkie 🙂

Nad oceanem koło Jökulsárlón

Jadąc na kwaterę zatrzymaliśmy się przy Jökulsárlón, gdzie wdrapaliśmy się na niewielki pagórek, aby obejrzeć przepiękną lodowa lagunę, której zamierzaliśmy się przyjrzeć bliżej następnego dnia. W słońcu oglądaliśmy błękitne góry lodowe pływające po jeziorku oraz liczne ptaki. Zauważyliśmy, że po drugiej stronie drogi jest kolejny parking, na którym zgromadziło się wielu turystów. Po dojechaniu w to miejsce okazało się, że z Jökulsárlón wypływa rzeka wynosząca góry lodowe wprost do oceanu. Jest to niesamowity widok brył lodu unoszących się w morzu i zalegających na plaży. W końcu dojechaliśmy do Lilja Guesthouse, czyli bardzo ładnego pensjonatu znajdującego się na farmie. Obiekt oprócz smacznego i urozmaiconego śniadania oferuje wyśmienitą kawę dostępną przez całą dobę w holu.

22.05.2018 r.

Lodowa laguna Jökulsárlón

Jökulsárlón – Z kwatery musieliśmy cofnąć się ponad 50 km drogą nr 1 do Jökulsárlón. Mieliśmy zarezerwowany bilet na półgodzinny rejs amfibią po lodowej lagunie o godzinie 9:40. Byliśmy sporo wcześniej, więc zaproponowano nam wycieczkę o 9:10. Popłynęliśmy wraz z grupą Katalończyków z Barcelony, dzięki czemu było głośno i wesoło (jak to zwykle w towarzystwie tej nacji). Wsiedliśmy do amfibii na lądzie, aby zjechać do wody i dalej płynąć wśród gór lodowych. Nie mogliśmy nadziwić się błękitowi lodu, który nas otaczał, szczególnie, że liczył sobie aż 2.000 lat. Widzieliśmy także różne gatunki ptaków oraz foki pływające w lagunie. Amfibii asystował ponton, który zabezpieczał pojazd przed lodem, którego na powierzchni widać zaledwie 10 %, a pozostałe 90 % skryte jest pod wodą. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i musieliśmy wrócić na ląd. Okazało się to trudniejsze niż sądziliśmy. Amfibia miała problem z wjazdem na grząski grunt, dzięki czemu pływaliśmy jeszcze kilka minut, a nasza obstawa szukała dobrego miejsca na powrót na ląd bez zahaczania o górę lodową. Mieliśmy nadzieję, że nie podzielimy losu Titanica 😉 Był to niezapomniany, jedyny w swoim rodzaju rejs, gdzie otaczał nas jedynie lód…

Edredony w lodowej lagunie Jökulsárlón

Droga do Mývatn – Po wspaniałym rejsie czekała nas długa droga (ponad 450 km) do następnego noclegu niedaleko od Jeziora Mývatn, czyli do Guesthouse Storu-Laugar. Przed Höfn znajdowała się ostatnia stacja benzynowa, aż do Djúpivogur. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w Islandii odległości między stacjami są aż tak duże, a w tym przypadku ponad 100 km… Na szczęście paliwa starczyło, a my trochę zjechaliśmy z trasy do Djúpivogur, aby je uzupełnić, bo następna stacja była w Egilsstaðir za kolejne 100 km… Dalsza droga początkowo była łatwa, przyjemna i widokowa, aż do momentu, gdy na najważniejszej trasie w kraju skończył się asfalt i zaczął szuter. Jadąc szutrem, nie mieliśmy wiele do stracenia, więc postanowiliśmy skorzystać ze skrótu, który pozwala zaoszczędzić 70 km. Skręciliśmy w drogę 939, która nie wyglądała na gorszą od „jedynki”, a jedynie na węższą. Po przejechaniu kilku kilometrów utknęliśmy na stromym podjeździe za innym samochodem, którego kierowca zatarasował przejazd. Okazało się, że nieopatrznie zatrzymał się podczas podjazdu i nie potrafił poradzić sobie z sytuacją. No cóż, ruszenie z miejsca nastręczało problemy, więc po kilku próbach postanowiliśmy zjechać tyłem na bardziej płaski odcinek i siłą rozpędu wjechać jeszcze raz na wzgórze, mijając blokujący samochód… Droga stała się wyboista, ale nasz Jimny radził sobie z szutrem i dziurami bez trudu. W końcu po 75 km ziemnej drogi, wróciliśmy na asfalt. Ufff… 🙂 Po drodze zrobiliśmy jeszcze zakupy w Bonusie w Egilsstaðir i mogliśmy spokojnie jechać na nasz nocleg

Wypoczynek w gorących źródłach na kwaterze Storu-Laugar

Na miejscu dostaliśmy bardzo ładny pokój z prywatną łazienką i częścią wypoczynkową. Byliśmy głodni, więc zapytaliśmy w recepcji o bar lub restaurację. Właścicielka zaoferowała nam obiad, ale ceny zwaliły nas z nóg, a do tego musielibyśmy długo czekać. Na szczęście w miejscowości Laugar była restauracja przy stacji benzynowej (o ile jeden dystrybutor paliwa można nazwać stacją), gdzie obsłużeni przez kelnera Polaka zamówiliśmy dużą, 16-calową pizzę (Kjötetan za 3600 ISK, wraz z napojem 0,5 l za 350 ISK, czyli łącznie za jakieś 140 zł). Przy okazji dowiedzieliśmy się jak wygląda zima na Islandii (zaspy zakrywające całą restaurację, czy też konieczność trzygodzinnego kopania tunelu do zasypanego samochodu, aby nie zamarzły w nim hamulce) oraz że cała Islandia czeka na wybuch wulkanu Katla, który już dano powinien wybuchnąć… Ot specyficzne klimaty… 😉 Wróciliśmy na kwaterę, gdzie postanowiliśmy zażyć relaksu w „hot tur”, czyli wannie z gorącą wodą termalną. Ciekawy efekt, zważywszy, że na zewnątrz były jakieś 4ºC…

23.05.2018 r.

Wodospad Dettifoss

Wodospady:  Dettifoss, Selfoss i Hafragilsfoss – Pierwszym naszym celem na północy Islandii w okolicach Jeziora Mývatn był wąwóz Jökulsárgljúfur na rzece Jökulsá á Fjöllum. Dostać się tam można na dwa sposoby: drogą 864, która podczas naszego pobytu była nadal zamknięta z powodu zimy oraz drogą 862, która na odcinku do wodospadu Dettifoss jest wyasfaltowana i zarazem dostępna dla turystów. Dojechaliśmy na parking, z którego ścieżka prowadzi pośród interesujących formacji skalnych do wspaniałego Dettifoss. Wodospad znajduje się w wąwozie określanym mianem małego Kanionu Kolorado i jest oryginalny, gdyż spada z 44-metrowego progu nie w poprzek rzeki, lecz niejako wzdłuż jej nurtu. Ten potężny i piękny wodospad ma aż 100 m szerokości.

Wodospad Selfoss

Idąc nieco dalej wzdłuż kanionu Jökulsárgljúfur dotrzeć można do równie pięknego wodospadu Selfoss, rozłożonego półkoliście między dwoma brzegami wąwozu. Nie jest on może bardzo wysoki, bo ma zaledwie 10-11 m, ale w połączeniu z niesamowitym kanionem, to prawdziwa uczta dla oczu. Wróciliśmy na parking, aby podjechać w pobliże trzeciego z wodospadów, czyli Hafragilsfoss. Droga do niego jest wyboista, aczkolwiek da się nią przejechać zwykłym samochodem osobowym. Parę minut drogi pieszo dzieliło nas od cudownego widoku na kanion i 27-metrową kaskadę. Naszym zdaniem kompleks trzech wodospadów jest obowiązkowym punktem zwiedzania Islandii.

Pole geotermiczne w kalderze wulkanu Krafla

Wulkan Krafla – Wracając  w kierunku Mývatn skręciliśmy w głąb potężnej, 10-kilometrowej kaldery wulkanu Krafla, który po niemal 10 latach nieustannej erupcji (1975-1984) uznany został za wygasły. Pozostawił po sobie ciekawe pole geotermiczne oraz mniejsze kratery, w tym Viti z błękitnym jeziorkiem. Dziś miejsce jest nadal gorące i znajduje się tu elektrownia wykorzystująca naturalną energię drzemiącą pod powierzchnią ziemi. Z parkingu, ścieżką wśród pól zastygłej lawy oraz połaci śniegu można dojść do wielokolorowych, dymiących zboczy o silnym zapachu siarkowodoru.

Krater Viti w kalderze wulkanu Krafla

Spacer odbywa się częściowo po kładkach, pośród bulgoczących kałuż, wszechobecnej pary wydobywającej się z szczelin oraz księżycowego krajobrazu. Jest wiele ścieżek, którymi można swobodnie spacerować.Tylko kawałek dalej jest krater Viti, na którego dnie znajduje się jeziorko, mimo wiosny nadal częściowo zamarznięte. Całości wrażeń z Krafli dopełniają krajobrazy będące połączeniem żółto-pomarańczowych, siarkowych wzgórz, czarnych pół lawy, połaci śniegu i błękitnych oczek wodnych. Jest to niepowtarzalne miejsce.

Dymiący kopczyk na polu geotermicznym Hverarönd

Hverarönd – Po przeciwnej stronie szosy znajduje się kolejne niezwykłe miejsce, czyli pole geotermiczne Hverarönd, oznaczone drogowskazem jako Hverir. Już z daleka widać unoszącą się parę nad niewielkimi oczkami wodnymi oraz kopczykami, a wokoło roznosi się nieprzyjemny zapach siarkowodoru. Miejsce sprawia dziwne wrażenie, i gdyby nie duża ilość turystów, można by poczuć się nieswojo. Szczególnie nietypowe są kopczyki w kształcie miniaturowych wulkanów z których, niczym z czajnika z gwizdkiem ulatuje potężny strumień pary. Poza tym wszechobecne, bulgoczące sadzawki w połączeniu z żółto-pomarańczowo-brązową ziemią to widok iście z innej planety.

Kąpielisko geotermalne Jarðböðin

Jarðböðin – Tuż obok poprzednich atrakcji znajduje się kolejna Błękitna Laguna, czyli kąpielisko termalne Jarðböðin. Wiał silny wiatr, który spowodował, że temperatura w basenach była nieco niższa niż zazwyczaj. Z tego powodu zaproponowano nam obniżenie ceny za wstęp o 20% do 3.750 ISK za osobę (około 135 zł). Wewnątrz znajdowały się prawdziwe islandzkie szatnie, czyli bez przebieralni i z prysznicami jak w wojsku 🙂 Na islandzkich kąpieliskach obowiązuje dokładne mycie ciała, o czym informują duże tablice z rysunkami poglądowymi, na których wyraźnie zaznaczono miejsca, które trzeba dokładnie umyć. Dla nas Polaków ciekawostką był zupełny brak skrępowania u Islandczyków podczas przebierania i mycia, połączony z dyskusjami na golasa 🙂 Samo kąpielisko było bardzo ładne, pośród lawy, z błękitną, ciepłą, choć rzeczywiście nie aż tak gorącą wodą. W nagrodę za można było dogrzać się w wannie z bardzo gorącą wodą oraz dwóch saunach parowych. W Jarðböðin spędziliśmy błogi czas…

Zapiekanka z mielonej ryby plokkfiskur

W drodze powrotnej na kwaterę zatrzymaliśmy się w minimarkecie, gdzie kupiliśmy jedyne dostępne w zwykłych sklepach piwo, czyli lekkie 2,25 % (Viking za 179 ISK i Gull za 129 ISK), a potem pojechaliśmy do tej samej restauracji w Laugar co dzień wcześniej, ale tym razem postanowiliśmy spróbować czegoś typowo miejscowego. Wybór padł na plokkfiskur, czyli gotowaną, rozdrobnioną rybę z ziemniakami, posypaną serem i zapieczoną (2.900 ISK za porcję, czyli ponad 100 zł). Danie jak dla nas oczywiście drogie, ale bardzo smaczne.

24.05.2018 r.

Szczelina Grjótagjá

Grjótagjá – Kolejny dzień przywitał nas deszczem. Bez problemów dotarliśmy do dobrze oznaczonej szczeliny w ziemi, wypełnionej krystalicznie czystą, błękitną, gorącą wodą wprost z wulkanu, czyli do miejsca zwanego Grjótagjá. Nie musieliśmy zbyt wiele zagłębiać się w jaskinię, aby ujrzeć parujące jeziorko. Miejsce jest bardzo oryginalne i zachęca do kąpieli, aczkolwiek znaleźć można rozbieżne informacje co do temperatury wody. My nie spotkaliśmy kąpiących się śmiałków 🙂 Mieliśmy dużo czasu, więc mogliśmy obejrzeć dokładnie grotę oraz szczelinę z ścieżki prowadzącej jej górą.

Wulkan Hverfjall

Hverfjall – Jadąc dalej drogą, która zamieniła się w wąską, szutrową, prowadzącą do głównej szosy, z której z kolei trzeba było skręcić w kolejny szuter wiodący do parkingu u stóp wulkanu Hverfjall (452 m n.p.m.). Wejście na brzeg krateru nie nastręczało większych problemów, gdyż ścieżka wiodła łagodnie po żużlu. Jedyną niedogodnością był deszcz, który stopniowo zamieniał się w śnieg, by na samej górze stać się regularną śnieżycą. Mimo to, obejrzeliśmy wnętrze kilometrowego krateru o głębokości 140 m oraz panoramę Jeziora Mývatn. Schodząc zauważyliśmy, że wraz z wysokością śnieg z powrotem zamienił się w deszcz. Widać, że zaledwie 200 m różnicy poziomów może aż tak diametralnie zmienić rodzaj opadów…

Formacje skalne w jeziorze lawy Dimmuborgir

Dimmuborgir – Tylko kawałek dalej znajduje się kolejne wspaniałe miejsce, czyli „czarne miasto” lub jak kto woli „czarna twierdza”, będąca zastygłym jeziorem lawy mającym jakieś 2.000 lat. Wulkan oraz erozja ukształtowały fantazyjne formacje skalne na dość rozległym terenie, na którym wyznaczono liczne ścieżki. Turystom indywidualnym polecamy szybką ucieczkę z ścieżek najbliżej położonych Centrum Turystycznego i udanie się nieco dalej, gdzie nie ma już hałaśliwych grup z przewodnikami 😉 Najciekawszą opcją naszym zdaniem, jest wybór ścieżki oznaczonej jako trudna, aczkolwiek nie ma się czego obawiać, no może warto mieć na nogach dobre obuwie. Za to ma się okazję w samotności obcować bezpośrednio ze skałami uważanymi przez wikingów za siedzibę trolli i elfów oraz interesującą przyrodą wokół.

Cypel Höfði na Jeziorze Mývatn

Höfði – Przejechawszy kolejne kilka kilometrów, zatrzymaliśmy się, aby pospacerować po cyplu Höfði. Jest to jedno z nielicznych zadrzewionych miejsc w okolicy, które obfituje w rozmaite ptactwo, a dodatkowo pozwala na obserwację licznych słupów skalnych wystających wprost z Jeziora Mývatn. Cypel to zdecydowanie raj dla ornitologów, ale także bardzo dobre miejsce na miły spacer wśród islandzkiej przyrody.

Skupisko pseudokraterów Skútustaðagígar nad Jeziorem Mývatn

Skútustaðagígar – Jadąc dalej szosą dotarliśmy do skupiska pseudokraterów Skútustaðagígar. Pseudokratery od kraterów różnią się tym, że nie powstały podczas erupcji lawy, lecz wybuchu wody zgromadzonej pod powierzchnią ziemi i podgrzanej przez lawę. Nie posiadają kanału lawowego, ale wyglądają łudząco podobnie do prawdziwych kraterów. Dziś miejsce to jest terenem spacerowym, licznie odwiedzanym przez wycieczki, a ze szczytów niewysokich pseudokraterów można oglądać Jezioro Mývatn. Generalnie miejsce warte odwiedzenia.

Rycyk nad Jeziorem Mývatn w Fuglasafn Sigurgeirs

Fuglasafn Sigurgeirs – Ostatnim punktem dnia było miejsce przeznaczone do obserwacji ptaków Fuglasafn Sigurgeirs, czyli cypel Jeziora Mývatn. Jest to kolejny raj dla ornitologów. Nam udało się zobaczyć wiele gatunków ptaków, takich jak choćby świstuny, lodówki, rycyki, krzyżówki, płatkonogi, czernice i wiele innych. Dzień zakończyliśmy kolejną pizzą w Laugar oraz kąpielą na kwaterze w „hot tur”.

25.05.2018 r.

Húsavík

Húsavík – Po pysznym śniadaniu wyruszyliśmy do pobliskiego Húsavíku, gdzie mieliśmy wykupiony rejs po zatoce Skjálfandi starym, drewnianym kutrem rybackim na oglądanie wielorybów. Po zaparkowaniu za kościołem, gdzie można zostawić samochód na nieograniczony czas, po założeniu ciepłych i nieprzemakalnych ubrań, ruszyliśmy na przystań, gdzie czekał na nas pięknie wyremontowany kuter Náttfari. Załoga przywitała nas serdecznie i rozdała specjalne kombinezony, dzięki czemu nie musieliśmy martwić się zimnem i potencjalnym przemoczeniem. Dodatkowo, co ciekawe, kombinezony pełnią funkcję kamizelek ratunkowych na wypadek wypadnięcia za burtę. Po wypłynięciu, przewodniczka zapoznała nas z zasadami bezpieczeństwa oraz poinstruowała jaki da nam sygnał, gdy wypatrzy te wielkie ssaki. Otóż, jak w marynarce  wojennej określiła, że dziób jest na godzinie 12:00, a rufa na godzinie 6:00. Pośrednie godziny wskazują kierunki jak na tarczy zegara.

Humbak podczas rejsu po zatoce Skjálfandi

Trzeba przyznać, że system ten bardzo się sprawdził i już  po chwili nawet sami turyści wykrzykiwali poszczególne godziny, dając wskazówki reszcie. Mieliśmy aż trzy godziny na spokojne obserwacje w różnych częściach zatoki, w tle mając cały czas wspaniałe, ośnieżone góry. Prócz wielu humbaków, które mieliśmy szczęście zobaczyć, obserwowaliśmy także pływające i nurkujące maskonury oraz inne ptaki. Oglądaliśmy morze wypatrując charakterystycznej fontanny, która jest zapowiedzią wynurzającego się wieloryba, by na koniec zobaczyć ogon informujący, o tym, że ssak na kilka minut zanurzy się w otchłani. Dzień był pogodny, więc wieloryby żerowały tuż pod powierzchnią, dając nam co chwilę spektakl. Jeden z nich postanowił się oczyścić, uderzając płetwami o lustro wody i sprawiając wrażenie, że kręci się wokół własnej osi. Niesamowite przeżycie. Pod koniec rejsu czekała nas smaczna przekąska, czyli gorąca czekolada oraz zwijane ciastko z cynamonem. Samo miasto Húsavík sprawia wyjątkowo miłe wrażenie i malowniczo prezentuje się z wody.

Tradycyjna farma kryta darnią w Laufás

Laufás – Pokonaliśmy kolejne kilkadziesiąt kilometrów, aby obejrzeć niezwykle interesujący skansen w Laufás, czyli tradycyjną islandzką farmę z domami pokrytymi darnią. Wstęp do obiektu i parking są darmowe. Stanąwszy przed szeregiem malowniczo wyglądających niewielkich domków, mieliśmy wrażenie przeniesienia się w dawne czasy, czy może nawet do jakiejś bajki. Budynki, których dachy pokrywa zielona trawa rosnąca na warstwie ziemi, połączone są ze sobą i stanowią jedną całość. Wewnątrz oglądaliśmy sprzęty domowe, urządzenia, meble, a nawet ubrania, pozostawione tak jakby mieszkańcy, którzy żyli tu do 1936 r., mieszkali nadal. Chodziliśmy labiryntem korytarzy i zaglądaliśmy do przeróżnych zakamarków.  Po wyjściu, poszliśmy do sąsiadującego z farmą typowego kościoła z 1865 r., wokół którego znajduje się niewielki cmentarz. Miejsce jest niezwykłe i warto tu skręcić z głównej szosy na parę chwil.

Vestfirðir, czyli Fiordy Zachodnie

Vestfirðir – Czekała nas długa bo około 350-kilometrowa droga do kolejnego noclegu, na Fiordach Zachodnich (Vestfirðir). Po drodze zatrzymaliśmy się w markecie Bonus, aby uzupełnić zapasy na ostatnie dni podróży oraz zjedliśmy obiad na stacji benzynowej (tuż za skrętem z drogi nr 1 na drogę 68 wiodącą do Fiordów Zachodnich). Będąc niezamożnymi turystami na Islandii, wybraliśmy na obiad  cheesburgera z frytkami i napojem (1.845 ISK za osobę). Po obiedzie mieliśmy siłę, żeby pokonać szutrowy odcinek głównej drogi. Na szczęście, tym razem droga była w całkiem dobrym stanie. Jadąc na kwaterę obserwowaliśmy pierwsze krajobrazy Vestfirðir, które były zupełnie odmienne od fiordów, które oglądaliśmy w północnej Norwegii. Nie dość, że góry i klify były znacznie niższe, to porośnięte rachityczną roślinnością. Na noclegu Reykhólar Hostel byliśmy po 20:00, aczkolwiek niewielka to strata, bo obiekt nie wyróżniał się niczym szczególnym. Dodać musimy, że w okolicy jest to jeden z niewielu pensjonatów i mimo jego zwyczajności, nie ma zbyt wielkiego wyboru 🙂

26.05.2018 r.

Wodospad Dynjandi

Dynjandi/Fjallfoss – Droga do wodospadu Dynjandi zwanego również Fjallfoss, to „droga przez mękę”. Miłośników wodospadów czeka górska, szutrowa droga. Ze 170 km, ostatnie 47 km to dziurawy, wąski, kręty i niczym niezabezpieczony szuter, którego brzegi co i raz sąsiadują z wysokimi zaspami pozostałymi po zimie (przynajmniej tak było podczas naszego przejazdu). Do tego „w gratisie” dostaliśmy mgłę, czy może raczej musieliśmy przejechać przez nisko zawieszone chmury, gdzie widoczność sięgała raptem kilku metrów. Dziury są tak liczne, że nie sposób ich minąć, a do tego tak głębokie, że „wyrywają” kierownicę z rąk.  Za to wodospad jest bardzo okazały (100 m wysokości) i malowniczy. Dynjandi spływa niczym welon panny młodej ku dołowi, stopniowo rozszerzając się z 30 do 60 m i kończąc kilkoma kaskadami. Ryzykując schlapanie, wspięliśmy się jak najwyżej się dało do brzegu głównej kaskady, by z góry mieć widok na szeroką panoramę fiordu, do którego spływa woda. Droga powrotna wiodła oczywiście tymi samymi 47 kilometrami żwirówki…

Maskonur i alka na klifach Látrabjarg

Klify Látrabjarg – Z Dynjandi do klifów Látrabjarg jest ponad 120 km. Prócz pierwszego odcinka po szutrze, także ostatni, około 40-kilometrowy odcinek biegnie szosą żwirową aż do wysokich na 440 m klifów Látrabjarg. Po drodze można oglądać malownicze widoki na Fiordy Zachodnie oraz zatrzymać się przy mocno nadgryzionym zębem czasu statku wielorybniczym, będącym pierwszym stalowym statkiem na Islandii. Garðar BA 64 po zakończonej służbie został na stałe „zacumowany” w piasku na brzegu fiordu i dziś stanowi oryginalną atrakcję. Nieco dalej, chętni mogą zatrzymać się w nietypowym muzeum zawierającym kolekcję dotyczącą Fiordów Zachodnich (w tym dwa amerykańskie samoloty i jeden radziecki). Nie zatrzymywaliśmy się, więc wrażenia pozostawiamy innym podróżnikom 🙂

Maskonur na klifach Látrabjarg

U podnóża klifu znajduje się camping, gdzie stoją jedyne w okolicy toalety 😉 Już tylko 2 kilometry dzieliły nas od cudownego miejsca, czyli klifów, na których gniazdują niezliczone ilości ptaków: alki, nurzyki, fulmary, mewy, a przede wszystkim maskonury.  Do tych ostatnich, przypominających maskotki rozstawione na skałach, siedzących często na samym skraju klifu, można podejść na odległość 2-3 m. Wrażenie niepowtarzalne. Zabawne było oglądać ludzi leżących na klifach przy temperaturze około 7⁰C i robiących setki fotek tym przesympatycznym ptakom.  Same klify są również bardzo piękne i można nimi bardzo długo wędrować (szlak około 14 km). My jednak pełni wrażeń, nasyciwszy oczy, wróciliśmy na parking przy latarni morskiej, gdzie dane było nam zobaczyć jedynego oryginalnego przedstawiciela ssaków mieszkających na wyspie, czyli lisa polarnego.

Lis polarny na klifach Látrabjarg

Nie wierząc własnym oczom, początkowo myśleliśmy, że to pies, jednak po chwili wiedzieliśmy, że na pewno jest to lis. Wow! Jako, że zgłodnieliśmy, rozglądaliśmy się za jakimkolwiek barem lub restauracją. Bez powodzenia przez prawie 100 km! Ot islandzkie realia. Minąwszy kolejny nocleg pojechaliśmy na stację benzynową, jedyną, którą widzieliśmy od poranka, składającą się z jednego dystrybutora pod chmurką, z hotelem i restauracją. Zjedliśmy nieśmiertelny przysmak Islandii, czyli rybę z frytkami i pojechaliśmy do pensjonatu na farmie Rauðsdalur. Obiekt taki sobie, ale oczywiście jeden z niewielu w okolicy, bardzo drogi, ale i tak tańszy niż inne, za to z widokiem na ocean, a dokładnie Morze Grenlandzkie.

27.05.2018 r.

Park Narodowy Þingvellir

Þingvellir – Wyruszyliśmy z rana, gdyż czekało nas 350 km do pierwszej atrakcji ostatniego dnia pobytu na Islandii, czyli Doliny Þingvellir. Początkowo jechaliśmy w pięknym słońcu. Stopniowo pogoda była coraz gorsza, a w samej atrakcji padała gęsta mżawka. Nas to jednak nie odstraszyło i ruszyliśmy z parkingu (500 ISK) na platformę widokową, z której rozciąga się widok na całą okolicę, a przede wszystkim na szczelinę pomiędzy płytami tektonicznymi, tę samą, którą podziwialiśmy pierwszego dnia na południu wyspy. Ruszyliśmy ścieżką między dwiema skalnymi ścianami obu płyt dzielących kontynenty, by dotrzeć do dwóch wodospadów: Drekkingarhylur i Öxarárfoss. Pierwszy z nich służył dawno temu jako miejsce kaźni, a drugi to dość wysoka, malownicza kaskada. Nasyciwszy oczy wodospadami, przeszliśmy jeszcze terenem związanym z początkami państwowości Islandii, czyli tuż obok miejsca, w którym zbierał się średniowieczny parlament oraz dalej do letniej rezydencji premiera.

Reykiavik

Reykiavik – Do stolicy mieliśmy już niedaleko, bo niecałe 50 km. W Reykiaviku zatrzymaliśmy się na dużym parkingu tuż przy porcie, przy ulicy Gerisgata. Głodni, ruszyliśmy w poszukiwaniu smacznego jedzenia. Weszliśmy do pierwszej napotkanej restauracji, czyli Icelandic Fish & Chips, gdzie zjedliśmy rewelacyjne danie: „pollock on a bed of mango salad, crispy potatoes & coriander skyronnes”, co oznaczało świetną, chrupiącą rybę rdzawiec, podaną na sałatce polanej sosem mango, z pieczonymi ziemniaczkami (2.880 ISK za porcję). Potem mogliśmy spokojnie zwiedzać stolicę, która nie ma nic z metropolii i jest zupełnie nietypowa. Spotkać tu można wiele drewnianych domów pokrytych kolorowym sidingiem lub swego rodzaju tworzywem przypominającym blachę falistą, a zabudowa zwykle nie przekracza pierwszego piętra.

Jeziorko Tjörnin w Reykiaviku

Z ciekawszych miejsc w Reykiaviku wymienić musimy popularny wśród miejscowych placyk, a właściwie nieco szerszą ulicę Adalstræti z najstarszym domem w mieście, spory plac Austurvöllur z katedrą oraz monumentalnym budynkiem parlamentu, a przede wszystkim Jeziorko Tjörnin, nad którym znajduje się nowoczesna, niepasująca do reszty zabudowy bryła Ratusza, a także kościół oraz niskie domy wokoło. Jezioro zamieszkuje liczne ptactwo, a tuż za nim znajduje się lotnisko krajowe, na którym lądowały tuż nad naszymi głowami samoloty turbośmigłowe. W międzyczasie dostaliśmy sms-a z WizzAir, że nasz lot jest opóźniony o ponad godzinę.  Mieliśmy dużo czasu, a że co jakiś czas popadywało, obeszliśmy wszystkie sklepy z pamiątkami oraz wstąpiliśmy na kawę do niewielkiej kawiarni. Nadszedł czas, aby oddać samochód do wypożyczalni, wiec wyruszyliśmy do Keflaviku, gdzie sympatyczny Filipińczyk, ten sam, który odebrał nas z lotniska na początku podróży, naszym Jimnym odwiózł nas na lotnisko. Naczekaliśmy się na wylot (lot nr W6 1540), ale w nagrodę, mogliśmy usiąść w samolocie obok siebie, gdyż okazało się, że przyleciała maszyna o osiem rzędów dłuższa niż to było zaplanowane. Załoga pozwoliła pasażerom usiąść dowolnie, z czego od razu skorzystaliśmy.

28.05.2018 r.

Do Warszawy przylecieliśmy około 8:00 rano i od razu poczuliśmy różnicę temperatur. Tego dnia o tej porze było już 26⁰C, gdy w nocy w Reykiaviku były zaledwie 4⁰C. No cóż, niezły szok termiczny 🙂 Tym samym zakończyliśmy cudowną wyprawę do niesamowitej krainy ognia i lodu, gdzie wszystkie atrakcje są z najwyższej półki.