Indie

7.03.2015 – 29.03.2015

Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne

OPIS PODRÓŻY

Dworzec w Bombaju
Dworzec w Bombaju

7 marca – Wylecieliśmy z Warszawy do Monachium LOT-em (nr lotu LO 0351) o godz. 7:20, z Monachium mieliśmy wylot do Mumbaju (Bombaju) Lufthansą (nr lotu LH 0764) o godz. 11:20. W Bombaju byliśmy o 23:55 czasu miejscowego. Skorzystaliśmy z transferu do hotelu Traveller’s Inn Hotel – Fort. Pierwsze widoki po wyjściu z taksówki to przebiegający szczur i pełno śmieci. Hotel nie zaskoczył nas pozytywnie jeżeli chodzi o czystość i wyposażenie. Mocno zużyte meble i wyjący klimatyzator, do tego niemal zupełnie ciemno (widok na ścianę odległą o pół metra od okna). Za to obsługa miła i uczynna.

Świątynia na Wyspie Elephanta
Świątynia na Wyspie Elephanta

8 marca – Dzień rozpoczęliśmy od śniadania poza Hotelem. Szukaliśmy jakiegoś przyzwoitego lokalu (naczytaliśmy się różnych rzeczy o chorobach). Znaleźliśmy coś w miarę porządnego, byli w nim nawet jacyś Europejczycy. Mimo, że menu było po angielsku, i tak nie wiedzieliśmy co zamawiamy. Zjedliśmy potrawę zwaną dosa, która jest rodzajem naleśnika, tyle, że z lokalnych składników i z lokalnymi sosami (kokosowym i bliżej nieokreślonym pomidorowym). Tego dnia zwiedzaliśmy Bombaj i Wyspę Elephanta. Po Bombaju poruszaliśmy się pieszo, gdyż wszystko mieliśmy o kilkanaście minut drogi od Hotelu.

Fotka z miejscowymi na wyspie Elephanta
Fotka z miejscowymi na wyspie Elephanta

Zaczęliśmy oczywiście od Wrót Indii, gdzie kupiliśmy bilety na statek płynący na Wyspę Elephanta. Na wyspie obejrzeliśmy kompleks świątyń hinduistycznych wykutych w skale. Największym zaskoczeniem był dla nas fakt, że miejscowi koniecznie chcieli robić sobie z nami zdjęcia. W zasadzie to my byliśmy dla nich większą atrakcją niż oglądane świątynie. Na wyspie wielką atrakcją dla nas były wszechobecne małpy oraz drzewa bez liści, za to z mnóstwem pięknych kwiatów.

Po powrocie z Wyspy Elephanta ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Poszliśmy również na dworzec, żeby sprawdzić pociąg na kolejny dzień. Ani dworzec, ani sam pociąg nie napawały nas optymizmem, ale później okazało się, że nie jest tak źle. Obejrzeliśmy jeszcze Marine Drive, czyli reprezentacyjną promenadę nadmorską Bombaju. Drugi nocleg mieliśmy oczywiście także w hotelu Traveller’s Inn Hotel – Fort

Pralnia w Bombaju - Dhobi Ghat
Pralnia w Bombaju – Dhobi Ghat

9 marca – Następnego dnia zaczęliśmy od zwiedzania największej pralni ręcznej na świcie. Pranie i suszenie odbywa się na świeżym powietrzu przez siedem dni w tygodniu. Meżczyźni piorą, gdyż jest to bardzo ciężka praca fizyczna, a kobiety prasują żelazkami “z duszą”, gdyż nie ma tam prądu. Wbrew pozorom nie tak łatwo się tam dostać, bo dhobi ghat oznacza pralnię i nie każdy taksówkarz domyśla się, że chcemy zobaczyć tę największą pisaną “dużymi literami”. Poza tym, wbrew pozorom rzadko który mówi po angielsku. Cena przejazdu raczej śmieszna (około 10 zł w jedną stronę, a odległość całkiem duża). Potem zatopiliśmy się w plątaninie uliczek. Zszokowali nas bezdomni nocujący na ulicach oraz naciągacze, którzy próbowali nam wcisnąć “kosztowne” błogosławieństwo.

Musimy dodać, że po całej podróży i tak oceniliśmy Mumbai – Bombaj jako najładniejsze miasto w Indiach, a także najbardziej przypominające miasta europejskie.

O godzinie 16:35 mieliśmy pociąg do Aurangabadu. Bilety kupiliśmy w Polsce przez Internet. Na miejscu mieliśmy być o 23:40, ale nie obyło się bez kilkudziesięciominutowego spóźnienia. Podróż odbyliśmy w wagonie AC 3 Tier (3A), co oznaczało wagon klimatyzowany z kuszetkami i pościelą. Ludzie byli bardzo mili i bardzo zainteresowani nami i naszym krajem. Wagon “w miarę” czysty, a siedzenia/kuszetki mało wygodne, pościel czysta (wyprana w Dhobi Ghat – naprawdę!). Nocleg zarezerwowany mieliśmy w hotelu Hotel Preetam Aurangabad, którego główną zaletą było to, że był z 200 m od dworca.

Hotel ponownie zaskoczył nas niemiło: pokój wyglądał zupełnie inaczej niż na zdjęciu, pościel była niezbyt czysta, a w łazience czaiły się karaluchy olbrzymy 🙂 Za to obsługa bardzo miła i co najważniejsze – uczynna. O pierwszej w nocy byli w stanie załatwić nam samochód z kierowcą na rano.

Świątynie w Adjancie
Świątynie w Adjancie

10 marca – Wypożyczyliśmy samochód z kierowcą i zwiedziliśmy kompleks klasztorów buddyjskich w Adjancie (102 km od Aurangabadu). Jazda z lokalnym kierowcą po lokalnych drogach, to przeżycie samo w sobie, do tego okraszona komentarzem o wyjątkowo spokojnej jeździe (chyba w jego przekonaniu). Dla nas była to dzika jazda pomiędzy różnej maści pojazdami, które bez ustanku trąbiły na siebie. Wyprzedzanie na czołówkę i wpychanie się na grubość

Budda w Adjancie
Budda w Adjancie

lakieru to standard. Za to kierowca był miły i wiele rzeczy nam opowiedział, udzielił praktycznych rad, a co najważniejsze zawiózł nas na punkt widokowy, z którego roztaczała się panorama na cały kompleks, a który był jednocześnie drugim wejściem do niego. Zeszliśmy po wielu schodach na dół po bilety i obejrzeliśmy najciekawsze klasztory, zresztą wskazane przez naszego kierowcę. Dodatkową atrakcją byli mnisi buddyjscy, którzy przyjechali również odwiedzić świątynie, modlili się i śpiewali.

Z ciekawostek należy dodać, że po kompleksie można poruszac się w lektyce  😀 Całości dopełniają piękne ptaki, wiewiórki ziemne i “suche”, ale ukwiecone drzewa.

W drodze do Elory
W drodze do Elory

Po obejrzeniu całości wróciliśmy do kas, skąd rozklekotany autobus dowiózł nas prawie do parkingu. Piszemy prawie, bo musieliśmy przejść przez kramy z pamiątkami. Do jednego z kramów zaprowadził nas nasz kierowca (jakżeby inaczej). Po długim targowaniu się, kupiliśmy pamiątkę za ułamek ceny wyjściowej. Zjedliśmy coś w rodzaju pączka, ale chyba z ziemniaków i wróciliśmy samochodem do Aurangabadu. Wieczorem poszliśmy do drink baru (najbrudniejszego w jakim dotąd byliśmy) na całkiem smaczne indyjskie piwo. Nocleg ponownie w hotelu Hotel Preetam Aurangabad.

Jaskinia 16 - Świątynia Kailasanatha
Jaskinia 16 – Świątynia Kailasanatha

11 marca – Ponownie wypożyczamy samochód i jedziemy zwiedzać kompleks świątyn buddyjskich, hinuistycznych i dźinijskich w  Elurze (Elorze). Jest to ogromny kompleks, którego główną część można zwiedzić pieszo, na pozostałe części najlepiej wynająć tuk-tuka, czyli hałaśliwego trójkołowca. Wszystkie światynie są wykute w skale. Najważniejsza świątynia nr 16 znajduje się na wprost kas i jest naprawdę przepiękna. Po zwiedzeniu wielu świątyń (wybraliśmy najciekawsze według rad kierowcy tuk-tuka), wracając do Aurangabadu, zjedliśmy obiad. Obiad, jak to w Indiach, taki sobie. Warty opisania jest starter, na który składały się krążki surowej cebuli posypane przyprawami i plasterki cytryny.

Aurangabad - Bibi-ka-Maqbara
Aurangabad – Bibi-ka-Maqbara

W Aurangabadzie postanowiliśmy jeszcze obejrzeć mały Taj Mahal, który wybudował syn twórcy tego najbardziej znanego zabytku. Bibi-ka-Maqbara to przepiękna budowla, która w przeciwieńsatwie do oryginału wogóle nie jest oblężona.

Tego dnia czekał nas jeszcze lot do Bombaju – Jet Airways (nr lotu 9W 2512) o godz. 19:40. Na lotnisko dostaliśmy się tuk-tukiem, któremu zabrakło paliwa (miejscowi jeżdżą na oparach, a tak długi kurs zdarza się nieczęsto). Konieczne było dopchanie do stacji benzynowej, aczkolwiek z nami w środku, bo kierowca za nic nie pozwalał sobie pomóc…

O godz. 21:10 wylądowaliśmy w Mumbaju. Mieliśmy problem, aby dostać się do hotelu –  Hotel Airport International. Był niemal przy lotnisku, ale nijak nie można było do niego dojść pieszo. Musieliśmy wziąć zdecydowanie nie tanią taksówkę i do tego użerać się z taksówkarzem, który najwyraźniej chciał nas oszukać obwożąć nas po lotnisku. Ostatecznie trafiliśmy do całkiem porządnego i wygodnego hotelu.

12 marca – W tym przypadku Bombaj był tylko miejscem przesiadki. Faktycznie lecieliśmy samolotem Jet Airways (nr lotu 9W 350) o godz. 9:25, do Chennai (dawny Madras) przylecieliśmy o godz. 11:25. Na lotnisku wynajęliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Mahabalipuram (55 km) do Vinodhara Guest House. Pokój pozostawiał trochę do życzenia, ale było sympatycznie, miło i pomocnie.

Crocodile Bank
Crocodile Bank

Tuk-tukiem dostaliśmy się do Centrum Badawczego Krokodyli, gdzie żyje ponad 2.500 krokodyli z 14 gatunków. Niebywałą atrakcją oprócz oglądania takiej masy gadów, było podglądanie ich karmienia. Kobiety ubrane w sari przynosiły na głowach wielkie misy z ogromnymi kośćmi, które następnie rzucały czterystu wygłodniałym krokodylom. Nie sądziliśmy, że te gady są takie szybkie. widać było tylko tumany kurzu i chrzęst łamanych kości. Efekt piorunujący! Kierowca tuk-tuka zabrał nas w drodze powrotnej do Jaskini Tygrysa – świątyni z VIII w. Ciekawe miejsce.

Po zwiedzaniu poszliśmy na przepyszny obiad: pokaźnych rozmiarów smażona ryba, frytki i piwo Kingfisher Premium Lager. Wieczorkiem zaliczyliśmy jeszcze kąpiel w Oceanie Indyjskim. Temperatura wody: 32oC, najcieplejsza woda w otwartym akwenie, w którym mieliśmy okazję się kąpać, do tego krowa na plaży… Ot klimacik  😀

Mahabalipuram - Świątynia nadbrzeżna
Mahabalipuram – Świątynia nadbrzeżna

13 marca – Od rana udaliśmy się na zwiedzanie niesamowitych świątyń w Mahabalipuram. Do zwiedzenia było kilka miejsc. W pamięć zapadł nam kompleks świątyń zwany 5 rydwanów, w którym spotkaliśmy kilka wycieczek szkolnych. Dzieciaki ubrane w mundurki były nami żywotnie zainteresowane i chętnie robiły sobie z nami zdjęcia. Od razu też zapamiętały nasze imiona i przekazywały sobie je wołając co chwilę do nas.

Wycieczka szkolna przy pięciu rydwanach
Wycieczka szkolna przy pięciu rydwanach

Z kolei w głównym kompleksie górującym nad miastem, spotkaliśmy mężczyznę, który zaczął nam opowiadać o świątynich, twierdząc, że nie jest przewodnikiem, a jedynie przechodniem, który chce nam poopowiadać o tym miejscu. Rzeczywiście był miły i bardzo pomocny, jednakże jak wielu miejscowych, miał interes w oprowadzaniu nas i zaprowadził do warsztatu kamieniarskiego, w którym jakżeby inaczej zaproponował nam zakup pamiątki.

Wszechobecne rezusy
Wszechobecne rezusy

Wyrób był na tyle ładny, a cena rozsądna, że kupiliśmy kolejny gadżet. Na pamiątkę dostaliśmy jeszcze po granitowym wisiorku.

Przeszliśmy się jeszcze przez miasto próbując lokalnych owoców, potem zjedliśmy doskonałe owoce morza nieopodal naszego pensjonatu. Wynajętym na kwaterze samochodem pojechaliśmy do Chennai, gdzie mieliśmy pociąg o godz. 17:00 do Tiruchirappali (Trichy jak mówią w skrócie miejscowi), do którego mieliśmy przyjechać o 22:25. Na miejscu “złapaliśmy” tuk-tuka i pojechaliśmy na nocleg do Hotelu Royal Sathyam.

Srirangam
Srirangam

14 marca – Tego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, gdyż mieliśmy niewiele czasu do kolejnego pociągu. Przed śniadaniem udaliśmy się tuk-tukiem (pod każdym hotelem zawsze stoi przynajmniej jeden pojazd) na zwiedzanie świątyni Srirangam. Mimo atmosfery zgodnej z naszymi wyobrażeniami, niestety efekt nie był taki jak się spodziewaliśmy, a to dlatego, że wszystkie wieże-bramy były zasłonięte zielonymi szmatami i nie było widać niemal nic z pięknych rzeźb. Praktycznie wszędzie mogliśmy wejść, z wyjątkiem miejsc modlitwy przeznaczonych wyłącznie dla hindusów.  Całe szczęście, że gdzieniegdzie dało się zobaczyć piękne kolorowe rzeźby.

Widok z Rock Fort
Widok z Rock Fort

Wróciliśmy do hotelu na śniadanie, przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Tiruchirapali są dwa hotele Sathyam, ale tylko jeden Royal, co zmyliło kierowcę tuk-tuka 🙂 Śniadanie dowiodło nam, że w Indiach nawet poranny posiłek nie ma szans smakować po europejsku. Następnie pojechaliśmy do Rock Fort, czyli świątyni na najstarszej skale na Ziemii. Trzeba było się do niej wspiąć po niezliczonej ilości stopni i to na boso (jak to we wszystkich świątyniach w tym kraju). Widoki niezapomniane, w oddali Srirangam, w dole kolorowe domy. Do tego mnóstwo drapieżnych ptaków (orlików indyjskich) kołującyh nad miastem.

Z Tiruchchirapali pociągiem o godz. 13:15

Świątynia Minakszi
Świątynia Minakszi

pojechaliśmy do Madurai. Wyjątkowo pociąg dojechał do celu punktualnie o 16:05.  Po wyjściu z pociągu zaczęła się ulewa połączona z burzą. Nie sądziliśmy, że w tak krótkim czasie może napadać tak dużo wody.  Tuk-tukiem dojechaliśmy do hotelu The Golden Park i poszliśmy na stosunkowo dobre jedzenie w restauracji naprzeciwko. Dodać należy, że kelnerów było więcej niż gości (to zapewne przyczyna ich niewielkich zarobków).

Jak woda spłynęła, udaliśmy się jeszcze na wieczorny spacer w okolice słynnej Świątyni Minakszi. W świetle latarni ulicznych, świątynia prezentowała się niezwykle imponująco. Tysiące rzeźb we wszystkich możliwych kolorach.

Błogosławiący słoń
Błogosławiący słoń

15 marca – Bladym świtem udaliśmy się do Świątyni Minakszi, którą obeszliśmy dookoła. Nie mogliśmy się nadziwić zwyczajowi polegającemu na dotykaniu krowiego zada i przenoszeniu jego aury na twarz, połączonego z pokłonem przed bramą Świątyni. My oczywiście tego nie zrobiliśmy, za co spotkała nas kara, krowa pogoniła nas rogami 😀  Po zostawieniu wszystkich rzeczy (kamera, aparat, picie, plecak) weszliśmy do środka, gdzie obserwowaliśmy nie tylko przepiękną architekturę, ale przede wszystkim niesamowitą atmosferę towarzyszącą odbywającym się obrzędom. Duże wrażenie wywarło na nas błogosławieństwo udzielane przez słonia za drobną opłatą. Poza tym zadziwiały nas obrzędy wzięte wprost z filmów o Indianie Jonesie. Poczuliśmy się nieco jak w innych czasach… Do hotelu wróciliśmy pieszo na śniadanie, a po nim poszwędaliśmy się jeszcze po uliczkach i kramach.

O godz. 14:00 wylecieliśmy do Delhi samolotem Air India (nr lotu AI 672)  z przsiadką w Chennai i dalej również Air India o godz. 17:30 (nr lotu AI 539). Na miejscu wylądowaliśmy o 20:05. Obawiając się przykrych niespodzianek z przygodnymi taksówkarzami, postanowiliśmy skjorzystać z prepaid taxi (taksówki przedpłaconej). Wraz z rachunkim dostaliśmy wizytówkę i dobrą radę, że jeśli coś będzie nie tak, to mamy dzwonić do osoby, która wynajmowała nam taxi. Zaprowadzono nas do taksówki, wsiedliśmy i zaczęło się nagabywanie… Taksówkarz chciał nas koniecznie zawieźć do innego hotelu (częsty proceder w Indiach – prowizja od przyprowadzonego klienta). Wyperswadowaliśmy mu ten pomysł, ale to nie koniec. Kolejna próba wyłudzenia, to rzekome opłaty za przejazd płatną drogą.

Old Delhi
Old Delhi

Uparliśmy się, że nie zapłacimy, bo to w końcu taksówka przedpłacona (z założenia wszytkie opłaty są wliczone). Taksówkarz był coraz bardziej nachalny, sytuacja stała się napięta i dopiero postraszenie szefem, do którego dostalimy telefon, pomogło. Potem zostało już tylko odszukanie hotelu w plątaninie uliczek na Main Bazar (dzielnica o wyjątkowo kiepskiej opinii). Taksówkarz nie miał zielonego pojęcia, gdzie jest nasz hotel i tylko dzięki spotkanej rodaczce trafiliśmy we właściwe miejsce. Nasz hotel to Hotel Saffron Inn, w miarę przyzwoity i po prostu tani.

16 marca – Zaczęliśmy od śniadania w restauracji “na dachu” (lokalny zwyczaj urządzania restauracji na ostatniej kondygnacji budynku). W oczekiwaniu na jedzenie, mogliśmy obserwować licznie występujące tu orliki indyjskie oraz różnobarwny tłum spożywający śniadanie wprost na ulicy. W wielkich garach gotowała się masala czaj, czyli mocno słodka herbata z imbirem, gotowana na mleku).

Po śniadaniu udaliśmy się do Czerwonego Fortu, który ku naszemu rozczarowaniu był zamknięty (ważna informacja Fort jest zamknięty w poniedziałki). Do tego zaliczyliśmy kolejną próbę oszustwa, tym razem kierowca tuk-tuka postanowił skasować nas znacznie drożej niż mówił na początku. Potem pieszo przedzieraliśmy

Widok z minaretu meczetu Dźama Masdźid
Widok z minaretu meczetu Dźama Masdźid

się przez tłumy ludzi w Old Delhi podziwiając nieliczne zabytki. Naszym oczom ukazał się zupełnie inny świat z warsztatami jak ze średniowiecza i czynnymi rynsztokami. Jedynym pięknym miejscem był Dźama Masdźid z czerwonego piaskowca, mogący pomieścić 25.000 wiernych. Potem posziśmy do New Delhi i od razu znaleźliśmy się w innym świecie. Nowe Delhi nie różni się zbytnio od Europy. Jedyne różnice to, że ciągle ktoś rzekomo chce pomóc, a w rzeczywistości jak zwykle na coś naciągnąć oraz wszechobecne trójkołowce. Do ciekawych miejsc można zaliczyć Jantar Mantar, czyli dawne obserwatorium astronomiczne z gigantycznymi budowlami- przyrządami oraz Wrota Indii z całym otoczeniem.

W Delhi mieliśmy okazję skorzystać z metra, które jest niezwykle oryginalne, bo wejść można do niego wyłącznie poddawszy się kontroli osobistej. Zresztą niemal jak wszędzie w Idiach. Dzień zakończyliśmy w pociągu do Waranasi, który odjeżdżał o godz. 20:35, a na miejscu miał być o 8:30 następnego dnia.

Ganga Pudźa
Ganga Pudźa

17 marca – Pociąg miał trzy godziny spóźnienia, co jest ponoć standardem na tej trasie. Podróż była nawet nienajgorsza, bo mieliśmy kuszetki z pościelą, a tubylcy zachowywali się bardzo kulturalnie (oczywiście pominąwszy coś tak naturalnego, jak bekanie, czy pierdzenie, które są w końcu zwykłą fizjologią i nic w tym dziwnego, że robi się to publicznie…). Klimatu dopełniali handlarze wszytkim co popadnie, w szczególności piciem i jedzeniem, którym jeśliby płacić kilometrówkę, to byliby bogatymi ludźmi, tyle razy chodzili w tę i z powrotem 🙂

Ciałopalenie na Manikarnika Ghat
Ciałopalenie na Manikarnika Ghat

Tuk-tukiem dotarliśmy do Singh Guest House, oczywiście nie obyło się bez próby wyciągnięcia dodatkowej opłaty za stanie w korkach, ale jak zwykle byliśmy asertywni  😉 Dodać musimy, że to niezbędna cecha, którą trzeba mieć wybierajac się do Indii samodzielnie.

W pensjonacie panowała rodzinna atmosfera. Diamond, który się nami zaopiekował zaproponował nam trzy wycieczki: po świątyniach Waranasi, wieczorny rejs po Gangesie na ceremonię Ganga Pudźia oraz rejs o wschodzie słońca. Zdecydowaliśmy się na wszystkie trzy. Pierwsza wycieczka odbyła się tuk-tukiem, a przewodnikiem był osobiście Diamond, który opowiedział nam szczegółowo o mieście, świątyniach, uniwersytecie, religii i zwyczajach. Zaprowadził nas w wiele miejsc, do których nie weszlibyśmy samodzielnie, gdyż były zastrzeżone dla Hindusów. Mogliśmy też obejrzeć warsztaty, w któych nadal ręcznie tka się jedwab na sari. Szczególną atrakcją była możliwość przymierzenia tego 7 metrowego pasa jedwabiu i poczucia się jak hinduska księżniczka. Nabyliśmy także piękne jedwabne szale w cenie 15 zł za sztukę.

Wieczorem udaliśmy się łodzią wiosłową na ceremnonię ku czci Gangesu, który jest jednym z wcieleń Sziwy. Mijaliśmy poszczególne ghaty, czyli schody prowadzące wprost do rzeki, z których najbardziej wyróżniał się ghat, na którym całodobowo odbywa się ciałopalenie zmarłych. Według wierzeń Hindusów można palić każdego oprócz: kobiet w ciąży, dzieci do lat 12, ukąszonych przez węża, trędowatych i świętych mężów. Sama ceremonia jak dla nas zbyt monotonna, ale atmosfera niebanalna.

Rankiem w Waranasi
Rankiem w Waranasi

18 marca – Wstaliśmy skoro świt i popłynęliśmy ponownie łodzią wiosłową wzdłuż ghatów. Waranasi o wschodzie słońca było jeszcze ciekawsze niż wieczorem. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Ludzie dokonywali rytualnych ablucji, myli zęby, robili pranie, kąpali się, modlili, ćwiczyli jogę, po prostu życie kwitło. Dodać należy, że woda w Gangesie czystością nie grzeszy, a jednak ponoć nikt nigdy nie zachorował od jego wody. Na wszelki wypadek nie spróbowaliśmy, czy to prawda.

Jelenie aksis
Jelenie aksis

O godz. 10:25 mieliśmy pociąg do Katni, który na miejscu nie był oczywiście o 17:20, lecz dwie godziny później… Na szczęście udało nam się złapać tasksówkę do miejscowości Tala (97 km od Katni), gdzie mieliśmy nocleg w hotelu Mogli Jungle Resort. Kierowca był bardzo szczęśliwy, bo nie dość, że dzięki nam pojechał do domu (był z miejscowości Tala), to jeszcze dzięki nam miał zagwarantowany kurs w drugą stronę następnego dnia. Mało to, był przesymapatyczny i niezwykle uczciwy. W Hotelu także obsługa była miła i bardzo pomocna. Mimo późnej pory, załatwiła nam poranne safari w Parku Narodowym Bandhawgarh, ponieważ “w Indiach nie ma rzeczy niemożliwych”  😀

Kraska orientalna
Kraska orientalna

Hotel był bardzo ładny, jednak z paroma niespodziankami. W łazience natknęliśmy się na kilka gekonów, które uciekły na nasz widok i jedną małą, kolorowa żabkę, która skoczyła wprost na nas wywołując niemały popłoch 😉

19 marca – Poranek był okrutnie zimny. Pojechaliśmy na safari do Parku Narodowego Bandhawgarh, głównie aby wypatrzeć tygrysa. Mieliśmy bardzo kameralną wycieczkę, ponieważ jechaliśmy jeepem z jedną Niemką, przewodnikiem i kierowcą. Widzieliśmy bardzo dużo różnych zwierząt, ale jeśli chodzi o tygrysa, to

Langury
Langury

widzieliśmy jedynie w oddali jego zadek i świeże ślady (dobre i to). Mimo to safari należy zaliczyć do bardzo udanych. Miło spędziliśmy czas, widzieliśmy różne ptaki, jelenie, małpy, a nawet słonie.

Tą samą taksówką dojechaliśmy z powrotem na dworzec w Katni, skąd mieliśmy nocny pociąg do Agry. Mieliśmy mnóstwo czasu, więc poszliśmy na obiad. Niestety nie dało się znaleźć przyzwoitej restauracji, a jedynie bar, który w Polsce zostałby zamknięty przez Sanepid zanim zostałby otwarty  😉

Dworzec w Katni
Dworzec w Katni

Przypłaciliśmy to rozstrojem żołądka i jelit (po zaordynowanych nam później lekach, sądzimy, że była to salmonella). Na stacji mogliśmy obserowować krowy chodzące ze stoickim spokojem po torach oraz szczury wałęsające się między odpadkami wzdłuż szyn, a także kolejarzy chodzących trzymając się za rękę z policjantami… Ot lokalny koloryt nie mający nic wspólnego z orientacją seksulaną. W pociągu okazało się, że mimo zakupu pierwszej klasy, mamy miejsca w oddzielnych przedziałach. Jak zwykle w Indiach, dało się to załatwić, wystarczył uśmiech i uprzejma prośba. Dodać musimy, że w Indiach nie warto jeździć pierwszą klasą, bo dostaje się jedynie w gratisie kotarę zasłaniajacą kuszetkę i odświeżanie powietrza przez specjalną ekipę, a na koniec trzeba wypełnić ankietę jakości… Całe szczęście, że taki wagon mieliśmy tylko raz 🙂

Fatehpur Sikri
Fatehpur Sikri

20 marca – Do Agry mieliśmy dojechac o 8:15, ale oczywiście pociąg był spóźniony. Złapaliśmy tut-tuka i bardzo się zdziwiliśmy, że kierowca jest uczciwy i pomocny, ale to tylko pozory. Załatwił nam na za parę godzin samochód z kierowcą do Fatehpur Sikri i zaoferował się następnego dnia obwieźć nas po Agrze. Nasz hotel to Sai Palace, który choć skromny miał jedną zaletę: restaurację na dachu z widokiem na Taj Mahal. Prawdę mówiąc więcej hoteli w tym rejonie miało takie restauracje, ale najważniejsze, że nasz też 🙂

W drodze do Fatehpur Sikri (37 km) nie obyło się bez przygód, gdyż samochód złapał gumę. Czekając aż kierowca zmieni oponę, podziwialiśmy suszące się wzdłuż szosy krowie placki, które służą później jako opał. W Fatehpur Sikri zatrzymaliśmy się na parkingu i następnie musieliśmy przedrzeć się przez bazar, a raczej przez tłum handlarzy naciągaczy, aby dotrzeć do miejsca skąd odjeżdżał roklekotany autobus, który dowozi bezpośrednio pod kasę. To opuszczone miasto z czerwonego piaskowca jest po prostu piękne. Spora ilość budynków, z któych najokazalszy jest pałac i meczet pozwala na długi spacer bez konieczności użerania się z przewodnikami, którzy stoją przed kasą. Odrobina spokoju od ciągłego nagabywania 🙂

Do hotelu Sai Palace wróciliśmy z problemami jelitowo – żołądkowymi. Już w Fatehpur męczyły nas różne dolegliwości. Udaliśmy się do pobliskiej “apteki”, czyli czegoś bardziej przypominającego garaż z blachy falistej niż aptekę. Pozory jednak mylą. Sprzedawca mówił dobrze i o dziwo zrozumiale po angielsku (rzadkość w Indiach), a przede wszystkim zaordynował skuteczne leki (silny antybiotyk, lek przeciwbiegunkowy i przciwwymiotny), które niemal od ręki pomogły.

Taj Mahal
Taj Mahal

21 marca – Wstaliśmy wcześnie rano, aby dostać się do Taj Mahal przed wschodem słońca oraz po to, żeby uniknąć długiej kolejki i tłumów wewnątrz. Gdy kupowaliśmy bilety ku naszemu zdziwieniu jako cudzoziemcy zapłaciliśmy niemal 40 razy więcej niż tubylcy (cena dla obcego – 750 rupii, cena dla Hindusa – 20 rupii). Dotąd zawsze były przebitki, ale około 10-20 razy. W Taj Mahal padł rekord w tym względzie. Nieważne jaka cena, efekt jest warty niemal każdych pieniędzy. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że jest to jeden z najpiękniejszych zabytków na Świecie. Przed jego zwiedzeniem zastanwialiśmy się, czy nie jest przereklamowany. Nie jest! Jedyny minus to brak możliwości filmowania kamerą. No cóż, w obecnych czasach każdy aparat fotograficzny to kamera, więc poradziliśmy sobie 😉 Chodziliśmy po Taj Mahal ze dwie godziny rozkoszując się widokami z róznych stron i w różnym świetle. Dodatkową atrakcją były liczne papugi – aleksandretty obrożne.

Mały Taj Mahal
Mały Taj Mahal

Po zwiedzeniu Taj Mahal i śniadaniu byliśmy umówieni z naszym tuk-tukowcem, który miał obwieźć nas po innych atrakcjach Agry. Przy okazji poopowiadał nam wiele rzeczy. Zdziwił się, że nasza stolica jest tak małym miastem jak Agra 😀 No cóż, trudno się dziwić, gdy standardowy model rodziny w Indiach to czwórka dzieci…

Pierwszym obiektem był tzw. Mały Taj Mahal, czyli także grobowiec zbudowany podobną techniką co duży. W środku było więcej nagrobków i można było swobodnie filmować. Potem pojechaliśmy do ogrodów po drugiej stronie rzeki, skąd pięknie prezentował się Taj Mahal. W tym miejscu miał stanąć identyczny grobowiec, ale z czarnego marmuru, który sułtan chciał zbudować dla siebie, aby także po śmierci być naprzeciwko swojej żony, która spoczęła w Taj Mahal.

Czerwony Fort w Agrze
Czerwony Fort w Agrze

Kolejna atrakcja to Czerwony Fort w Agrze. Zdaniem wielu jeszcze piękniejszy niż Czerwony Fort w Delhi. Zbudowany również z czerwonego piaskowca, robi niezapomniane wrażenie, mimo, że tylko część jest przeznaczona do zwiedzania. Reszta nadal służy wojsku.

Na koniec nie obyło się bez naciągactwa. Najpierw pojechaliśmy do drogiej restauracji, plus z tego był taki, że zjedliśmy naprawdę dobry obiad. Potem było gorzej, bo musieliśmy odbyć rundę po warsztatach i sklepach: z wyrobami kamieniarskimi, dywanami i biżuterią. Jakież było niezadowolenie kierowcy, gdy nigdzie nic nie kupiliśmy. Nie mógł zrozumieć, że przyjechaliśmy do Indii, żeby je pozwiedzać i poznać kulturę, a nie na zakupy…

Gdy wróciliśmy, poszliśmy jeszcze na spacer. Trudno spacereować w Indiach, ponieważ brak chodników, a hałas jest nie do zniesienia. Najgorsze jest jednak to, że jest się ciągle atakowanym. Chcieliśmy kupić piwo, ale było to najdroższe piwo jakie dotąd widzieliśmy. Kupiliśmy owoce  i t-shirta i po prostu poobserowaliśmy biegnące życie. Po drodze zobaczyliśmy np. mężczyznę, który wychodził z jakiejś budki trzymając jeszcze ociekające zdjęcie rentgenowskie. No cóż w indiach wszystko wygląda inaczej 🙂

Gazela w Parku Narodowym Ranthambore
Gazela w Parku Narodowym Ranthambore

22 marca – Rano musieliśmy wynająć nowego tuk-tuka, bo kierowca dotychczasowego najwyraźniej obraził się i nie przyjechał. Pociąg do Sawai Madhopur mieliśmy o godz. 9:50, do celu przyjechaliśmy o 13:40. Jak zwykle tuk-tukiem dojechaliśmy do celu czyli do hotelu Amer Resort. Niestety tu czekała nas niemiła niespodzianka. Dostaliśmy znacznie gorszy pokój niż zamówiliśmy (bez klimatyzacji i z widokiem na ścianę budynku). W końcu jednak po długich rozmowach i odczekaniu okołu dwóch godzin, dostaliśmy swój pokój (co prawda i tak na zdjęciu wyglądał lepiej, ale był o niebo lepszy od tego pierwszego). Oczekując na pokój poszliśmy na jedzenie. Nie było zbyt dużo knajp, ale to co zjedliśmy było niezłe.

Park Narodowy Ranthambore
Park Narodowy Ranthambore

23 marca – Z rana udaliśmy się na zwiedzanie Parku Narodowego Ranthambore. Mieliśmy znowu nadzieję zobaczyć tygrysa. Jednak musieliśmy zadowolić się innymi zwierzętami, takimi jak pawie, antylopy czy malowane bociany. To było najbardziej chaotyczne safari spośród trzech, w których wzięliśmy udział w Indiach. Gdy wróciliśmy usiedliśmy na naszym balkonie, jedząc śniadanie i obserwując lokalne zwyczaje. Nasz pokój był z widokiem na ogród, co w praktyce oznaczało klepisko ze stertą śmieci i przechadzającą się świnią. Ponadto mieliśmy inne artakcje… Drogą przejeżdżały kolorowe, ozdobione kwiatami

Sawai
Sawai

traktory z wielkiemi głośnikami, z których dobiegała hinduska muzyka. Jeszcze lepszym punktem obserwacyjnym był kawałek rury, z której lała się non stop woda. Był to świetny prysznic dla kierowcy autobusu, czy też staruszki, która prócz kąpieli zaliczyła też pranie ciuchów, które miała na sobie. Ponadto standardem był widok wozów zaprzężonych w jednogarbne wielbłądy.

Po południu natomiast udaliśmy się na drugie safari. Tym razem, aby dostać się do bramy parku, jechaliśmy jeepem około godziny. Safari było bardzo uczciwe i mimo, że znowu nie udało nam się namierzyć tygrysa, to widzieliśmy mnóstwo zwierząt, a przede wszystkim w oddali niedźwiedzia.

Bundi
Bundi

24 marca – Nad ranem nie było problemów z zawiezieniem nas na dworzec, gdzie mieliśmy pociąg o godz. 5:25 do Bundi. W hotelu dostaliśmy nawet śniadanie. Do Bundi dotarliśmy około 9:14. Udaliśmy się najpierw tuk-tukiem do Shivam Tourist Guest House, prowadzonym przez bardzo sympatyczną i wesołą, hinduską rodzinę. Pokój był naprawdę ładny.

Pałac w Bundi
Pałac w Bundi

Potem udaliśmy się na zwiedzanie pałacu i miasta. Zaczęliśmy od górującego nad miastem ogromnego pałacu. Przy kasie zaczepił nas przewodnik proponując nam swoje usługi. Najpierw mu odmówiliśmy (zrobiliśmy to już odruchowo), ale gdy weszliśmy na teren bez jakiejkolwiek mapki, stwierdziliśmy, że nie wiemy od czego zacząć. Wróciliśmy więc z powrotem do kasy i wynajęliśmy przewodnika. I bardzo dobrze zrobiliśmy, gdyż po pierwsze pałac to niezły labirynt, po drugie jest ogromny, po trzecie przewodnik przeprowadził nas przejściami, które

Uliczki Bundi
Uliczki Bundi

są niedostępne dla turystów i po czwarte dowiedzieliśmy się mnóstwo ciekawych rzeczy. Wnętrza pałacu są przepiękne, kolorowe i mimo podniszczenia, nadal robią ogromne wrażenie. Zmęczeni upałem i duchotą musieliśmy odpocząć w pobliskiej restauracji.

Po lunchu ruszyliśmy na zwiedzanie błękitnego miasta Bundi. Rzeczywiście mnóstwo budynków jest pomalowanych na niebieski kolor. Do ciekawostek należy dodać, że w mieście znajduje się mnóstwo warsztatów rzemieślniczych produkujących ubrania, metalowe garnki, kołdry, biżuterię i wiele innych. Przykładowo w godzinę można było uszyć męskie spodnie… Po ulicach krążyły “wściekłe byki”, które nas atakowały swoimi rogami (długo po powrocie na nodze pozostała “pamiątka” po takim spotkaniu 😉 ).

Świątynia w Bundi
Świątynia w Bundi

Gdy wróciliśmy na kwaterę zamówiliśmy sobie na kolejne dwa dni samochód z kierowcą. Koszt wyniósł nas około 500 zł za dwa dni, 500 km z paliwem, kierowcą, noclegiem dla kierowcy i opłatami drogowymi. Wieczorem poszliśmy jeszcze na spacer po pobliskim bazarze z niekończącą się ilością kramów. Posmakowaliśmy lokalnych słodyczy, które nam jednak nie zasmakowały.

Nietoperze w drodze do Ranakpuru
Nietoeprze w drodze do Ranakpuru

25 marca – Rano wstaliśmy i czekaliśmy na naszego kierowcę. Właściciel naszej kwatery poinformował nas, że musimy jeszcze chwilę poczekać. Ta chwila się przedłużała, w końcu okazało się, że samochód się zespsuł, ale został “prawie” naprawiony. No cóż, nie mieliśmy za bardzo wyboru, więc pojechaliśmy do Ranakpuru (około 312 km). Początkowo wszystko szło dobrze. Podziwialiśmy widoki, stanęliśmy przed przejazdem kolejowym, który był zamknięty, ale nasz kierowca zagadał z dróżnkiem i ten na chwilę otworzył szlaban i przejechaliśmy. Pierwszy problem pojawił się na bramce na płatnej drodze, gdyż samochód zgasł i nie chciał zapalić. Kierowca pogrzebał coś pod maską i ruszyliśmy dalej. Po niedługim czasie jadąc autostradą, nagle coś huknęło nam w szybę zasłaniając nam widok. Kierowca ze stoickim spokojem wyhamował i wtedy okazało się, że otworzyła nam się maska i z impetem uderzyła w szybę tłukąc ją. Na szczęście była tylko popękana na drobniutkie kawałeczki, wgięta do środka, ale nie wypadła.

Po drodze zatrzymaliśmy się w czymś przypominajacym warsztat samochodwy, w którym kilku mechaników rzuciło się do naprawy. Usterka z odpalaniem została usunięta, ale szyby nie dało się zamówić ani tu, ani później. Dzięki temu byliśmy obiektem zainteresowania dla wszelkich przechodniów, tudzież policjantów. Dodać musimy, że kierowca był niezwykle zdziwiony, że chcemy dalej jechać samochodem z rozbitą szybą, aczkolwiek dotąd głównie woził Francuzów, którzy nigdy nie pozwoliliby się wieźć dalej z taką szybą. Po raz pierwszy wiózł Polaków, a jak widomo dla nas ważne, że samochód jedzie…

Świątnia dźinijska w Ranakpurze
Świątnia dźinijska w Ranakpurze

W Ranakpurze zwiedziliśmy niesamowitą świątynię dźinijską z mnóstwek przepięknie rzeźbionych kolumn i wielką ilością kapliczek z wyobrażeniami bogów hinduskich. Do świątyni należy wejść w długich spodniach i długim rękawie, bez jedzenia i picia oraz bez butów, co jest restrykcyjnie przestrzegane. Co ciekawe kobieta nie powinna być w okresie menstruacji, ale tego tu już nikt nie sprawdzał 😀

Na koniec dojechaliśmy do jedynego luksusowego hotelu w czasie naszej całej podróży – Ranakpur Hill Resort. W recepcji spotkaliśmy sympatyczne dwie Niemki, które chciały z nami wynająć wspólnie samochód z kierowcą (dla nich był zbyt drogi). Jakież było ich zdziwienie, gdy powiedzieliśmy, że przyjechaliśmy swoim samochodem ze swoim kierowcą i następnego dnia jedziemy dalej. Cóż, czasy się zmieniły… Prawdopodonie my wynajęliśmy samochód bardzo tanio, bo w tanim guesthousie, a w drogim hotelu cena była zapewne dużo, dużo wyższa 🙂 Hotel był naprawdę luksusowy, miał basen, pokój duży i wygodny, ale jedzenie niezbyt dobre. Kierowca miał specjalny pokoik służbowy.

Fort w Jodhpur
Fort w Jodhpur

26 marca – Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę  do kolejnego celu, którym był Jodhpur (172 km). Kierowca zawiózł nas tak blisko naszego kolejnego noclegu, jak tylko mógł z uwagi na wąskie uliczki – Heritage Haveli Guesthouse. Jak zwykla w takich małych obiektach było tam bardzo sympatycznie. Mogliśmy wybrać sobie pokój. Pracownik gesthouse załatwił nam tuk-tuka, któy obwiózł nas po mieście.

Jodhpur - błękitne miasto
Jodhpur – błękitne miasto

Pierwszym celem w Jodhpur – kolejnym błękitnym mieście, był Fort, okazała budowla na skale górującej nad miastem. W Forcie znajduje się świątnia, do której co ciekawe inna jest droga dla mężczyzn i inna dla kobiet. Wnętrza pałacu ciekawe, szczególnie kilka sal, w tym tronowa maharadży. Byly tam też wystawy sprzętów należących do władców np. palankiny (lektyki), kołyski, naczynia i co tam jeszcze. Ciekawostką były odciski dłoni żon maharadżów, któe zostawiały taką pamiątkę idąc na śmierć podczas pochówku męża (rytualne sati).

Grobowce maharadżów
Grobowce maharadżów

Kolejnym celem była nekropolia maharadżów Jodhpuru położona nieopodal Fortu. Ciekawe miejsce, kompletnie nie przypominające cmentarzy jakie znamy, bardzo monumentalne.

Pozostał nam do zwiedzenia Umaid Bhawan, czyli obecny pałac maharadży, który rządzi Jodhpurem. Można było zobaczyć zaledwie niewielką część i dowiedzieć się, że aranżacją wnętrz zajmował się Polak – Stefan Norblin, któy ozdobił swoimi malowidłami także wiele pomieszczeń. Ot polski akcent w tym odległym kraju. Kierowca tuk-tuka koniecznie chciał nam jeszcze pokazać zoo, ale poprosiliśmy, aby zawiózł nas do pensjonatu.

Wieczorem poszliśmy na spacer na bazar. Miliony wyjątkowo tandetnych towarów. Przypraw też nie kupiliśmy, ponieważ mieszanki kuchni indyjskiej wyjątkowo nie przypadły nam do gustu, a zdecydowanie nie jesteśmy ludźmi wybrednymi… Trochę trudniej było po ciemku wrócić na nocleg, ale w końcu trafiliśmy.

27 marca – Z uwagi na to, że samolot mieliśmy dopiero w południe, spokojnie zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na kolejny spacer. Za dnia znacznie łatwiej było znaleźć drogę. Wylot z Jodhpuru do Delhi Air India (nr lotu AI 476) mieliśmy o godz. 12:20. Czekała nas przesiadka w Delhi i wylot z Delhi do Amritsar o 17:05 liniami Jet Airways (nr lotu 9W 740). Planowany przylot do Amritsar to 18:05. Niestety to był tylko plan. Samolot, którym mieliśmy lecieć do Delhi miał opóźnienie spowodowane burzą nad Bombajem. Stres był ogromny, bo nie wiedzieliśmy, czy zdążymy na przesiadkę, a był to jedyny lot do Amritsar o tej porze z Delhi. Opóźnienie rosło. Wiedzieliśmy, że samolot w Delhi nie zaczeka, bo były to inne linie i inny bilet (nie udało nam się tego zarezerwować jako jeden lot). W końcu z dwu i półgodzinnym opóźnieniem wystartowaliśmy z Jodhpuru. W Delhi musieliśmy odebrać bagaże, co zajęło dużo czasu, przedostać się do strefy odlotów i odprawić. Gdy dotarliśmy na odprawę to była tak wielka kolejka, że nie mieliśmy szans zdążyć. Tylko dzięki uprzejmości kilku osób z obsługi zostaliśmy zawołani do innego stanowiska, gdzie nas odprawiono i mogliśmy biegiem dotrzeć do kontroli bezpieczeństwa, a następnie na właściwy gate. Na gate byliśmy 5 minut przed jego zamknięciem. Odetchnęliśmy z ulgą.

Złota Świątynia w Amritsar
Złota Świątynia w Amritsar

Po wylądowaniu skorzystaliśmy z shared taxi, czyli współdzielonej taksówki (cena przejazdu dzielona na pasażerów), którą wraz z jednym tubylcem dojechaliśmy do centrum. Taksówkarz dowiózł nas najbliżej jak mógł. Po wyjściu z taksówki zaczepił nas człowiek, który zaprowadził nas do naszego hotelu – Hotel Darbar View. Daliśmy mu za to napiwek, ale on wszedł z nami do środka i chciał jeszcze napiwek od obsługi za rzekome nagonienie klienta. Jego pech polegał na tym, że hotel mieliśmy już dawno zarezerwowany przez Internet.

Wybraliśmy się na wieczorny spacer wokół świątyni nie planując wejść do środka. Jednakże widząc blask bijący od tej najważniejszej świątyni sikhów , nie mogliśmy się opanować. Założyliśmy chusty na głowę (obok stały pojemniki z chustami, które nie wiadomo ile głów zaliczyły) i przez płytką wodę, której zadaniem było obmyć nam stopy, weszliśmy na teren świątyni. Efekt piorunujący. Niewiele widoków może równać się temu widokowi. Do tego atmosfera modlitwy, zadumy, śpiewów i to przez całą dobę (jest nawet kanał w TV, który całodobowo transmituje to co dzieje się w świątyni).

28 marca – Znowu wcześnie rano wybraliśmy się do świątyni. Tym razem chciliśmy wejść do samego środka. Musieliśmy jednak odczekać godzinę w kolejce pielgrzymów, którzy cały czas modlili się. Atmosfera niesamowita. W świetle słońca wszystkie złote elementy aż oślepiały. Wewnątrz zobaczyliśmy przepiękne dekoracje, których nie mogliśmy jednak uwiecznić oraz trwające nabożeństwo. Obeszliśmy sadzawkę, na której środku znajduje się Złota Świątynia podziwiajac ją ze wszystkich stron. Po wyjściu ze Świątyni i zjedzeniu śniadania, wybraliśmy się na ostatni spacer i ostatnie zakupy w Indiach.

Potem jak zwykle udaliśmy się tuk-tukiem na lotnisko. Mieliśmy wylot o godz. 14:20 liniami Jet Airways (nr lotu 9W 373) z międzylądowaniem w Delhi (nie wysiadaliśmy z samolotu) i w Mumbaju byliśmy o 18:10. Pozostało nam długie czekanie na lotnisku na samolot powrotny do Polski, który mieliśmy dopiero o godz. 3:05 nad ranem.

29 marca – Wylecieliśmy punktualnie o godz. 3:05 z Mumbaju (Bombaju) do Frankfurtu nad Menem Lufthnasą (lot nr LH 0757), i na miejscu byliśmy o 8:20. Z Frankfurtu polecieliśmy LOT-em (nr lotu LO 0382) o godz. 10:30 i w Warszawie byliśmy o godz. 12:15. Na tym zakończyliśmy naszą podróż 🙂