Gruzja

30.05.2014 – 11.06.2014

Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne

OPIS PODRÓŻY

30.05.2014 r.

Do Tbilisi w Gruzji wylecieliśmy z Warszawy LOT-em (lot nr LO 723) o 22:40, w Tbilisi byliśmy o 4:00. Na lotnisku wymieniliśmy drobną kwotę euro, bo więcej się nie opłacało (dowolny kantor w mieście daje znacznie lepszy kurs). Z lotniska na nasz nocleg wzięliśmy zwykłą taksówkę sprzed lotniska (w Gruzji jest to normalne i bezpieczne, a poza tym niezbyt drogie – 18 km w nocy za 50 lari, czyli około 80 zł). Przy okazji mieliśmy nocne zwiedzanie pięknie oświetlonego Tbilisi z okien taksówki. Dotarliśmy do Formula-1 Guest House, gdzie bardzo zaspana właścicielka po cichutku zaprowadziła nas do naszego bardzo ładnego pokoju.

31.05.2014 r.

Panorama Tbilisi z Twierdzy Narikala
Panorama Tbilisi z Twierdzy Narikala

Tbilisi – Rozpoczęliśmy pysznym domowym śniadankiem, na które składało się sinori, czyli rodzaj małych chrupiących naleśników z farszem mięsnym, kozi ser, konfitury i truskawki, małe, niezbyt piękne, ale przepyszne. Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie Tbilisi. Po zejściu wąskimi uliczkami do głównej ulicy miasta, czyli alei Rustawelego, od razu naszym oczom ukazał się Teatr im. Rustawelego. O alei Rustavelego należy dodać ważną informację, że nie posiada prawie przejść dla pieszych, a składa się z sześciu pasów, więc przebieganie przez nią nastręcza sporo problemów, gdyż Gruzini jeżdżą dynamicznie i raczej nie przejmują się pieszymi. Nieopodal znajdował się okazały gmach Parlamentu z dużą fontanną przed fasadą. Wzdłuż alei rosły drzewa magnoli z pięknymi, białymi kwiatami. Dotarliśmy do Placu Wolności, na którego środku znajduje się kolumna z pozłacaną figurą Św. Jerzego na koniu – patrona Gruzji, a który zamyka budynek Ratusza. Z Placu doskonale widać górująca nad miastem, stojącą na wzgórzu figurę Matki Gruzji. Na Placu wymieniliśmy także euro na lokalne lari w niewielkim kantorze (bardzo dobry kurs). Poszliśmy ulicą  Kotego Abchaziego (Kote Afkhazi) po drodze mijając świątynie różnych religii: cerkiew gruzińską, kościół ormiański, synagogę. Podziwialiśmy szyldy pisane najstarszym alfabetem na świecie, czyli alfabetem gruzińskim. Dla nas to były po prostu nic nie mówiące “szlaczki”. Całe szczęście, że większość ważniejszych napisów jest podanych także alfabetem łacińskim…

Mury miejskie Tbilisi nadbudowane budynkami z tradycyjnymi balkonami
Mury miejskie Tbilisi nadbudowane budynkami z tradycyjnymi balkonami

Dotarliśmy do rzeki Kury, z mostu Metechi widzieliśmy XIII wieczny kościół Metechi pięknie prezentujący się na wysokim klifie. Za  mostem znajduje się Plac Europy, z którego widać nowoczesny Rike Park z kilkoma futurystycznymi budynkami: Most Pokoju, centrum wystawiennicze w kształcie dwóch ogromnych metalowych rur, czy też budynek kolejki linowej, czyli tramwaju powietrznego, w dali widać także budynek Public Service Hall. Zaskakujący widok… Sam Kościół Metechi również robi duże wrażenie ze względu na lokalizację i architekturę. Chwilę pospacerowaliśmy po Rike Parku i Mostem Pokoju doszliśmy do Katedry Sioni. Wróciliśmy do Rike Parku, aby wjechać kolejką linową do Twierdzy Narikala. Piękne widoki. Jechaliśmy ponad starówką, która z tej perspektywy wyglądała jeszcze inaczej. Z samej twierdzy niewiele zostało. Najważniejsza była panorama Tbilisi oraz widok na Ogród Botaniczny. Wąskimi uliczkami zeszliśmy w dół mijając meczet oraz wiele tradycyjnych domów z ażurowymi balkonami. Doszliśmy na kwartał łaźni, na któym znajdują się łaźnie królewskie z charakterystycznymi kopułkami oraz Łaźnie Orbeliani, czyli Pstrokate, a to za sprawą oryginalnych płytek pokrywających fasadę. Wróciliśmy na Plac Wolności i poszliśmy efektowną ulicą Puszkina mając po jednej stronie mury miejskie nadbudowane tradycyjnymi domami z balkonami, a po drugiej nieco nowsze, ale również piękne kamienice. Skręciliśmy w kierunku Wieży Zegarowej, która choć nie jest zabytkiem, lecz reklamą pobliskiego teatru lalkowego, intryguje dziwaczną architekturą. Przeszliśmy uliczkami, aż do uliczki, na której aż roiło się od restauracji. Wybraliśmy najbardziej obleganą i zamówiliśmy chinkali w trzech smakach, czyli tradycyjne gruzińskie pierogi w postaci torebek z farszem. Dostaliśmy pikantne chinkali grzybowe, chinkali grzybowe z kolendrą oraz chinkali z mięsem mielonym. Bez względu na farsz rewelacja!!! Całości dopełniało piwo Mtieli.

Tbilisi nocą
Tbilisi nocą

Tyle zwiedzania, po trzech godzinach snu po mału dawało się nam odczuć. Wróciliśmy do naszego pensjonatu na popołudniową drzemkę, gdyż zaplanowaliśmy sobie jeszcze wieczorny spacer po Tbilisi. Znacznie bardziej wypoczęci wróciliśmy na starówkę. Rozpoczęliśmy od Wieży Zegarowej, nieopodal której upatrzyliśmy sobie kawiarenkę, w której zjedliśmy przepyszny gorący fondant czekoladowy z lodami. Zaczęło się ściemniać i poszliśmy w kierunku Rike Parku. Przeszliśmy przepięknie oświetlonym i mieniącym się Mostem Pokoju podziwiając tę niezwykle rozświetloną konstrukcję, z daleka widzieliśmy już górującą nad miastem Twierdzę Narikala, na którą ponownie wjechaliśmy kolejką linową. Z góry widzieliśmy bajecznie oświetlone miasto, rzekę Kurę i burzę. W oddali nad wzgórzami co chwilę pojawiał się błysk pioruna rozświetlający nieboskłon. Zamieniliśmy też parę słów z przemiłymi Gruzinami, którzy bardzo byli zainteresowani Polską. Zjechaliśmy w dół do parku na pokaz tańczącej, kolorowej fontanny. Piękna muzyka i piękna choreografia. Zmęczeni wróciliśmy do pensjonatu.

01.06.2014 r.

Narodowy Ogród Botaniczny Gruzji w Tbilisi
Narodowy Ogród Botaniczny Gruzji w Tbilisi

Tbilisi – Po zjedzeniu kolejnego, dobrego śniadanka u przemiłej naszej, gospodyni, udaliśmy się do Narodowego Ogrodu Botanicznego Gruzji. Poszliśmy w kierunku wejścia od ulicy Asatianiego, które jest obecnie nieczynne. Przy okazji obejrzeliśmy kolejne stare budynki, niestety dość zniszczone. Do ogrodu należy wejść ulicą Botanikuri. Po zakupieniu biletów rozpoczęliśmy penetrowanie rozległego ogrodu. Szliśmy różnymi alejami, ścieżkami, pnącymi się nieraz ostro pod górę. Oglądaliśmy mnóstwo najróżniejszych roślin, podzielonych na strefy geograficzne. Widziliśmy takie rośliny jak: palmy, cedry, najróżniejsze rośliny wodne, ogród skalny, mnóstwo najróżniejszych odmian drzew i krzewów iglastych, znanych głównie z rejonu śródziemnomorskiego. Przez ogród przepływa rzeka Tsavkisi (dopływ Kury), która w pewnym miejscu spada w dół 40-metrowym wodospadem. Bardzo efektowne miejsce, po którym można godzinami krążyć, nie powtarzając ścieżek. Warto wybrać się do tego ogrodu botanicznego.

Pchli Targ w Tbilisi
Pchli Targ w Tbilisi

Ruszyliśmy na zwiedzanie kolejnej części Tbilisi. Ponownie przeszliśmy przez Most Metechi i ponad Rike Parkiem ulicą Barataszwilego (narażając się na przejechanie po palcach stóp, bo nigdzie nie było chodników, a kierowcy przejeżdżali nieomal muskając nas lusterkami) dotarliśmy do Mostu Barataszwilego o dość dziwnej konstrukcji (pod mostem chodniki w postaci tuneli, trudno to wytłumaczyć, trzeba zobaczyć – trudno oprzeć się wrażeniu, że służą za toaletę publiczną 🙂 ). Doszliśmy do Public Service Hall czyli budynku z lotu ptaka przypominającego kwiat magnoli służącego do różnych celów. Dotarliśmy do parku, w którym handlowano czym popadnie, a nad rzeką znajdowały się kramy antykwariuszy przypominające regały z książkami. Można tu było znaleźć perełki literackie we wszystkich możliwych językach, także po polsku. W tym momencie należy dodać jeszcze parę słów o toaletach. Tuż za stoiskami księgarzy znajduje się jedna z nich. Wchodzi się do otwartego pomieszczenia z dwiema dziurami w podłodze. Nie ma tam żadnego przepierzenia, a smród jest okropny, co jest charakterystyczne dla wszystkich toalet publicznych w Gruzji. Kolejnym naszym celem był pchli targ, który zajmował ogromną powierzchnię. Takiej ilości przeróżnych towarów nigdzie nie widzieliśmy. Stoiska były wszędzie. Handel odbywał się także wprost na chodnikach. Raj dla koneserów staroci. Na koniec udaliśmy się jeszcze na al. Agmaszenebelego, która miała być elegancką ulicą, ale w praktyce okazała sie, dość zaniedbanymi miejscem. Na jedzenie wróciliśmy w okolice  Mostu Metechi, gdzie zjedliśmy skrzydełka z kurczaka we wspaniałym sosie pomidorowym z jajkiem i świeżą kolendrą.

02.06.2014 r.

Rankiem pojechaliśmy taksówką, aby odebrać zamówiony wcześniej samochód terenowy. Czekał na nas Jeep Grand Cherokee, duży, przestronny samochód z automatyczną skrzynią biegów, napędem na cztery koła i 3,2 litrowym silnikiem. No cóż, musieliśmy zmierzyć się po raz pierwszy w życiu z terenówką i automatyczną skrzynią biegów. Niby proste, ale trudno od ręki pozbyć się przyzwyczajeń…Po krótkim instruktażu ruszyliśmy na ulice Tbilisi. Szło gładko, aż do autostrady, na której zamiast gwałtownie przyspieszyć, gwałtownie zahamowaliśmy (to był hamulec, a nie sprzęgło). Całe szczęście, że kierowca za nami miał refleks…

Katedra Sveti Tschoveli w miejscowości Mtskheta
Katedra Sveti Tschoveli w miejscowości Mtskheta

Mtskheta – Zajechaliśmy na duży parking pod murami miejskimi. Wąską uliczką, pośród straganów z pamiątkami weszliśmy do miasta pod Katedrę Sveti Tschoveli (Życiodajna Kolumna) z XI w. otoczoną wspaniałymi murami obronnymi, zadbanymi budynkami i w niedużej odległości górami. Wśród zabudowań kręciło sie sporo ubranych na czarno mnichów. Weszliśmy na dziedziniec, na którego środku stała potężna budowla z piaskowca w różnych kolorach: żółtym, czerwonym oraz zielonym. Z tego ostatniego zrobiono dużą część wieży, która dzięki temu wyróżniała się. Wewnątrz znajduje się tzw. życiodajna kolumna, od której nazwę wzięła katedra, poza tym sporo ikon i trochę odnowionych fresków.

Kaplica Św. Nino w Klasztorze Samtavro w Mtskhecie
Kaplica Św. Nino w Klasztorze Samtavro w Mtskhecie

Drugim celem w Mtskhecie był odległy o kilkaset metrów Klasztor Samtavro z kościołem (XI w.) i maleńką kaplicą zwaną kościółkiem Św. Nino (IV w.). Większy z kościołów nie zrobił na nas wrażenia, z wyjątkiem królewskich nagrobków. Wewnątrz nie można filmować i robić zdjęć, a całego kompleksu pilnują mniszki. Do kapliczki nie wchodziliśmy (nie wiadomo, czy byśmy się zmieścili), natomiast ciekawie wyglądał z krzątającymi się wokół niej mniszkami.

Klasztor Jivari ponad miejscowością Mtskheta
Klasztor Jivari ponad miejscowością Mtskheta

Klasztor Jivari – Ponad Mtskhetą góruje Klasztor Jivari widoczny chyba z każdego miejsca w mieście. Jednak, żeby się tam dostać, trzeba pokonać kilkanaście kilometrów. Warto tam jechać choćby ze względu na malownicze położenie wśród gór i piękną panoramę na Mtskhetę widoczną z samego Klasztoru, pochodzącego z VI w. Wnętrze Kościoła ubogie, wręcz ascetyczne, z ciosanego kamienia i to w dodatku słabo obrobionego. Na zewnątrz niewielkie pomieszczenia dawnych mieszkańców.

Twierdza Ananuri
Twierdza Ananuri

Twierdza Ananuri – Ruszyliśmy w dalszą drogę tzw. Gruzińską Drogą Wojenną. Twierdza Ananuri to ciekawa warownia położona nad sztucznym zbiornikiem Zhinvali, której początki sięgają XII w. W obrębie Twierdzy znajdują się dwie cerkwie, a okala ją mur z kilkoma basztami. Dla turystów dostępna jest czworoboczna baszta, na którą można wejść oraz obie cerkwie: większy Kościół Wniebowzięcia i mniejszy Kościół Hvtaeba. Obie cerkwie mają surowe wnętrza, ale większa posiada bogaty ikonostas i sporo małych ołtarzyków. Ciekawe i klimatyczne miejsce, warte zatrzymania.

Gruzińska Droga Wojenna
Gruzińska Droga Wojenna

Gruzińska Droga Wojenna –  Nazwa pochodzi od tego, że przez Kaukaz przez wieki istniała tylko jedna przeprawa. Wszystkie wojska, bez względu na nację, musiały pokonywać góry wyłącznie tą drogą. Także i my udaliśmy się tą drogą w kierunku Stepantsmindy. Zanim wjechaliśmy w wyższe góry, zatrzymaliśmy się na jedzenie. Tym razem wypróbowaliśmy tzw. gruzińską pizzę, czyli chaczapuri.

Gruzińska Droga Wojenna
Gruzińska Droga Wojenna

Jest to placek z owczym serem. Bardzo syty i smaczny, a do tego niesamowicie tani. Pięliśmy się coraz wyżej wjeżdżając głębiej w góry. Kawałek za miejscowością Gudauri zatrzymaliśmy się na dość dziwacznym, ale pięknie położonym punkcie widokowym na Kanion rzeki Aragvi. Sam punkt to oryginalna, okrągła budowla ozdobiona wewnątrz malowidłami. Widoki zapierają dech w piersiach. Sama miejscowość Gudauri sprawia ciekawe wrażenie, gdyż o tej porze roku jest całkowicie wymarłą, ożywa zimą jako stacja narciarska. Obawialiśmy się, że Gruzińska Droga Wojenna jest bardzo złej jakości, ale ku naszemu zdziwieniu, okazała się niezłą asfaltową szosą. Charakterystyczne były zimowe tunele. Latem jedzie się wzdłuż nich odkrytą drogą, a przy złej pogodzie wąskim tunelem.

Stepantsminda (dawniej Kazbegi) – Po przyjeździe do Stepantsmindy chcieliśmy jeszcze pojechać nieco dalej i obejrzeć Wąwóz Darialski, tuż przed granicą z Rosją. Nie dane nam było do niego dojechać, gdyż cofnęła nas lokalna policja (droga była zamknięta, z uwagi na osunięcie gruntu). Przy tej okazji spotkała nas przygoda. Jadąc po raz pierwszy dużym samochodem terenowym z automatyczną skrzynią biegów, trudno było zawrócić na wąskiej drodze. Wzbudziło to podejrzenia w policjantach, którzy zażądali okazania prawa jazdy. Gdy zobaczyli, że mają do czynienia z Polakami oraz tłumaczeniu, że to pierwszy raz takim samochodem, pozwolili nam jechać dalej. Musieliśmy jeszcze namierzyć naszą kwaterę, czyli Anano Guest House. Nie było to łatwe, gdyż wszystkie domy były do siebie podobne, ulice słabo opisane, a numerów brakowało i trzeba było omijać krowy 🙂 Po kilku wskazówkach miejscowych trafiliśmy na miejsce. Okazało się, że właściciel próbował się wcześniej z nami skontaktować, aby upewnić się czy przyjedziemy. My jednak mieliśmy wyłączone telefony, więc stwierdziwszy, że zapewne nie przyjedziemy, sprzedał nasz pokój… Na szczęście nie zostawił nas na lodzie i oddał nam jeden ze swoich prywatnych pokoi, niestety bez łazienki, ale parę groszy taniej. Gospodarz podwiózł nas do lokalnego sklepu o nazwie Google 🙂 , gdzie mimo marnego zaopatrzenia, kupiliśmy coś na śniadanie.

03.06.2014 r.

Z rana postanowiliśmy pojechać do Kościoła Tsminda Sameba (Trójcy Świętej), niestety lało, była mgła i nie mogliśmy znaleźć właściwej drogi. Zaważył jeden drogowskaz, którego w tych warunkach nie zauważyliśmy. Wróciliśmy na kwaterę, na której gospodarz zaproponował nam zamiennie udać się do miejsowości Juta i dalej do lodowca Chaukhi.

Droga do Juta
Droga do Juta

Juta – Po raz pierwszy doceniliśmy posiadanie samochodu terenowego. Dojazd do Juta prowadził ziemną, wyboistą, błotną i wąską drogą. Początkowo jechało się doliną przez wsie z charakterystycznymi dla Gruzji domami zbudowanymi z czego popadnie (nawet z blachy falistej) i biegnącymi przez całą wieś brązowymi rurami z gazem. Rury krzyżowały się, biegły w poprzek drogi ponad samochodem, było ich całe mnóstwo. Potem droga była jeszcze gorsza, a my jechaliśmy po półce skalnej. Widoki były przepiękne, a dreszczyk emocji był jeszcze większy, gdy trzeba było się minąć z samochodem jadącym z przeciwka… Zatrzymaliśmy się w maleńkiej wsi Juta i pokierowani przez miejscowych, ruszyliśmy w górę mijając wyjątkowo nędzne zabudowania i brnąc po kostki w błocie.

Lodowiec Chaukhi
Lodowiec Chaukhi

Gdy weszliśmy wyżej, szliśmy już na szczęście po trawie. Przestało wreszcie padać, więc mogliśmy do woli rozkoszować się krajobrazem i ciszą panująca wokół. Zaskoczyła nas aż tak bujna zieleń na stokach gór. Oglądaliśmy nietypowe rośliny, wśród których był nawet barszcz, na szczęście był to bardzo mokry dzień i dzięki temu nie zachodziło ryzyko poparzenia. Szliśmy wydeptaną dróżką nie mogąc natrafić na oznaczenia szlaku. Kierowaliśmy się w stronę jęzora lodowca, który widać było już z bardzo daleka. Byliśmy tylko my i natura. Szliśmy jakiś czas, aż doszliśmy do wezbranych wód strumienia, który dzielił nas od lodowca. Nie było żadnego mostka i trzba było skakać po bardzo śliskich kamieniach.

Konie nieopodal Juta
Konie nieopodal Juta

Skończyło się to skręceniem kostki (na szczęście niegroźnym) i rezygnacją z dojścia do samego czoła lodowca. Wracając, spotkaliśmy pierwszych i jedynych turystów na tym szlaku – Litwinów. Chwilę porozmawialiśmy i szliśmy dalej. Tym razem namierzyliśmy szlak, więc wracaliśmy znacznie łatwiejszą ścieżką. Tuż przed zejściem do miejscowości Juta napotkaliśmy stado koni, które dodały jeszcze uroku naszej wędrówce.

Sno
Sno

Sno – Jedną z miejscowości w drodze z Juta było Sno, czyli wieś z wieżą mieszkalną na skale, będącą pozostałością po twierdzy. Sama wieś prezentowała się lepiej niż inne, ponieważ domy zbudowane były z kamieni.

Tsminda Sameba – Po powrocie na kwaterę, nasz gospodarz wytłumaczył nam jak dojechać do kościoła Tsminda Sameba oraz udzielił dobrej rady, aby jechać bardzo powoli i z napędem na cztery koła.

Kościół Tsminda Sameba
Kościół Tsminda Sameba

Całość drogi to około 6 km, które pokonaliśmy w kilkadziesiąt minut. Droga wiodła nie dość, że stromo pod górę, to po kamieniach, wybojach, ostrych zakrętach, a co gorsza, miejscami w głębokim błocie. Jazda ekstremalna. Dowiedzieliśmy się od gruzińskiego przewodnika, że nawet on nie decyduje się na wjazd na górę, a korzysta z miejscowych kierowców. Nam się udało i było warto. Po pierwsze widoki, które zapierały dech w piersiach. Wysokie, ośnieżone góry, a w dole Stepantsminda. Do tego sam kościół niezwykle klimatyczny, a do tego natrafiliśmy na chrzest.

Widok z Kościoła Tsminda Sameba
Widok z Kościoła Tsminda Sameba

Uroczystość zupełnie odmienna od tego co znamy z kościoła katolickiego. Ceremonii towarzyszyła nieustanna modlitwa. Dziecko było rozebrane i wstawione do chrzcielnicy. Duchowny malował po całym ciele dziecka znaki krzyża olejkiem, a następnie garściami polewał wodą całe dziecko. Wokół paliło się mnóstwo świec, w powietrzu unosił się zapach kadzidła, to wszystko sprawiało, że panowała tam podniosła atmosfera. Wróciliśmy tą samą drogą. W dół nie było wcale łatwiej…

Udało nam się dotrzeć na naszą kwaterę, zostawiliśmy samochód i poszliśmy coś zjeść. Weszliśmy do lokalu, w którym było sporo turystów, czyli Shorena’s Hotel&Bar, przywitał nas bardzo sympatyczny kelner, u którego zamówiliśmy szaszłyk, który oznaczał grillowane kawałki jagnięciny z surówką i pieczonymi ziemniakami, do tego oczywiście piwo. Porcja była bardzo duża, a jedzenie pyszne. Gdy poszliśmy zapłacić za kwaterę, gospodarz zaprosił na “kielicha”, czyli gruzińską czaczę (około 60% bimber winogronowy). Trochę się krygowaliśmy, ale w tym kraju nie sposób odmówić. W ciągu pięciu minut stół był zastawiony jedzeniem, a na środek wyjechała karfka z rzeczoną czaczą. Impreza trwała do północy, czacza lała się strumieniami, a prócz gospodarzy towarzyszyła nam pewna Austriaczka ze swoim gruzińskim przewodnikiem i Anglik. Wszyscy przesympatyczni, więc świetnie się bawiliśmy, dowiadując się przy okazji wielu rzeczy o zwyczajach w Gruzji, np. o słynnych toastach, czy też wytwarzaniu wina.

04.06.2014 r.

Skalne miasto Uplistsikhe
Skalne miasto Uplistsikhe

Uplistsikhe – Zjechaliśmy z gór Gruzińską Droga Wojenną, wjechaliśmy na bodaj jedyną autostradę, przejechaliśmy spory odcinek i w końcu wjechaliśmy w zwykłą drogę, aby dojechać do skalnego miasta Uplistsikhe. Już z oddali widać było wykute w skale domostwa.  Początki skalnego miasta sięgają V w. p.n.e., więc zabudowania są naprawdę stare i stanowią niezły labirynt. Miasto składa się z trzech części, weszliśmy do niego schodami i długo krążyliśmy po zakamarkach.

Skalne miasto Uplistsikhe
Skalne miasto Uplistsikhe

Wchodziliśmy do najróżniejszych pomieszczeń, o przeznaczeniu mieszkalnym, gospodarczym i kultowym. Na terenie miasta znajdują się zarówno świątynie przedchrześcijańskie, jak i bazylika prawosławna na samym szczycie. Świetnie, że można było wszędzie zajrzeć. Dodatkowo z góry roztaczała się piękna panorama na okolicę oraz rzekę Kurę. Z miasta wyszliśmy tunelem, który prowadzi wprost nad rzekę, a który służył dawnym mieszkańcom do ewakuacji.

Klasztor Katskhis Sveti
Klasztor Katskhis Sveti

Katskhis Sveti – Klasztor ten jest położony na szczycie 40-metrowej maczugi skalnej. Dość trudno do niego dojechać, bo ostatni odcinek trzeba pokonać wyboistą ziemną drogą, ale dla naszej terenówki to nie był problem. Liczyliśmy na to, że dostaniemy się na szczyt do kościoła po drabinie. Drabina owszem jest, ale nie można wchodzić po niej do góry. Pod skałą kręcił się mnich, który sprawiał wrażenie niemowy. Zapytany, czy możemy wejśc na górę, pokiwał tylko przecząco glową. Byliśmy nieco zawiedzeni, bo spodziewaliśmy się mocnych wrażeń, a mogliśmy jedynie naciszyć oczy nietypowym zabytkiem.

Po drodze zjedliśmy obiad w przydrożnej restauracji, w której zaserwowano nam gruziński kebab, czyli patyk oklejony upieczoną mieloną baraniną. Zdziwiliśmy się, że to jest kebab, ale najważniejsze, że mięso było smaczne. Tego dnia nocleg zapalnowaliśmy w Hotelu TirifiHoliday w Kutaisi. Ładne, miłe miejsce na obrzeżach Kutaisi, dzięki czemu łatwo do niego dotrzeć, a następnie wyjechać w dalszą drogę.

05.06.2014 r.

Śniadanie w TrifiHoliday zaserwowano nam w pomieszczeniu będącym skrzyżowaniem stołówki z przeszklonym tarasem. Szczególnie oryginalne były kandyzowane razem ze skorupką orzechy włoski. Super.

Ślady dinozaurów w Rezerwacie Sataplia
Ślady dinozaurów w Rezerwacie Sataplia

Rezerwat Sataplia – Rezerwat ten położony jest na terenie wygasłego wulkanu, a w zasadzie w jego kraterze. Przyjechaliśmy przed otwarciem, po drodze zabierając autostopowicza, który był Polakiem. Nietrudno było domyślić się jego nacji, gdyż z plecaka wystawał mu taki sam przewodnik z jakiego my korzystaliśmy. 🙂 Okazało się, że właśnie zdał maturę i wybrał się w podróż przez Gruzję, Armenię i Turcję. Korzystał z couchsurfingu, czyli mieszkania u prywatnych ludzi w zamian za udostępnienie własnego mieszkania komuś innemu. Przed wejściem do rezerwatu spotkaliśmy grupkę Litwinów, którzy podróżowali małym busem z własnym przewodnikiem.

Las kolchidzki w Rezerwacie Sataplia
Las kolchidzki w Rezerwacie Sataplia

Po rezerwacie chodziliśmy z przemiłą przewodniczką, która mówiła nawet trochę po polsku, gdyż była w trakcie nauki naszego języka, aby w przyszłości móc oprowadzać polskie wycieczki. Rozpoczęliśmy od pawilonu w którym wyeksponowano ślady dinozaurów odciśnięte w skale. Jest tego całkiem pokaźna kolekcja, ładnie podświetlona różnymi kolorami. Następnie przeszliśmy lasem kolchidzkim, czyli liściastym lasem subtropikalnym, w którym ustawiono figury dinozaurów. Oglądaliśmy ponadto różne endemiczne rośliny, a także rój dzikich pszczół pod nawisem skalnym i weszliśmy do jaskini stalaktytowej.

Jaskinia stalaktytowa w Rezerwacie Sataplia
Jaskinia stalaktytowa w Rezerwacie Sataplia

Jaskinia miała bardzo bogatą szatę naciekową, która była pięknie kolorowo podświetlona. Nie była to ostatnia atrakcja rezerwatu. Kolejnym punktem programu był szklany taras widokowy. Weszliśmy na niego w “muzealnych” kapciach i mogliśmy obserwować piekną panoramę krateru wygasłego wulkanu. Pod naszymi nogami była oczywiście przepaść, którą widzieliśmy przez szklaną podłogę. Efekt był naprawdę ciekawy. Na koniec przeszliśmy jeszcze przez las kolchidzki, który w tym miejscu wyglądał jeszcze ciekawiej.

W drodze do Mestii
W drodze do Mestii

Droga do Mestii – Droga do Mestii jest bardzo widokowa, pierwsza część prowadzi przez płaski teren, zaś druga część wiedzie górskimi serpentynami. Prócz widoków mieliśmy okazję obserwować mnóstwo zwierząt hodowlanych spacerujących wzdłuż drogi, czy wręcz po asfalcie. Z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że zastępują spowalniacze. Ot gruziński sposób na wymuszenie trzymania się przepisów. Najbardziej niebezpieczna sytuacja zdażyła nam się w nieoświetlonym tunelu, w którym rezydowała na środku jezdni krowa… Całe szczęście, że w ostatniej chwili udało się nam ją ominąć. Po drodze prócz gór i zwierząt mogliśmy obserwować strumień, którego barwa była brudno-brunatna. Wydawało się, że płynie nią błoto, a  nie woda. Trzeba przyznać, że w Gruzji musi być takie podłoże w górach, że w zasadzie wszystkie rzeki i strumienie mają brzydki błotnisty kolor.

Wieże mieszkalne w Lenjeri
Wieże mieszkalne w Lenjeri

Lenjeri –  Ta niewielka osada położona jest niewiele przed Mestią. Charakteryzuje ją duża ilość wież mieszkalnych, które przepięknie prezentują się na tle otaczających je gór. Przeszliśmy się uliczkami oglądając pola margaretek, kolejne świnie “z wolnego wybiegu” oraz bardzo ubogie kamienne domostwa, w niektórych zamiast szyb w oknach znajdowały sie folie lub raczej jakieś błony zwierzęce.

Mestia – Nasza kwatera – Eka’s Guesthouse znajdowała się na wąziutkiej, ziemnej ulicze, w którą z ledwością wjechaliśmy. O zostawieniu samochodu, wogóle nie było mowy, na szczęście w odległości kilkaset metrów znajdował się rynek z posterunkiem policji, przed którym mogliśmy zostawić naszego Jeepa. Kwatera byłaby fajna, gdyby nie wspólna łazienka, aczkolwiek gospodarze nadrabiali swoją uprzejmością wszelkie niedogodności 🙂 Najpierw poszliśmy coś zjeść, była to zupa z kawałkami wołowiny, ziemniakami i warzywami oraz mnóstwem kolendry, na drugie danie zjedliśmy pieczone ziemniaczki z wieprzowiną. Obie potrawy miały tak skomplikowane nazwy, że nie byliśmy w stanie ich spamiętać… Ważne, że były naprawdę dobre, a do tego dochodziło położenie knajpki z widokiem na czterotysięczniki.

Mestia
Mestia

Po obiedzie wybraliśmy się na spacer, aby pooglądać miasto z wieloma wieżami położone w górskiej dolinie. Jest to miasto, w którym na porządku dziennym są krowy spacerujące chodnikami lub wręcz środkiem ulicy. Poza tym oczywiście nie mogło zabraknąć świń wylegujących się wprost na ulicy. Nie można nie wspomnieć o wielkich bezpańskich psach, wałęsających się wśród ludzi. Były to głównie owczarki kaukaskie budzące respekt, a jednocześnie sprawiające wrażenie niezwykle spokojnych.

Mestia nocą
Mestia nocą

Wróciliśmy na kwaterę, aby trochę odpocząć i gdy się ściemniło, ponownie wybraliśmy się na spacer, tym razem, aby pooglądać oświetlone miasto. Świetnie, że główna atrakcja miasta, czyli wieże mieszkalne, również były podświetlone co dawało ciekawy efekt. Spacerując wieczorem po mieście spotkaliśmy nieco podpitego Gruzina, który powiedział, że kocha nas Polaków. I jak tu nie kochać Gruzinów 🙂 Wcześniej dowiedzieliśmy się już dlaczego Gruzini mają taki stosunek do Polaków, otóż to za sprawą Prezydenta Kaczyńskiego, który jak to powiedział nasz gospodarz w Stepantsmindzie: “dla Was Polaków to był zwykły prezydent, a dla nas Gruzinów to bohater!”.

06.06.2014 r.

Kaukaz powyżej Mestii
Kaukaz powyżej Mestii

Treking po Kaukazie do Jeziorek Koruldi – Rano wyruszyliśmy na treking po Kaukazie. Zamierzaliśmy dotrzeć powyżej Jeziorek Koruldi, które znajdują się na wysokości 2740 m n.p.m. Aby wejść na szlak, musieliśmy namierzyć ulice Vittoria Selli i przejść przez przedmieścia Lechtagi. Nie obyło się bez pomocy tubylców, gdyż szlak szczególnie na początkowym etapie nie był zbyt dobrze oznaczony. Niemal od razu zaczęły nam towarzyszyć dwa psy, rudy duży mieszaniec i owczarek kaukaski. Dogoniliśmy też idącą w górę turystkę z Ukrainy, która poprosiła nas o zmierzenie czasu rozmowy telefonicznej do swojej babci. Rozmowa do Polski, jak i na Ukrainę kosztowała około 10 zł za minutę, dla nas jest to niemało, trudno się więc dziwić, że dla Ukrainki było to dużo więcej.

"Nasz" owczarek kaukaski w drodze do Jeziorek Koruldi
“Nasz” owczarek kaukaski w drodze do Jeziorek Koruldi

Niestety nie udało się jej połączyć, a także nie była w stanie utrzymać naszego tempa marszu, które choć nie zawrotne, jest bardzo równe. Kroku natomiast dotrzymywał nam owczarek kaukaski (drugi pies zrezygnował). Najpierw szliśmy stromo pod górę, mieliśmy wręcz wątpliwości, czy idziemy właściwą ścieżką, aż natrafiliśmy na oznaczenie szlaku. Najpierw szliśmy przez las podziwiając przepięknie kwitnące na żółto rododendrony.  Potem wyszliśmy na ukwiecone łąki górskie ogrodzone tradycyjnymi płotami ze sztachet. Byliśmy coraz wyżej i dzięki temu mieliśmy wokół coraz piękniejsze widoki na ośnieżone szczyty gór. Doszliśmy do platformy widokowej, z której pięknie widać było Mestię oraz do krzyża górującego nad miastem. Kawałek za krzyżem “nasz” pies zaczął ostrzegawczo szczekać w kierunku zarośli. Prawdopodobnie wyczuł jakieś dzikie zwierzę (może niedźwiedzia?). Dalszy szlak prowadził drogą, na której widać było ślady terenówek, które od czasu do czasu musiały nią jechać.

Powyżej Jeziorek Koruldi
Powyżej Jeziorek Koruldi

Droga była mniej stroma i prowadziła po otwartym terenie. Minęliśmy zabudowania pasterskie, nasz pies niestety nas opuścił, choć był z nami jakieś cztery godziny. Potem zaczęło być bardziej stromo, pokropił odrobinę deszcz, weszliśmy w strefę śniegu, aż dotarliśmy w miejsce, z którego widać było w dole Jeziorka. Dotarliśmy na około 2900 m n.p.m. Ogólnie zdziwiliśmy się, że szlak wiodący tak wysoko, jest stosunkowo łagodny. Zachwycaliśmy się panoramą gór i interesującą roślinnością, głównie drobnymi kolorowymi kwiatami. Zjedliśmy kanapki i ruszyliśmy w powrotną drogę. Schodząc spotkaliśmy znajomą Ukrainkę, która mimo już dość późnej pory jak na wchodzenie, nadal szła w górę. Po drodze spotkaliśmy grupę jeźdźców, którzy w taki nietypowy sposób penetrowali góry. Ciekawy pomysł. Od krzyża wybraliśmy krótszy szlak powrotny, który owszem zajął nam mniej czasu, ale był bardzo stromy, a kamienie usuwały się spod stóp. Całość wędrówki zajęła nam 8 godzin. Był to naprawdę przepiękny treking po Kaukazie.

Na wieczór zamówiliśmy sobie obiad na naszej kwaterze. Dostaliśmy taki “wypas”, że myśleliśmy, że na kolację przyjdzie jeszcze kilka osób. Byliśmy tylko my i mnóstwo jedzenia: zupa, chinkali, przepyszna sałatka z bakłażanów, wołowina, pieczone ziemniaki, jakiś rodzaj placka oraz inne potrawy, których już nie pamiętamy i oczywiście na koniec czacza.

07.06.2014 r.

W drodze do lodowca Chalaadi
W drodze do lodowca Chalaadi

Lodowiec Chalaadi – Po sutym śniadaniu (innego na tej kwaterze w Mestii być nie mogło) ruszyliśmy w okolice Lodowca Chalaadi. Droga była raczej kiepska, więc znowu cieszyliśmy się, że mamy do dyspozycji samochód terenowy. Dojechaliśmy niemal do mostu wiszącego nad strumieniem, koło którego kilku robotników budowało jak to nazwali – kafejkę. Zapytaliśmy czy idziemy we właściwym kierunku. Odpowiedzieli, że tak. Ruszyliśmy pod górę przez las mijając krowy pasące się pomiędzy rododendronami. W pewnym momencie wyszliśmy na otwartą przestrzeń i skakaliśmy po kamieniach.

Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi

Być może dałoby się dojść bliżej, ale nam wystarczył piękny widok na jęzor lodowca, a nie mieliśmy ochoty na kontuzję. Wróciliśmy tą samą drogą. Przeszliśmy przez most i już z daleka byliśmy wołani na wspólny posiłek ze spotkanymi wcześniej robotnikami. Natychmiast kroili chaczapuri, kozi ser, arbuza i oczywiście chcieli nalewać czaczę… Oj trudno było się wymówić prowadzeniem samochodu. Jedno z nas, które nie prowadziło, musiało wypić 🙂 Porozmawialiśmy na ulubiony temat Gruzinów, czyli jak bardzo nie lubią Putina. O ironio porozumiewaliśmy się po rosyjsku, ponieważ był to jedyny język, w którym mogliśmy się dogadać… Pożegnaliśmy miłe towarzystwo i wróciliśmy do samochodu, aby ruszyć w kierunku Batumi. Blisko Batumi widzieliśmy słynne herbaciane pola.

Batumi – W Batumi mieliśmy małą przygodę z hotelem. Zajechaliśmy do hotelu, w którym zarezerwowaliśmy pokój, niestety okazał się znacznie mniejszy od opisu, do tego był zapleśniały i wogóle była to “nora”. Zaprotestowaliśmy, obiło się aż o szefa i ostatecznie pracownik zaprowadził nas do Pensjonatu Old Batumi, gdzie w tej samej cenie dostaliśmy na pierwszą noc piękny apartament, a na dwie kolejne bardzo ładny pokój z łazienką i balkonem. Poszliśmy na rybę do tureckiej restauracji w tureckiej części miasta. Balik (po turecku ryba) był przepyszny. Z powodu burzy nie poszliśmy wieczorem na zwiedzanie, ale za to podziwialiśmy panoramę Batumi z okna naszego apartamentu. Nie mogliśmy się nadziwić tyloma nowoczesnymi, pięknie podświetlonymi budynkami. Efekt naprawdę niesamowity.

08.06.2014 r.

Kuflik w Ogrodzie Botanicznym Makhinjauri
Kuflik w Ogrodzie Botanicznym Makhinjauri

Makhinjauri – Śniadanko jak to zwykle w Gruzji składało się z domowych produktów. Szczególnie smakowały nam kandyzowane w całości wraz z pestką wiśnie. Aby dojechać do Ogrodu Botanicznego Makhinjauri podjechaliśmy najpierw mały kawałek autobusem miejskim (choć mogliśmy spokojnie podejść pieszo) do wylotu ulicy Czawczawadzego tuż przy porcie, a następnie wsiedliśmy do marszrutki nr 31, czyli busa, którym dojechaliśmy  do samego Ogrodu. Ogród znajduje się na wzgórzu, z którego doskonale widać Batumi. Mieliśmy szczęście, bo była piękna pogoda, a zazwyczaj wzgórza wokół Batumi są w deszczu mimo, że w samym mieście świeci pięknie słońce. Co ważne Ogród Mahinjauri jest naprawdę rozległy i podzielony na różne strefy geograficzne.

Ogród Botaniczny Makhinjauri
Ogród Botaniczny Makhinjauri

Królują w nim drzewa, których rodzajów jest naprawdę imponująca ilość. Kwitły także różne krzewy: magnolie, kamelie, kufliki, róże i wiele innych. Atutem była duża ilość egzotycznych roślin z różnych stron świata od kaktusów, przez potężne bambusy, palmy, bananowce, cedry, aż po gigantyczne eukaliptusy. Co kawałek były punkty widokowe, z których rozciągał się widok na Morze Czarne i miasto Batumi w oddali. Do ciekawych miejsc zaliczyć można takie miejsca jak ogród japoński, czy też strefa meksykańska. Jedno jest pewne, że Makhinjauri to kilka godzin spaceru wśród pięknej przyrody.

Delfinarium w Batumi
Delfinarium w Batumi

Batumi – Wróciliśmy marszrutką w miejsce, z którego ruszaliśmy i autubusem miejskim podjechaliśmy do Delfinarium, żeby zobaczyć show z delfinami. Według nas rewelacja. Delfiny to słodkie zwierzęta, które absolutnie nie wyglądały na nieszczęśliwe, a wręcz przeciwnie, były bardzo zżyte ze swoimi opiekunami i chętnie pokazywały najróżniejsze sztuczki. Po pokazie wróciliśmy promenadą do naszego pensjonatu, żeby przebrać się w stroje kąpielowe i pójść na plażę. Plaża w Batumi nad Morzem Czarnym ma zamiast piasku otoczaki. Niezbędnym było wypożyczenie leżaczków i parasola. Kąpiel w morzu niezwykle przyjemna, choć woda w czerwcu jeszcze dość chłodna (ale bez przesady). Po około trzech godzinach plażowania (dla nas “zwiedzaczy” trzy godziny na plaży to niesłychane zjawisko 🙂 ), zgłodnieliśmy i poszliśmy na przepyszne przepiórki z frytkami i surówka.

Batumi
Batumi

Wieczorem udaliśmy się na spacer po pięknie oświetlonym Batumi. Wiele budynków jest pięknie oświetlonych, do tego cała promenada oraz dużo palm, do tego grające i tańczące fontanny, wszystko to sprawiało piękne wrażenie. Miło spacerowało się po tym jakże przyjaznym mieście. Odchodząc z promenady usłyszeliśmy dźwięki znajomej piosenki: “Batumi, ech Batumi, herbaciane pola Batumi…” naszych Filipinek i to w oryginale. Musieliśmy zatrzymać się, żeby tego posłuchać. Trudno się nie wzruszyć…

09.06.2014 r.

Batumi
Batumi

Batumi – Rano wybraliśmy się na spacer po starym Batumi. Musieliśmy przejść się uliczkami tego słynnego miasta, które wcale nie jest takie stare, bo większość budynków pochodzi z XIX w. Znaczna część jest zadbana, ale zdarzają się “perełki” załatane blachą falistą. Generalnie starówka robi bardzo dobre wrażenie, choć wcale nie kurortu. Charakterystyczne jest to, że oprócz starych budynków są tam również budowle socrealistyczne, w tym klasyczne wieżowce z blokowisk oraz niezwykle nowoczesne budynki. Batumi to urokliwy misz masz architektoniczny ozdobiony piękną, soczystą zielenią.

Rowerem po promenadzie w Batumi
Rowerem po promenadzie w Batumi

Postanowiliśmy dotrzeć do końca promenady, która liczy 7 km długości, więc wypożyczyliśmy rowery miejskie. Potrzebną kartę można uzyskać w informacji turystycznej na placu przy grających fontannach. Karta jest przedpłacona i pozwala na określony czas jazdy. Przyjemna przejażdżka dobrze przygotowaną ścieżką wzdłuż morza. Dojechaliśmy do ulicy Lecha i Marii Kaczyńskich i wjechaliśmy do pobliskiego parku, który w zasadzie dopiero rośnie i może za kilka, kilkanaście lat będzie prawdziwym parkiem.

Najnowszy symbol miasta Batumi - WHERE
Najnowszy symbol miasta Batumi – WHERE

Nie omieszkaliśmy także zrobić sobie zdjęcia pod napisem WHERE, który jest najnowszym symbolem miasta, ale dość odległym od centrum. Po południu postanowiliśmy ponownie skorzystać z uroków plaży w Batumi i kąpieli w morzu. Na koniec leniwie powłóczyliśmy się po mieście i oczywiście poszliśmy na obiad. Wszystko co zamówiliśmy dostawaliśmy po kolei, a nie wszystko razem (to standard w Gruzji). Najpierw dostaliśmy frytki z sosem, gdy je zjedliśmy przyniesiono nam surówkę, a potem świetnie przyrządzoną wątróbkę wołową. Na koniec dostaliśmy mielony kebab gruziński zawinięty w cieście. Pyszności! Wieczorem nie poszliśmy już na spacer, bo była burza (co jest częstym zjawiskiem dla Batumi) i lał deszcz.

10.09.2014

Droga do Vardzi
Droga do Vardzi

Przejazd do Vardzi – Przejazd do Vardzi drogą krajową Batumi-Akhaltsitkhe nie należał do przyjemności. Początkowo droga z Batumi była całkiem niezła, po górach, ale asfaltowa. Potem droga stawała się coraz bardziej dziurawa. W pewnym momencie zatrzymali nas dwaj policjanci. Zastanwialiśmy się, czy to kontrola, czy może popełniliśmy jakieś wykroczenie. W końcu w Gruzji nie ma czegoś takiego jak kontrola rutynowa. Okazało się, że nasze obawy były zupełnie bezpodstawne, bo policjanci po skończonej pracy, łapali zwykłego stopa 🙂 Tak oto przysłużyliśmy sie lokalnej policji. Podwieźliśmy ich kilkanaście kilometrów i niedługo potem skończył się asfalt… Zaczęła się jazda terenowa. Najpierw wyboisty szutr, który niebawem przerodził się w wąską, ziemną, pełną kolein, kamieni i błota drogę. Przejazd pełen wrażeń, zwłaszcza w momencie, gdy dojechaliśmy do wodospadu, który spadał wprost na drogę tworząc strumień, a potem spadał stromo w dół. My musieliśmy “tylko” przejechać przez strumień 😉 Po długich męczarniach wjechaliśmy w asfaltową drogę i mogliśmy w pełni podziwiać piękny krajobraz: malowniczy Mały Kaukaz, strumień i piękne pola fioletowych kwiatów.

Skalny klasztor w Vardzi
Skalny klasztor w Vardzi

Vardzia – Już z daleka widzieliśmy skalny klasztor w Vardzi. Podjechaliśmy na parking poniżej atrakcji i ruszyliśmy ścieżką w górę. Klasztor w Vardzi powstawał od XII w. i był to ogromny kompleks jaskiń wydrążonych w miękkiej skale. Składały się na niego pomieszczenia o różnym przeznaczeniu: kościoły, mieszkania, piwnice winne, spichlerze, biblioteki, stajnie, obory, czy też piekarnie. Wszystko połączone siecią tuneli, z któych część przetrwała do dziś. Klasztor jest imponujący, mimo, że została z niego raptem 1/5. Nie mieliśmy szczęścia do samotnego kontemplowania tego miejsca, bo ciągle pojawiały się nowe wycieczki.

Freski w kościele w Vardzi
Freski w kościele w Vardzi

Niemiecka wycieczka zaproponowała nam nawet wspólne zwiedzanie, ale my jesteśmy “Zosie samosie”, które lubią samotnie wczuwać się w klimat miejsca, a nie w grupie ludzi. Na szczęście momentami byliśmy sami, a szczególnie gdy weszliśmy w tunele. Klasztorem opiekują się mnisi, którzy wprawdzie nie mieszkają bezpośrenio w nim, lecz w małym domku poniżej. Jeden z mnichów czytał coś pod kościołem pełnym fresków. Był tak zaczytany, że nie zauważył, że wchodzimy do środka i dzięki temu mogliśmy spokojnie sfotografować i nagrać wnętrze.

Po zwiedzaniu podjechaliśmy na nocleg w Hotelu Taoskari tuż poniżej klasztoru. Hotel prowadzi małżeństwo polsko-gruzińskie. Mieliśmy okazję porozmawiać z ich córką, która była przemiła i pięknie mówiła po polsku. Sam hotel był bardzo surowy, ale na jedną noc w zupełności wystarczył. Miał jedną zaletę – z tarasu rozciągł się cudowny widok na skalny klasztor. Wybraliśmy się oczywiście na obiad do knajpki oddalonej jakieś 100-200 m od hotelu. Czegóż my tam nie zjedliśmy: gigantyczny szaszłyk jagnięcy, po sześć chinkali, grzyby zapiekane w garnuszku, popiliśmy to białym, potem czerwonym winem, potem kolejnym gratisowym czerwonym winem od właściciela, a jakby tego było mało poczętował nas czaczą i jeszcze raz na odchodne ponownie czaczą (jak dobrze, że nasz hotel był tak blisko…). Wróciwszy do hotelu, usiedliśmy w słońcu na tarasie i rozkoszowaliśmy się widokiem. Gdy tak odpoczywaliśmy przyszedł do nas mnich z klasztoru, który nie omieszkał sympatycznie z nami pokonwersować.

11.06.2014 r.

Pustynia w okolicach Dawid Gareja
Pustynia w okolicach Dawid Gareja

Przejazd przez pustynię w okolicach Dawid Gareja – Ostani dzień zwiedzania poświęciliśmy na przejazd przez półpustynię Azerbejdżanu, zwaną tak, gdyż leży na granicy z Azerbejdżanem. Dostanie się do klasztorów Dawid Gareja przysporzyło nam dużo trudności. Nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie jechać. Błąkaliśmy się po jakimś przemysłowym obszarze, po ziemnych drogach i przez nieoznakowany przejazd kolejowy. Tylko dzięki miejscowym, trafiliśmy na boczną drogę, która o dziwo była nawet oznakowana jako droga do Dawid Gareja. Niedługo potem skończył się asfalt, a my jechaliśmy przez półpustynny, czy raczej stepowy teren mijając stado krów i zbłąkanego żółwia przechodzącego leniwie przez drogę. Minęliśmy nawet jakiś znak, który był po gruzińsku i pojechaliśmy drogą, która wydawała nam się “lepsza”. Gdy dojechaliśmy do jakiejś  bazy wojskowej, zorientowaliśmy się, że to nie ta droga. Wróciliśmy do drogowskazu i postanowiliśmy posłużyć się alfabetem gruzińskim, aby go przeczytać. Według nas wskazywał właściwą drogę. Ruszyliśmy dalej i znów mieliśmy zagadkę dokąd jechać. Spotkaliśmy pasterza, który prócz tego, że wskazał nam drogę, od razu zaproponował nam obiad. Gościnność Gruzinów nie zna granic… Nie skorzystaliśmy, bo nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale dzięki niemu znaleźliśmy właściwą drogę i dojechaliśmy do jednego z klasztorów składających się na kompleks Dawid Gareja.

Klasztor Św. Jana Chrzciciela - Dawid Gareja
Klasztor Św. Jana Chrzciciela – Dawid Gareja

Klasztor Św. Jana Chrzciciela (Dawid Gareja) – Już z daleka widzieliśmy klasztor częściowo wykuty w skale, a gdy zbliżyliśmy się, zobaczyliśmy mnicha, który przywoływał nas do środka. Zostawiliśmy samochód i poszliśmy obejrzeć ubogi kościół pokryty freskami. Zapytaliśmy mnicha o główny klasztor, który niestety był oddalony o kolejne 11 km po bezdrożach. Zrezygnowaliśmy bojąc się o nocny lot do Polski i wróciliśmy tą samą drogą, którą dojechaliśmy do klasztoru. Po drodze minęliśmy kolejny, tym razem opuszczony kompleks. Jest ich na tym terenie kilkanaście. Cieszyliśmy się, że namierzyliśmy choć jeden.

Tbilisi – Wróciliśmy do Tbilisi, z trudem znaleźliśmy miejsce do parkowania i jeszcze raz przespacerowaliśmy się uliczkami tego miłego miasta. Naszym celem była restauracja, w której zjedliśmy pierwszy obiad w Gruzji. Nasz ostatni obiad w Gruzji składał się z kiełbasek z czymś w rodzaju flaków w środku oraz chinkali. Po obiedzie pojechaliśmy, aby oddać naszego Jeepa. Zgodnie z umową dostaliśmy gratisowy nocleg w Hostelu Villa Opera prowadzonym przez właścicieli wypożyczalni terenówek. Zamówiliśmy transfer na lotnisko i położyliśmy się na krótki sen.

12.06.2014 r.

Wylot z Tbilisi do Warszawy mieliśmy nad ranem czasu gruzińskiego, czyli o 4:55. Wracaliśmy ponownie LOT-em (lot nr LO 724) i  w Warszawie byliśmy o 6:20 polskiego czasu. Do domu mieliśmy raptem dwie i pół godziny.