Cypr i Cypr Północny

21.09.2024 – 01.10.2024

Skrócony plan podróży
Informacje praktyczne

OPIS PODRÓŻY

21.09.2024 r.

Na początek, tytułem wstępu, chcielibyśmy napisać, jak to z tym Cyprem jest.  Od 1960 r.  wyspa Cypr była jednym państwem, zamieszkałym przez Greków i Turków. W 1974 r. nastąpił przewrót wojskowy, w wyniku którego wyspa została podzielona na dwie części – południową, zamieszkałą przez Greków Cypryjskich i będącą samodzielnym państwem Cypr oraz północną, zamieszkałą przez ludność turecką, stanowiącą quasi-państwo Cypr Północny, uznawane wyłącznie przez Turcję. Obie części, choć różne kulturowo, są tak samo przyjazne, a poruszanie się między nimi nie stanowi dla obcokrajowców żadnego problemu. Trzeba jedynie pamiętać o zabraniu paszportu i wykupieniu na granicy specjalnego ubezpieczenia dla wypożyczonego samochodu (20 € za trzy doby). Z naszego doświadczenia możemy powiedzieć, że warto odwiedzić obie części, co opisujemy poniżej.

Tę podróż zaczęliśmy w Gdańsku, skąd mieliśmy o 19:20 wylecieć do Pafos na Cyprze (linie Ryanair, lot nr FR3553). Nie zdążyliśmy jednak wejść na terminal, gdy ogłoszono alarm i musieliśmy się cofnąć i czekać w oddaleniu od budynku, aż służby sprawdzą podejrzany bagaż pozostawiony przez nierozważnego pasażera. No cóż, jak widać względy bezpieczeństwa przede wszystkim.

CYPR

Pafos – W Pafos wylądowaliśmy tuż przed północą, znaleźliśmy wskazany meeting point, z którego zawieziono nas busem do wypożyczalni samochodów. Dostaliśmy Peugeota 3008 w automacie. Cypr ma ruch lewostronny, więc skrzynia manualna byłaby sporym utrudnieniem :-) Do noclegu – Faneromeni Court w centrum Pafos,  mieliśmy tylko 15 km. Klucz do drzwi budynku znaleźliśmy we wskazanej skrytce, a do wynajętego apartamentu pod wycieraczką :-)

22.09.2024 r.

Pafos – Z samego rana udaliśmy się w poszukiwaniu śniadania. Bardzo szybko znaleźliśmy niewielką tawernę, w której serwowano english breakfast (5,50 € od osoby), na który składała się kiełbaska, bekon, jajko sadzone, fasolka w sosie pomidorowym, tosty, dżem, pomidory i oczywiście cypryjska kawa, czyli podobna do polskiej kawy zaparzanej z fusami, ale małej i mocnej, do której podano szklankę zimnej wody (1,50 €).

Łaźnie tureckie w Pafos

Po posiłku ruszyliśmy na zwiedzanie. Tuż obok naszego obiektu znaleźliśmy średniowieczne, tureckie łaźnie, ale my w szczególności byliśmy zainteresowani parkiem archeologicznym Nea Pafos (4,50 € od osoby). Skarbem tego rozległego stanowiska archeologicznego są rzymskie mozaiki w pozostałościach willi. W pierwszej kolejności obejrzeć można pod zadaszeniem mozaiki w ruinach Domu Aiona, a nieco dalej w palącym słońcu dekoracje wykopane w resztkach Willi Tezeusza i Domu Orfeusza. Oczywiście mityczni bogowie nie mieszkali w tych domach, a ich nazwy nawiązują do wyobrażeń na odkrytych mozaikach.

Mozaiki na stanowisku archeologicznym Nea Pafos

Najpiękniejsze i najbogatsze ornamenty złożone z miniaturowych, kolorowych kamyczków, obejrzeć można w dużym pawilonie kryjącym ruiny Domu Dionizosa z II w. n.e. o powierzchni 2.000 m², w którym mieszkał najprawdopodobniej jakiś bogaty kupiec. Znajdują się tu jedne z najpiękniejszych mozaik, jakie widzieliśmy na swoich szlakach i ukazują różne mitologiczne sceny.

Odeon i latarnia morska w Pafos

Przeszliśmy ścieżką wzdłuż ruin pomniejszych domostw, aż dotarliśmy do malowniczej latarni morskiej. Stąd rozciągał się widok na północną część Pafos oraz resztę parku archeologicznego. Idąc wzdłuż morza przeszliśmy obok fragmentów niezbyt okazałych murów starożytnego Pafos, a wracając dotarliśmy do agory i pięknie zachowanego odeonu z II w n.e. Kawałek dalej mogliśmy obejrzeć ruiny zamku zwanego Saranda Kolones, czyli Czterdzieści Kolumn, którego początki sięgają VII w., a więc czasów bizantyjskich, rozbudowanego w średniowieczu przez rządzący Cyprem francuski ród Lusignanów. Dziś z warowni pozostały bardzo fotogeniczne łuki oraz mocno zrujnowane różne zakamarki.

Odeon w Pafos

Po wyjściu z wykopalisk poszliśmy na promenadę w kierunku Twierdzy portowej (2,50 € od osoby). Było gorąco więc schłodziliśmy się lemoniadą (6 €) i poszliśmy zobaczyć warownię zbudowaną przez Turków w XVI w. Sama twierdza jest pusta w środku i nie ma w niej nic szczególnego, ale za to warto wejść na górę, żeby zobaczyć panoramę Pafos.

Zamek Saranda Kolones, czyli Czterdzieści Kolumn w Pafos

Przyszedł czas na lunch, który zjedliśmy na promenadzie. Zamówiliśmy grillowany ser halloumi z pomidorami (8,50 € za porcję) oraz rice dolmades (8 € za porcję) będące malutkimi gołąbkami zawiniętymi w liście winogron, podawanymi z gęstą śmietaną i warzywami. Smak bardzo oryginalny, ale danie wyśmienite. Do posiłku wypiliśmy lokalne piwo Keo (3,80 € za 0,5l).

Twierdza portowa w Pafos

Po lunchu pojechaliśmy na chwilę odpoczynku na Venus Beach. Plaża była bardzo zatłoczona, a fale bardzo wysokie, niemalże uniemożliwiające kąpiel. Wypożyczyliśmy dwa leżaki i parasol (7,5 € za całość). W wypoczynku przeszkadzał nieznośnie latający wzdłuż wybrzeża helikopter, który z głośnym warkotem zakłócał spokój plażowiczom. Na niewielkim stoisku przy plaży można było kupić napoje, w tym wino, które uprzyjemniło nam relaks (4,50 € za buteleczkę).

Grillowany ser Halloumi z pomidorami

Po powrocie do apartamentu poszliśmy jeszcze zobaczyć kościół Agia Kyriaki Chrysopolitissa z XVI w., czyli Świętej Dziewicy, otoczony ruinami starszych świątyń chrześcijańskich. Pozostał nam tylko obiad, na który wybraliśmy oryginalną i do tego oryginalnie podaną rybę. Była to monk fish, czyli bardzo delikatna żabnica zawijana z krewetkami, pancettą i suszonymi pomidorami w sosie maślanym z całym pieprzem. Do tego dostaliśmy dużą porcję sałatki warzywnej, frytki i piwo Leon (cały obiad dla dwojga – 89,50 €). Obiad palce lizać :-)

Kościół Agia Kyriaki Chrysopolitissa

23.09.2024 r.

Petra tou Ramiou – Jadąc z Pafos na wschód wzdłuż wybrzeża, po około 25 km trzeba koniecznie zjechać z autostrady do miejsca zwanego Petra tou Ramiou, w którym według mitów greckich, z Morza Śródziemnego wyłoniła się Afrodyta. Bogini piękna i miłości, w tym także fizycznej, miała przy tutejszych skałach nazwanych jej imieniem, swoje najważniejsze sanktuarium, w którym młode kobiety przechodziły swą inicjację przed ślubem. Nie wchodząc w szczegóły, piękniejsze z niewiast szybko znajdowały adoratorów, natomiast mało urodziwe, musiały czekać nawet kilka lat.

Skały Afrodyty – Petra tou Ramiou

Ciekawa jest też druga legenda związana z pochodzeniem Skał Afrodyty. Otóż pewien miejscowy siłacz w obronie przed piratami w VII w. ciskał w ich okręty wielkimi głazami, które stoją w morzu aż do dziś. O ile można sobie wyobrazić, że niektóre z kamieni dałoby się potencjalnie wyrzucić z jakiejś katapulty, to największe skały na pewno nie znalazły się w tym miejscu za sprawą człowieka :-) No cóż, ta mało prawdopodobna opowieść funkcjonuje do teraz.

Skały Afrodyty – Petra tou Ramiou

Skały w Petra tou Ramiou są malownicze i można je oglądać zarówno z góry, jak i z dołu. Przy największych głazach jest parking, jednakże formacja ciągnie się wzdłuż brzegu i można ją oglądać z punktów widokowych przy drodze. Kamienie są różnej wielkości i kształtu, więc ciekawie komponują się z błękitem morza.

Skały Afrodyty – Petra tou Ramiou

Klasztor św. Mikołaja od kotów – Jadąc dalej w kierunku Larnaki, można zjechać do dość ciekawego klasztoru św. Mikołaja od Kotów (

Klasztor św. Mikołaja od kotów – Ayios Nikolaos ton Gaton

). Samo sanktuarium jest ładne, ale jego największym atutem są dziesiątki kotów najróżniejszej maści, które witają przybyszów już na klasztornym parkingu.

Klasztor św. Mikołaja od kotów – Ayios Nikolaos ton Gaton

Jak legenda głosi, koty znalazły się tu za sprawą św. Heleny, matki cesarza Konstantyna, która sprowadziła mnóstwo zwierząt, aby rozprawiły się z plagą węży nękających Cypr. W klasztorze koty przeszły tresurę, jak radzić sobie z wężami. Gadów nie widzieliśmy, za to koty zostały do dziś. Mruczki towarzyszyły nam podczas spaceru po sanktuarium. Niestety mimo prób, nie udało nam się dostać do wnętrza najcenniejszego zabytku, czyli kościoła z IV w.

Klasztor św. Mikołaja od kotów – Ayios Nikolaos ton Gaton

Zamek Kolossi – Tej atrakcji nie planowaliśmy, ale zupełnie przypadkiem zatrzymaliśmy się przy Zamku Kolossi na lunch w drodze z klasztoru w kierunku autostrady. Zjedliśmy charakterystyczne dla Cypru danie greckie – souvlaki, czyli szaszłyki drobiowe z frytkami i surówką (15€ za wielką porcję), które zjedliśmy na pół, popijając piwo KEO (3,50€ za 0,63l) oraz sok ananasowy (2,50€ za szklankę).

Zamek Kolossi

Po lunchu poszliśmy do zamku. Obecna wieża mieszkalna zakonu joannitów pochodzi z XV w., choć pierwotna warownia krzyżowców stała tu już w XII w. Wokół widać ruiny innych budynków, jednakże do naszych czasów przetrwała tylko główna wieża o trzech kondygnacjach. Wewnątrz nie ma żadnego wyposażenia, zachowały się wielkie kominki, ławy przy oknach i fresk w jadali. Atutem jest wejście na blankowany dach, skąd widać okolicę.

Zamek Kolossi

W Kolossi produkowane było najstarsze, nieprzerwanie produkowane wino na świecie, czyli Commandaria. To słodkie, deserowe wino o mocy około 15% doceniali słynni ludzie, w tym, król Anglii Ryszard Lwie Serce oraz sułtan turecki Sulejman I. Wino jest bardzo esencjonalne, ale warto spróbować choć parę kropli :-)

Osada neolityczna Chirokitia – Tylko 50 km dzieli Zamek Kolossi od osady neolitycznej Chirokitia, która powstała około 7000-6000 lat p.n.e. Oznacza to, że Chirokitia, wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, jest starsza od od chociażby Stonehenge. O tym jak stara kultura zamieszkiwała to miejsce niech świadczy fakt, że w początkowej fazie istnienia nie znała nawet ceramiki.

Osada neolityczna Chirokitia – rekonstrukcje domów

Chirokitia (wstęp 2,50€) jest jedną z największych, odkrytych osad neolitycznych, która liczyła do 2000 mieszkańców, aczkolwiek są to tylko szacunki. Budynki były okrągłe, zbudowane z nieobrobionych kamieni rzecznych, połączonych ze sobą gliną. Domy miały zaledwie około 2-9 m średnicy i mieszkało w nich 10-12 osób. Co ciekawe, zmarłych chowano pod podłogą domów w pozycji embrionalnej, kładąc na zwłokach duży kamień, zapewne po to by zmarli nie zmartwychwstali.

Osada neolityczna Chirokitia – pozostałości domów

Bezpośrednio po wejściu zobaczyć można kilka zrekonstruowanych domów. Właściwa wioska znajduje się na zboczach wzgórza i prowadzi do niej tzw. ścieżka archeologiczna. Weszliśmy na górę, gdzie znajdują się dość nikłe fragmenty okrągłych domów. Obrazuje to dużą ilość domostw oraz ich rozmieszczenie. Co ciekawe osada była obwiedziona solidnym 2,5 – 3 metrowym murem.

Larnaca – Dojechaliśmy na nasz następny nocleg w Larnace w Lakis Court.  Chcieliśmy zaparkować na parkingu trochę przed obiektem, ale okazało się, że trzeba mieć 3€ w monetach. Wycofaliśmy się i stanęliśmy „na zakazie”, żeby w małym sklepiku z pamiątkami rozmienić gotówkę. Klucze odebraliśmy u Jubilera na dole kamienicy, zgodnie z otrzymaną wcześniej instrukcją.

Po rozpakowaniu ruszyliśmy na obiad. Zjedliśmy doskonałe owoce morza na promenadzie nadmorskiej w Ocean’s Basket, wybraliśmy Fishermans platter, na który składały się muszle, krewetki książęce, cały okoń morski, krążki z kalmara, odnóża ośmiornicy, frytki i trzy sosy (44€ za porcję dla dwojga). Do tego zamówiliśmy sałatkę wiejską (5,50€) i litrową karafkę różowego wina (13€). Objedzeni „jak bąki” ;-) ruszyliśmy w poszukiwaniu sklepu z cypryjskim jedzeniem na śniadanie. No cóż w Larnace łatwiej było znaleźć sklep z europejskimi towarami, w tym oczywiście także z Polski, niż z Cypru. W końcu jednak udało się namierzyć market tuż przed jego zamknięciem.

24.09.2024 r.

Kiti – Panagia tis Angeloktistis – Ten dzień postanowiliśmy spędzić w okolicach Larnaki oraz w samym mieście. Pojechaliśmy do wsi Kiti, gdzie chcieliśmy zobaczyć kościół Panagia Angeloktisti (wstęp darmowy), czyli kościół Najświętszej Marii Panny zbudowany przez Aniołów. Nazwa pochodzi od ludowej tradycji, zgodnie z którą kościół został zbudowany przez aniołów i przyniesiony w to miejsce.

Kościół w Kiti – Panagia tis Angeloktistis

Prócz ciekawej architektury kościoła, którego początki sięgają VI w., a znaczna część zbudowana została w wieku XI, na uwagę zasługuje wnętrze. Jest tu wspaniały ikonostas, a przede wszystkim niezwykła mozaika z VI w. w absydzie, która ukazuje Matkę Boską pośród aniołów. W kościele można wejść na chór i z góry zobaczyć całe wnętrze.

Kościół w Kiti – Panagia tis Angeloktistis

Hala Sultan Tekke – Zaparkowaliśmy nad Słonym Jeziorem w Larnace, którego lekko różowa tafla rozciąga się niemalże po horyzont. Prócz jeziora, naszym celem była Hala Sultan Tekke, czyli muzułmańskie sanktuarium z XVIII w., w którym według podań, pochowano ciotkę proroka Mahometa.

Hala Sultan Tekke nad Słonym Jeziorem w Larnace

Długą ścieżką (około 1 km) szliśmy w kierunku meczetu z dużą kopułą i minaretem. Po drodze nadaremnie wypatrywaliśmy flamingów, które żyją nad tym jeziorem, ale widocznie nie o tej porze roku… W końcu doszliśmy do sanktuarium. Znając zasady, okryliśmy nogi. Maciek ubrał długie spodnie, a Monika owinęła się sarongiem. W przypadku Moniki strażnik uznał, że to niewystarczające, bo przecież chusta mogłaby się nieco rozchylić i odkryć nagie kostki :-) Musieliśmy więc po kolei obejrzeć meczet i jego otoczenie, wykorzystując jedną parę spodni :-D

Hala Sultan Tekke

Budynek (wstęp darmowy) jest bardziej atrakcyjny z zewnątrz niż w środku. Wnętrze jest bardzo surowe i niemalże pozbawione ozdób. Do tego do znajdujących się w oddzielnym pawilonie grobowców, nie można się dostać, a nawet ciężko je zobaczyć przez kratę i gęstą siatkę.

Słone Jezioro w Larnace

Po powrocie na parking próbowaliśmy przejechać na punkt widokowy na całe jezioro, ale okazało się, że nie ma możliwości zaparkowania, więc wróciliśmy na ten sam parking i poszliśmy pieszo w upale niecały kilometr. Punkt widokowy, choć sam w sobie atrakcyjny, pozwolił nam jedynie upewnić się, że najwyraźniej jest zbyt mało wody, żeby w jeziorze żerowały flamingi. No cóż…

Słone Jezioro w Larnace

Akwedukt Kamares – Przejechaliśmy do Larnaki, gdzie na obrzeżach miasta można zobaczyć nowożytny akwedukt z 1745 r., użytkowany aż do roku 1939. Dotąd na naszych szlakach napotykaliśmy wyłącznie starożytne akwedukty, a tu taka niespodzianka :-) Budowla jest imponująca i zaopatrywała w wodę całą Larnakę.

Akwedukt Kamares w Larnace

Larnaca – Drugą część dnia spędziliśmy w centrum Larnaki. Zjedliśmy cypryjską wersję moussaki, która zawiera ziemniaki, mięso mielone, bakłażana, cukinię, sos pomidorowy oraz sos beszamelowy (9,50€ za porcję). Bardzo smaczne danie i rzeczywiście odmienne od jego greckiej wersji. Po lunchu postanowiliśmy przespacerować się palmową promenadą, na której końcu stoi fort strzegący miasto od strony morza, pochodzący z XVII w. Plaża miejska jest bardzo zachęcająca, natomiast palmy raczej rachityczne.

Moussaka w wersji cypryjskiej

Fort (wstęp 2,50€) jest zadbany, aczkolwiek prócz samej bryły, nie oferuje zbyt wiele. Można wejść na mury skąd widać promenadę oraz zajrzeć do kilku sal, w tym do najbardziej mrocznego pomieszczenia, w którym wieszano skazańców w czasach, gdy mieściło się tu więzienie. Do dziś zachowała się zapadnia.

Fort w Larnace

Popołudnie spędziliśmy miło odpoczywając na plaży i korzystając z uroków wyjątkowo spokojnego Morza Śródziemnego. Pod wieczór poszliśmy jeszcze na lekki obiad, na który zamówiliśmy dwie przystawki i zupę. Jak przystało na nadmorską miejscowość spróbowaliśmy zupy rybnej z kawałkami ryby (4 €), falafeli z sosem tachini (4,70 €) oraz panierowanej cukinii z sosem majonezowym (4,70 €). Do całości wypiliśmy lodowe smoothie (9€ za litrowy dzbanek).

Larnaca

CYPR PÓŁNOCNY

25.09.2024 r.

Wyjechaliśmy dość wcześnie, gdyż obawialiśmy się, że formalności na granicy z Cyprem Północnym mogą zająć nam dużo czasu. Nasze obawy były zupełnie bezpodstawne. Na miejscu okazało się, że procedura przekraczania granicy ogranicza się do skanowania paszportów i wykupienia ubezpieczenia dla samochodu z wypożyczalni. Dostępny jest jeden wariant – ubezpieczenie na 3 dni za 20€. Wiedząc o tym wcześniej, zarezerwowaliśmy tylko dwa noclegi na północy.

Ruiny łacińskiego kościoła św. Jerzego w Famaguście

Ważną informacją o Cyprze Północnym jest to, że europejski roaming tu nie obowiązuje, a stawki za korzystanie z telefonu komórkowego są bardzo wysokie. Dodatkowo nie ma możliwości kupienia na granicy lub w sklepie startera. Oznacza to jazdę bez nawigacji lub korzystając z map offline, zaczytanych wcześniej z użyciem WiFi.

Famagusta (Gazimağusa) – Do Famagusty z granicy było już bardzo blisko. Wjechaliśmy do centrum i zaparkowaliśmy nieopodal Zamku Otella. Najpierw weszliśmy do ruin gotyckiego, łacińskiego kościoła św. Jerzego z XIII w., który swój stan „zawdzięcza” tureckiemu bombardowaniu w 1974 r. Naprzeciwko kościoła stoi masywna twierdza z XIV w., zwana Zamkiem Otella, rozbudowana do dzisiejszej postaci przez Wenecjan.

Zamek Otella w Famaguście

Miano to nie jest przypadkowe. Otóż najprawdopodobniej Szekspir wzorował się w swoim dramacie Otello na postaci gubernatora Cypru z początku XVI w., który w murach warowni zabił swą niewierną żonę. Nie ma pewności, że chodzi o zamek w Famaguście, jednakże jest to jedyna twierdza portowa, która pasuje do opowieści. Sam zamek to dziś imponująca ruina, która budzi respekt szczególnie z zewnątrz (wstęp 50 TRY, czyli lir tureckich). Z murów zamku rozciąga się świetny widok na całą starówkę Famagusty oraz port.

Famagusta widziana z Zamku Otella

Tuż obok można wspiąć się na Bramę Morską, z której doskonale widać główny deptak miasta, czyli Liman Yolu. Weszliśmy w efektowny rząd sklepików, który ciągnie się aż do dużego placu Namik Kemal, wokół którego toczy się życie Famagusty. Mamy tu przede wszystkim meczet Lala Mustafa Paszy z XIV w. z dobudowanym niewielkim minaretem, będący do 1571 r. katolicką katedrą św. Mikołaja. Zmiana nastąpiła, gdy Imperium Osmańskie opanowało Cypr.

Ulica Liman Yolu w Famaguście

Dziwne wrażenie robi wnętrze meczetu. Gdyby nie mihrab (typowo muzułmańska nisza modlitewna) i mimbar (kazalnica po prawej stronie mihrabu), które od razu przywodzą na myśl islamskie miejsca kultu, cała reszta przypomina europejski, gotycki kościół. Każdy niemuzułmanin, musi czuć swoistą konsternację zostawiając buty przed meczetem, stąpając po dywanach i widząc wiszące flagi tureckie i Cypru Północnego.

Meczet Lala Mustafa Paszy w Famaguście

Naprzeciwko meczetu widać ścianę dawnego pałacu weneckiego, na którego pozostałościach skusiliśmy się na świeżo wyciśnięty sok z granatów (110 TRY). Po chwili odpoczynku w cieniu, poszliśmy do drugiego meczetu kościoła. Obecny meczet Sinanpaşa Cami to dawny kościół gotycki św. św. Piotra i Pawła, który robi podobne wrażenie co poprzedni.

Meczet Lala Mustafa Paszy w Famaguście

Pospacerowaliśmy sympatycznymi uliczkami Famagusty, aż do ruin greckiego kościoła św. Jerzego. Na główny plac wróciliśmy kolejnymi uliczkami. Przyszedł czas na lunch, na który nie mogło zbraknąć typowo tureckiego dania. Zamówiliśmy Gözleme ze szpinakiem i serem. Jest to duży naleśnik, do którego dostaliśmy frytki oraz oliwki, ogórki i pomidory (porcja 280 TRY).

Uliczka Famagusty

Przejechaliśmy do bardzo nietypowej dzielnicy Famagusty zwanej Warosia. Jest to typowe miasto duchów, w którym od 1974 r. nikt nie mieszka, a było to doskonale funkcjonujące zagłębie turystyczne zwane czasem Copacabaną Morza Śródziemnego, zamieszkałą wyłącznie przez Greków cypryjskich. Od 1974 r. do dziś budynki są otoczone zasiekami, a dostęp do nich jest bardzo ograniczony. My popatrzyliśmy na niszczejące budynki spoza ogrodzeń.

Miasto duchów Warosia w Famaguście

Salamis – Nieco na północ od Famagusty, w Salamis znajdują się naszym zdaniem najciekawsze antyczne ruiny na Cyprze. Miasto Salamis swą historią sięga XI w. p.n.e. będąc przez wiele stuleci prężnym ośrodkiem handlowym. Wpływy tu miała zarówno Persja, Egipt, jak i Rzym . Ośrodek zaczął podupadać w I w. n.e, gdy trzęsienia ziemi dokonały spustoszenia. Kolejne kataklizmy z IV w. oraz arabskie najazdy w VII w. położyły kres miastu.

Ruiny starożytnego miasta Salamis

Dziś teren wykopalisk (bilet 50 TRY) jest bardzo rozległy i obejmuje zarówno okazałe ruiny blisko wejścia, jak też ukryte w zaroślach mniej wyraźne pozostałości. Zaraz za wejściem znajduje się jeden z najbardziej interesujących zabytków, czyli gimnazjon będący szkołą sportową. Kompleks obejmuje zarówno palestrę będącą terenem do ćwiczeń fizycznych, jak i łaźnie, baseny, sauny, stadion i toalety.

Gimnazjon z oryginalnymi rzeźbami w Salamis

Tuż po wejściu zobaczyliśmy liczne rzeźby, które zrobiły na nas tym większe wrażenie, że spora część z nich jest oryginalna. Świetnie wygląda palestra otoczona kolumnami, a z kolei ciekawostką wywołującą uśmiech na twarzy są toalety publiczne ułożone w półkole, otwór obok otworu. Można sobie wyobrazić jak korzystało z nich jednocześnie kilkadziesiąt osób, które siedząc jeden przy drugim, mogło swobodnie ucinać sobie pogawędki.

Gimnazjon w Salamis

Mijając nieodkopany amfiteatr dochodzi się do drugiego najważniejszego obiektu, czyli teatru na 15 tysięcy widzów. Obecna rekonstrukcja to zaledwie 50% pierwotnej budowli, a i tak robi niezłe wrażenie. Wśród pozostałych, nieporównywalnie mniej okazałych ruin, na uwagę zasługuje droga rzymska i kompleks, w którym znajdował się targ rybny z zachowanymi zbiornikami na ryby.

Teatr w Salamis

Dalej prowadził szlak niebieski, który wiódł po znacznie słabszych ruinach, a jedynego cienia dostarczały eukaliptusy. Tylko dzięki tabliczkom można było się zorientować, co tak naprawdę oglądamy. Wokół walały się kamienie i kolumny, a jedynie rozległe fundamenty bazyliki wczesnochrześcijańskiej pozwalały zorientować się w terenie. Utrudzeni panującym skwarem, skorzystaliśmy z niewielkiego baru pośrodku ruin, gdzie uraczyliśmy się świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy (125 TRY). W tych warunkach, rozkosz dla podniebienia :-)

Rzymska droga w Salamis

Yeni Iskele – Na nocleg wybraliśmy nadmorską miejscowość Yeni, w której stoją nowiutkie, wielkie i niemalże puste apartamentowce. Od razu musimy dodać, że to normalny widok w Cyprze Północnym. Wielkie inwestycje budowlane wyglądają na opuszczone, wręcz wymarłe. Robi to naprawdę dziwne wrażenie, aczkolwiek zapewne jest to wynikiem sytuacji, w której znalazło się to „niby” państwo. W jednym z takich budynków zarezerwowaliśmy świetny apartament Luxurious Sea View Studio, który nie dość, że wyśmienity, to posiadał duży taras z widokiem na Morze Śródziemne oraz dostęp do basenu.

Relaks w Yeni Iskele

Zanim jednak skorzystaliśmy z uroków pływalni (bardzo przyjemnej), poszliśmy na typowo turecki obiad. W dość prostym fast foodzie na parterze jednego z pobliskich apartamentowców, zamówiliśmy İskender kebap (porcja medium – 500 TRY, big – 650 TRY), na który składało się mięso na kawałkach placków, polane sosem, do których dostaliśmy frytki, surówkę i mega pikantne pikle. Turecki obiad nie mógł obyć się bez tradycyjnego pitnego jogurtu – ayranu (30 TRY). Dla nas porcje olbrzymie, nawet porcja medium.

Widok z apartamentu w Yeni Iskele

26.09.2024 r.

Półwysep Karpas – Najbardziej wysunięty na północny wschód kraniec wyspy Cypr stanowi Półwysep Karpas, do którego mieliśmy około 90 km, czyli 1,5 h drogi. Żartobliwie Cypr od swego kształtu, bywa nazywany patelnią, choć może bardziej przypomina gitarę, której gryf, a w przypadku patelni – rączka, stanowi Karpas. Sam koniuszek to rezerwat przyrody, który jest odludny, ale niewątpliwie bardzo urodziwy.

Dzikie osły na Półwyspie Karpas

Półwysep Karpas jest skalisty z dość niską roślinnością, otoczony lazurową wodą. Turystów nie przybywa tu zbyt wielu, aczkolwiek zupełnie niezasłużenie. Zatrzymaliśmy się przed czymś co było rodzajem bramy, przy której znaleźliśmy informację o zakazie wjazdu na sam cypel. Zostawiliśmy samochód i ostatni 3,5-kilometrowy odcinek pokonaliśmy pieszo.  Niektórzy turyści decydowali się na jazdę do samego końca, ryzykując zapewne jakiś mandat.

Półwysep Karpas

Warto było iść o własnych siłach, gdyż widoki ze ścieżki są niezwykle malownicze. Małe zatoczki wcinające się w ląd, kontrastujące z soczystą zielenią i szarymi skałami powodowały, że co chwilę przystawaliśmy, żeby podziwiać, fotografować i filmować. Przy drodze spotkaliśmy dziko tu żyjące osły, które są same w sobie atrakcją. Przyjazne zwierzęta trzymają się od ludzi na bezpieczną odległość w oczekiwaniu na smakołyki.

Półwysep Karpas

Na samym końcu znajduje się wysoka skała, na której dumnie powiewają dwie flagi – turecka i północnocypryjska, a za skałą jest już tylko niewielki, biały domek i bezkresne Morze Śródziemne. Pozostał nam marsz około 40 minut z powrotem w totalnym upale i słońcu bez odrobiny cienia.

Półwysep Karpas

Klasztor św. Andrzeja – Wracając, zatrzymaliśmy się przy klasztorze św. Andrzeja, którego obecne zabudowania pochodzą z XVIII w. Ciekawa jest historia tego miejsca. Jeden z Dwunastu Apostołów – św. Andrzej podczas misji na Bliskim Wschodzie zatrzymał się w tym miejscu, aby nabrać wody potrzebnej na statku. Płynący z nim kapitan, niewidomy na jedno oko, gdy przemył je wodą ze źródełka, doznał uzdrowienia. Od tego czasu okolica została otoczona kultem św. Andrzeja, a zdrój służy do dziś pielgrzymom.

Klasztor św. Andrzeja na Półwyspie Karpas

Wnętrze kościoła jak na cerkiew jest raczej skromne, bez malowideł, a ikonostas choć ładny, nie dorównuje wielu innym na Cyprze. Przy kościele, jak przystało na sanktuarium, znajdują się kramy z dewocjonaliami, pamiątkami i oczywiście jedzeniem. My napiliśmy się tu naszego, ulubionego soku z granatu (2 duże kubki za 230 TRY).

Klasztor św. Andrzeja na Półwyspie Karpas

Golden Sand Beach – W drodze powrotnej, z trudem mijając osły zagradzające drogę, już po chwili, zatrzymaliśmy się przy restauracji ponad jedną z największych atrakcji Półwyspu Karpas, czyli Plażą Złote Piaski. Była to pora obiadowa, więc zdecydowaliśmy się na obiad. Z racji tego, że byliśmy nad samym morzem, nie odmówiliśmy sobie balika, czyli grillowanego w całości okonia morskiego z frytkami, ryżem, surówką i obowiązkowym tureckim piwem Efes (1.240 TRY za obiad dla dwóch osób).

Zjawiskowa Plaża Złote Piaski (Golden Sand Beach) na Półwyspie Karpas

Pozostało nam plażowanie na szerokiej, piaszczystej, białej i praktycznie bezludnej plaży. Wraz z nami na około kilometrowym odcinku było jeszcze tylko pięć osób, ale i tak daleko od nas. Do tego woda była bardzo ciepła, morze niemalże bez fal, więc mogliśmy beztrosko zażywać zarówno kąpieli wodnych, jak i słonecznych. Było tak wspaniale, że chcieliśmy, żeby ta chwila trwała wiecznie… Uznaliśmy, że Golden Sand Beach to najlepsza plaża, na której kiedykolwiek wypoczywaliśmy.

Zjawiskowa Plaża Złote Piaski (Golden Sand Beach) na Półwyspie Karpas

27.09.2024 r.

Klasztor Bellapais – Opuściliśmy nasze wygodne lokum w Yeni Iskele i pojechaliśmy na północne wybrzeże Cypru. Z głównej drogi skręciliśmy w kierunku naszej pierwszej destynacji. Nawigacja poprowadziła nas wyjątkowo wąskimi uliczkami pnącymi się w górę. Momentami mieliśmy wątpliwość, czy na pewno się przeciśniemy, a poza tym zastanawialiśmy się, czy w ogóle dotrzemy do celu. Udało się. Naszym oczom ukazał się średniowieczny Klasztor Bellapais (wstęp 50 TRY od osoby).

Klasztor Bellapais

Opactwo zostało wzniesione na przełomie XII i XIII w. przez uciekinierów z Jerozolimy, po jej zdobyciu przez muzułmanów. Monumentalne, gotyckie, kamienne zabudowania są częściowo zrujnowane, jednakże to co pozostało do dziś daje wyobrażenie o tym, jak klasztor wyglądał w przeszłości. Mury widziały zapewne niejedno, szczególnie, że mnisi nie odznaczali się zbytnią cnotą. W czasach rozkwitu, zakonnicy mieli kochanki i to z reguły więcej niż jedną, a do zakonu zaczęli przyjmować wyłącznie swoich potomków. Nie to jednak przyniosło koniec klasztorowi, a liczne wojny. Monastyr od XVI w. zaczął popadać w ruinę.

Klasztor Bellapais

Dziś można swobodnie penetrować różne zakamarki. Do najlepiej zachowanych pomieszczeń należy kościół, który nie uległ zniszczeniu, gdyż przez ostatnie stulecia służył jako kościół parafialny dla wsi, większa część krużganków, wspaniały refektarz zamieniony obecnie w salę koncertową oraz ciekawe podziemia. W wirydarzu rosną cztery wielkie cyprysy, które swą zielenią pięknie kontrastują z szarym kamieniem. W kawiarni obok klasztoru zjedliśmy wyśmienite ciasto tiramisu (270 TRY) i wypiliśmy kawę (110 TRY), a jakże, po turecku :-)

Klasztor Bellapais

Kyrenia (tur. Girne) – Pojechaliśmy do Kyrenii uznawanej za najpiękniejsze miasto Cypru Północnego. Zaparkowaliśmy nieopodal murów twierdzy portowej i zeszliśmy do malowniczego starego portu w kształcie podkowy, otoczonego atrakcyjną zabudową z trzykondygnacyjnymi domami, z których dolna stanowiła magazyn, a wyższe mieszkanie właścicieli. Ciekawostką portu jest niewielka latarnia morska, z której rozciągano łańcuch zabezpieczający przed wpłynięciem nieproszonych statków pod osłoną nocy.

Klasztor Bellapais

Po przeciwnej stronie stoi wielka twierdza chroniąca dawniej port w Kyrenii (wstęp 50 TRY). Militarna przeszłość tego miejsca sięga IV-III w. p.n.e., aczkolwiek dzisiejszy zamek pochodzi z VII w. i został zbudowany przez Cesarstwo Bizantyjskie, powstałe po rozpadzie Cesarstwa Rzymskiego. W XVI w. został rozbudowany przez Wenecjan. Czworobok murów zwieńczają dwie basteje w przeciwległych narożnikach, ostro zakończony bastion między nimi, a czwarty narożnik stanowi znacznie mniejsze umocnienie.

Stary port w Kyrenii

Oprócz imponujących murów, po których można praktycznie przejść dookoła twierdzy, oglądając wspaniałą panoramę miasta, stary port, góry w oddali oraz rozległe morze, zamek zawiera niewielki kościółek oraz kilka wystaw. Cerkiew ukryta jest wśród murów przed wejściem na basteję. Gdyby nie mała kopuła wystająca ponad otaczającą zabudowę, można by w ogóle jej nie zauważyć. Kościółek św. Jerzego zbudowany został około 1100 r. poza twierdzą, a wszedł w jej skład podczas przebudowy, pozostając samodzielnym budynkiem. Dziś jest pozbawiony wszelkich ozdób i wyposażenia.

Twierdza w Kyrenii

Najważniejszą wystawą w twierdzy jest ekspozycja wraku statku towarowego z IV w. p.n.e. Zadziwiająco dobrze zachowana łódź jest umieszczona w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu, w którym utrzymywany jest odpowiedni mikroklimat. W innych salach prezentowany jest ładunek datowany na III w. p.n.e, na który składały się migdały, amfory z winem, żarna i ciężarki do sieci z różnych wysp greckich.

Twierdza w Kyrenii

Kolejna ekspozycja to efekt wykopalisk archeologicznych w okolicznych wioskach. Zaprezentowano tu bogaty grób sprzed 4.000 lat, artefakty z osady mającej aż 6.000 lat oraz cmentarzyska z I-III w. n.e. Ostatnia wystawa to lochy, w których pokazano kilka scen tortur zadawanych nagim skazańcom. Dodatkowo efektu dodaje dziedziniec z wysokimi palmami, innymi drzewami oraz krzewami.

Kościółek św. Jerzego na terenie twierdzy w Kyrenii

W niezwykłej scenerii starego portu postanowiliśmy zjeść obiad. Duża porcja przystawek, na które składał się hummus, buraki konserwowe, coś w stylu leczo, oliwki i chleb, poprzedzała gigantyczny obiad. Czegoż tu nie było: smażone anchois, cała ryba, jakieś mniejsze ryby, panierowane krążki kalmara, krewetki w sosie pomidorowym, muszle w sosie śmietanowym, panierowane mięso kraba, risotto z owocami morza, szaszłyki z mięsa małży, głowy kalmara, sos czosnkowy, frytki i wielka porcja surówki. Do całości dostaliśmy wodę oraz dwa piwa Efes. Pyszna uczta miała też swoją cenę, gdyż kosztowała nas aż 3.340 TRY (ponad 350 zł), niestety był to efekt naciągactwa, które jest charakterystyczne dla Turków.

Wrak statku z IV w. p.n.e. w twierdzy w Kyrenii

Pozostał nam spacer ładnymi uliczkami Kyrenii. Weszliśmy do kamiennego meczetu Ağa Cafer Pashy z kompletnie surowym wnętrzem. Potem przeszliśmy wśród kamiennych domów z kolorowymi drzwiami i okiennicami, podziwiając porastające tu i ówdzie pięknie kwitnące bugenwille.

Owoce morza w Kyrenii

Nikozja Północna – Pobyt w Cyprze Północnym zakończyliśmy w jego stolicy, czyli północnej części Nikozji. Zaparkowaliśmy nieopodal Bramy Kyreńskiej, czyli jednym z umocnień twierdzy Nikozja. Tu trzeba dodać, że starówka stolicy tworzy idealny okrąg z jedenastoma bastionami i przecięta jest linią demarkacyjną, oddzielającą Cypr od Cypru Północnego. Po minięciu bramy po lewej stronie, zobaczyliśmy niski budynek z sześcioma kopułami, jest to Mevlevi Tekke, czyli siedziba bractwa derwiszów.

Uliczka Kyrenii

Idąc dalej, mijaliśmy monumentalne budynki z żółtego piaskowca, aż doszliśmy do meczetu Arab Ahmeta Paszy z połowy XIX w., zbudowanego dla uhonorowania XVI-wiecznego filantropa. Już chcieliśmy wejść do środka, gdy zatrzymał nas miejscowy imam, który w pierwszym momencie zabronił nam wejścia do środka. Jednakże słysząc, że jesteśmy z Polski, pozwolił nam obejrzeć wnętrze. Warto było wejść do środka, gdyż był to najładniejszy meczet jaki widzieliśmy na całym Cyprze. Wychodząc, imam zawołał za nami „Robert Lewandowski” i wszystko stało się jasne, że to nasz słynny piłkarz otworzył nam wrota do meczetu :-)

Brama Kyreńska w Nikozji Północnej

Kolejnym ciekawym budynkiem była rezydencja Derwisza Paszy otoczona zaniedbanymi budynkami. Minęliśmy mniejszy meczet, doszliśmy do zadbanej części handlowej miasta z licznymi sklepikami i butikami. Interesujące łaźnie Büyük Hamam znajdujące się w dawnym kościele św. Jerzego z XIV w. są do dziś czynne, a wejście do nich znajduje się znacznie poniżej poziomu ulicy.

Meczet Arab Ahmeta Paszy w Nikozji Północnej

Następnie dotarliśmy do dwóch karawanserajów, czyli dawnych zajazdów dla podróżnych. Widzieliśmy Büyük Han z XVI w., który posiadał na piętrze aż 68 pokoi, a na dole gospodę i magazyny. Tuż obok znajduje się Kumarcılar Han, czyli mniejszy karawanseraj. Dziś w obu mieszczą się sklepiki i warsztaty rzemieślników.

Rezydencja Derwisza Paszy w Nikozji Północnej

Wędrowaliśmy kolejnymi uliczkami mijając kryty bazar, wielki meczet Selima, który był właśnie w remoncie, dwa mniejsze meczety oraz dom zamożnej rodziny z XV w., który można zwiedzać, ale o tej porze był już niestety zamknięty. Wróciliśmy na parking i pojechaliśmy na granicę. Powrót z Cypru Północnego do Cypru zajął na zaledwie kilka chwil, ponieważ przekroczenie granicy odbyło się rutynowo, tylko za okazaniem paszportów.

Nikozja Północna

Do noclegu w Nikozji Południowej dojechaliśmy bardzo szybko. Mieliśmy zarezerwowany pokój typu studio w obiekcie Studio in the center of Nicosia, kilkanaście minut od starówki.

Karawanseraj w Nikozji Północnej

CYPR

28.09.2024 r.

Nikozja Południowa – Z rana poszliśmy zwiedzić południową część Nikozji, która jest stolicą państwa Cypr. Rozpoczęliśmy od meczetu Omara, który jest przekształconym kościołem pw. Najświętszej Marii Panny z XIV w. Niestety meczet był zamknięty. Tuż obok znajduje się wielka katedra pw. Apostoła Barnaby. Kościół ma niezwykłą historię, gdyż na początku w XVIII w. był świątynią chrześcijańską, by później zostać przekształcony w meczet i ponownie wrócić do swojej pierwotnej funkcji kościoła chrześcijańskiego.

Katedra pw. Apostoła Barnaby w Nikozji Południowej

Obok katedry rozciągają się olbrzymie zabudowania pałacu arcybiskupa Cypru, które są niemalże nowe, aczkolwiek zbudowane w stylu weneckim. Dość blisko stoi ciekawy budynek z XVIII w. zamieszkiwany przez dragomana, czyli tłumacza łączącego ludność chrześcijańską z osmańskim gubernatorem wyspy. Przy okazji dragoman był także poborcą podatkowym. Szkoda tylko, że wnętrza budynku były podczas naszej obecności poddawane renowacji i nie mogliśmy zwiedzić tego ciekawego miejsca.

Dom dragomana w Nikozji Południowej

W poszukiwaniu najważniejszego zabytku sakralnego Nikozji, czyli katedry św. Jana, zaszliśmy do kościoła św. Antoniego z XVIII w. z ciekawym ikonostasem. W końcu znaleźliśmy właściwą katedrę, która jak na kościół o takim statusie jest po prostu mała. Wnętrze XVII-wiecznej katedry p.w. św. Jana zachwyca pięknymi freskami z XVIII w., przedstawiającymi sceny biblijne, a pokrywającymi niemalże każdy skrawek ścian i stropu.

Wnętrze katedry św. Jana w Nikozji Południowej

Ruszyliśmy w kierunku bramy Famagustyjskiej. Wędrowaliśmy pośród w większości białych domów z kolorowymi okiennicami i bramami. Uliczki sprawiały dużo lepsze wrażenie niż ich odpowiedniki po stronie północnej. Nikozja Południowa wydaje się być znacznie bardziej zadbana, niż część turecka. Sama brama Famagustyjska jest jedną z trzech bram, które pozwalały na wstęp do ufortyfikowanego miasta. Zbudowana została w okresie panowania Wenecjan w XVI w.

Uliczka w Nikozji Południowej

Minąwszy nieużywany meczet dotarliśmy do tzw. zielonej linii, czyli strefy demarkacyjnej, która wygląda dość przygnębiająco. Zamurowane okna, mury z zasiekami, prowizoryczne przegrody z metalowych beczek i budki strażnicze, są świadkami podziału między narodami. Ostatnim zabytkiem, który zwiedziliśmy w Nikozji był kościół Panagia Faneromeni z XVIII w. o dużej bryle, z efektownym ikonostasem.

Linia demarkacyjna między Nikozją Południową a Północną

Skansen Fikardou – Wieś – skansen Fikardou znajduje się w Górach Troodos. Miejscowość jest niemalże opuszczona i ma zaledwie kilku stałych mieszkańców. Wąskie uliczki pośród kamiennych domów, cofnęły nas w czasie. Domostwa były dwukondygnacyjne, parter zajmowały składy oraz pomieszczenia dla zwierząt, a piętro stanowiło mieszkanie dla ludzi. Minęliśmy duży piec chlebowy przyklejony do domu.

Wieś – skansen Fikardou

Dotarliśmy do biura skansenu, gdzie chcieliśmy kupić bilety, jednakże nikogo nie było, więc samodzielnie obejrzeliśmy dwa otwarte dla zwiedzających domy z wyposażeniem. Z góry wioska to kamienne domy pokryte czerwoną dachówką oraz białe płaskie dachy, które służyły do suszenia owoców. Pośród budynków dojrzewały granaty oraz figi.

Wieś – skansen Fikardou

Krążąc między budynkami, doszliśmy do kościoła otoczonego cmentarzem, którego nie mogło zabraknąć we wsi. Na koniec, chyba w jedynej restauracji, usiedliśmy na ganku, w otoczeniu  wiszących dookoła tykw, aby zjeść tradycyjne greckie danie kleftiko z koziny pieczonej w pergaminie. Mięso było niezwykle delikatne, a podano do niego pieczone ziemniaki oraz sałatkę wiejską (14 € za porcję) i smakowało wybornie z widokiem na tę niezwykłą wioskę-skansen.

Wieś – skansen Fikardou

Pano Platres – W miejscowości położonej w sercu Gór Troodos, czyli w Platres, zatrzymaliśmy się w niedużym apartamencie w obiekcie Pinecone Platres. Mieliśmy tam spokój, pełną swobodę, a przede wszystkim wygodny taras.

29.09.2024 r.

Omodos – Z samego rana pojechaliśmy do urokliwej wsi Omodos, która jest znana z produkcji wina. W okolicy znajdują się winnice, a w miejscowości sklepiki z ich wyrobami. My kupiliśmy zestaw trzech win – białe, różowe i czerwone z winiarni Oenou Yi (10,95 € za butelkę, ale trzy wina w cenie dwóch).

Wino z winiarni Oenou Yi w Omodos

Sama miejscowość jest położona na wysokości 800 m n.p.m. wśród malowniczych gór. Kilka niewielkich uliczek zabudowane jest kamiennymi domami z beżowego piaskowca lub częściowo bielonymi. Centrum wsi stanowi wydłużony plac, niemal w całości zajęty przez kawiarnie i restauracje. Plac zamyka XII-wieczny klasztor Timiou Stavrou, czyli Krzyża Świętego (wstęp wolny), w którym przechowywane są nietypowe relikwie – sznur, którym był spętany Chrystus, fragment Krzyża Świętego i czaszka św. Filipa.

Klasztor Timiou Stavrou, czyli Krzyża Świętego w Omodos

Sam klasztor przebudowany w XIX w. jest bardzo ładny i warto tu zajrzeć. Trwało właśnie greckokatolickie nabożeństwo, więc zwiedzaliśmy słuchając śpiewów cerkiewnych. Weszliśmy do muzeum ikon, gdzie prócz malowanych na desce obrazów zobaczyliśmy bogato zdobione księgi, naczynia i szaty liturgiczne. Na pierwszym piętrze klasztoru znajduje się sala, w której wyeksponowano koronki, a obok obrazy lokalnych twórców.

Klasztor Timiou Stavrou, czyli Krzyża Świętego w Omodos

Idąc krużgankiem doszliśmy do małej dzwonnicy, a potem weszliśmy na drugie piętro, gdzie rzucił się nam w oczy ciekawy, drewniany strop w ganku, z którego przeszliśmy do sypialni jakiejś ważnej osoby. Obok znajduje się najpiękniejsze pomieszczenie, czyli sala zebrań synodu z niezwykłym sufitem, ewidentnie dziełem mistrza snycerki. Po nabożeństwie zaobserwowaliśmy ciekawy zwyczaj, a mianowicie wierni w krużgankach klasztoru odbierali kawałki chleba i zabierali ze sobą. My zaś weszliśmy do cerkwi z XIX-wiecznym ikonostasem, żeby obejrzeć wnętrze świątyni.

Klasztor Timiou Stavrou, czyli Krzyża Świętego w Omodos

Na placu, postanowiliśmy wraz mieszkańcami wioski, tłumnie oblegającymi wszystkie lokale, usiąść w jednej z kawiarni i wypić cypryjską kawę oraz zjeść dwa desery: sernik w salaterce z kruszonką na dnie, polany wiśniową frużeliną oraz coś w rodzaju kisielu z różanym sosem. Desery bardzo nietypowe.

Uliczki Omodos

Panagia tou Araka – Region słynie z bizantyjskich, tzw. malowanych kościołów. Jest ich w Górach Trodos 10 i wszystkie charakteryzują się niezwykłymi freskami. Kościół Panagia tou Araka z XII w. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO (wstęp wolny), jest całkowicie schowany pod specjalnym dachem i obudowany, drewnianymi, ażurowymi ściankami, których zadaniem jest ochrona zabytku przed warunkami atmosferycznymi, a w szczególności przed wypłukiwaniem zaprawy.

Kościół Panagia tou Araka

Malowidła z końca XII w. pokrywają ściany i strop. Naprawiane były w XIV w., gdyż uszkodziła je woda, ale nadal mają niezwykle wyraźne kolory, są bardzo czytelne i przedstawiają wiele scen biblijnych. Opiekun zabytku, poświęcił nam czas udzielając katechezy chrześcijańskiej. Mieliśmy połączenie zwiedzania z lekcją religii i to w wydaniu nieco innym niż w Polsce, ale dla nas jak najbardziej właściwym.

Freski w kościele Agios Nikolaos tis Stegis

Agios Nikolaos tis Stegis – Drugim malowanym kościołem tego dnia był Agios Nikolaos tis Stegis, czyli kościół klasztorny z XI w., który również znajduje się na liście UNESCO (wstęp wolny). Świątynia jest przykryta specjalnym dachem, ale ściany pozostały widoczne dla zwiedzających. Wnętrze zachwyca ilością fresków z XI-XIV w. i bogactwem kolorów. To kolejna niezwykła obrazkowa Biblia, która działała na wyobraźnię wielu pokoleń wiernych.

Kościół Agios Nikolaos tis Stegis

Galata – Omijając jakiś lokalny festyn w miejscowości Kakopetria, musieliśmy skręcić do wsi Galata. Była niedziela i chyba wszyscy mieszkańcy wybrali się na obiad do restauracji. Zrobiliśmy kilka kółek, żeby zaparkować w okolicy. W lokalu zamówiliśmy keftedes, czyli mięsne klopsy z frytkami (11€ za porcję) oraz warzywne klopsy z cukinii, również z frytkami (11€ za porcję) do których wypiliśmy małą karafkę domowego wina (0,5 l za 6€). Smaczny i pożywny obiad.

Kościół Panagia tis Podythou

Panagia tis Podythou – Do trzeciego tego dnia malowanego kościoła nie udało nam się dostać. Był zamknięty i tyle… Kościół z początku XVI w., jest również wpisany na listę UNESCO i podobnie jak poprzednie, został zadaszony w celu ochrony budynku.

Widok na okolice wsi Galata

Po powrocie na kwaterę w Pano Platres okazało się, że najwyraźniej jesteśmy jedynymi mieszkańcami w okolicy. W żadnym z okolicznych domów nie paliło się światło, ani nie było słychać obecności ludzi. Całą noc ktoś lub coś uruchamiało czujkę światła na tarasie, więc mieliśmy raczej kiepską noc. Przypuszczamy, że to okoliczne koty szwendały się po posesji, ale nie możemy być tego pewni…

30.09.2024 r.

Dolina Cedrów – Znaczną część dnia poświęciliśmy na trekking w Górach Troodos. Wybraliśmy niezwykłą Dolinę Cedrów porośniętą 9.590 cedrami cypryjskimi. Droga do miejsca, w którym rozpoczynał się szlak była asfaltowa, ale im bliżej byliśmy celu, tym stawała się węższa i bardziej zniszczona. Zaczęliśmy wątpić, czy uda nam się dojechać. Na szczęście dotarliśmy do małego parkingu i w kompletnej samotności ruszyliśmy w górę.

Dolina cedrów w Górach Troodos

Najstarsze cedry mają aż 500 lat i osiągają do 30 m wysokości. Wśród fauny wyróżnia się muflon cypryjski, którego udało nam się przez chwilę zobaczyć, ale uciekł nim go sfotografowaliśmy i sfilmowaliśmy. Same cedry są charakterystyczne, mają specyficzny odcień zieleni, są rozłożyste i mają niemal poziomo ułożone gałęzie. Trudno je pomylić z innymi drzewami.

Dolina cedrów w Górach Troodos

Ścieżka wiodąca na górę była szeroka, niewymagająca i rozciągały się z niej piękne widoki na Góry Troodos z najwyższym szczytem Olimp w tle. Droga na najwyższy punkt ścieżki i z powrotem to łącznie 7 km, które zajęły nam 2h 40 m. Do pokonania jest 280 m w górę. Dodatkowym atutem szlaku było to, że spotkaliśmy na nim zaledwie dwoje turystów, którymi byli nasi bardzo młodzi i sympatyczni sąsiedzi z Niemiec.

Dolina cedrów w Górach Troodos

Doszliśmy do stacji obserwacyjnej, która mieści się na Górze Tripolos o wysokości 1362 m n.p.m., z której strażnicy wypatrują pożaru. Zjedliśmy kanapki, obejrzeliśmy widoki, pogawędziliśmy z Niemcami  i zawróciliśmy.

Dolina cedrów w Górach Troodos

Klasztor Kykkos – Po dojechaniu do Klasztoru Kykkos najpierw poszliśmy na obiad w restauracji przy parkingu. Posiłek serwowany był w formie bufetu (15€ od osoby), z którego można było wybrać m.in. nadziewane pomidory, faszerowane bakłażany, jagnięcinę, moussakę, kurczaka, czy też grecki gulasz – stifado. Do obiadu przysługiwała szklanka wina (200 ml). Jak na bistro, wszystko było naprawdę smaczne.

Klasztor Kykkos

Klasztor znajduje się wysoko w górach, na wysokości 1318 m n.p.m. i  pochodzi z przełomu XI i XII w. Jest tak doskonale odrestaurowany, że wydaje się jakby był zbudowany całkiem niedawno. To wrażenie potęgują niezwykłe malowidła i mozaiki pokrywające ściany i sufity krużganków oraz korytarzy, które raczej nie są zbyt stare. Być może, klasztor był bardzo mocno przebudowywany z powodu czterech pożarów w swej historii.

Klasztor Kykkos

Ozdoby aż kapią od złota, ale trudno się dziwić, gdyż monastyr jest jednym z najbogatszych wśród klasztorów prawosławnych na całym świecie. Ciekawostką jest to, że pierwszym prezydentem Republiki Cypru od 1960 r. przez 17 lat, był tutejszy mnich i jednocześnie arcybiskup Makarios III. Klasztor jest bardzo rozbudowany, bo w dawnych czasach mieszkało tu nawet 400 mnichów.

Klasztor Kykkos

Kościół wyróżnia się pełnym przepychu ikonostasem, olbrzymim, wypełnionym ikonami i z niezwykłą ilością złota. Warte uwagi jest także klasztorne muzeum (wstęp 5€), w którym zgromadzono dużą ilość relikwii, a także ikony, szaty liturgiczne oraz inne pamiątki. Dziś monastyr prowadzi szeroką działalność gospodarczą i produkuje m.in. miejscowy trunek Zivanię.

Klasztor Kykkos

Góra Olimp – Wracając na kwaterę postanowiliśmy wjechać na najwyższą górę Cypru, czyli Olimp o wysokości 1951 m n.p.m. Dojechaliśmy aż do bazy wojskowej zajmującej sam szczyt. Przed bazą jest niewielkie rondo, na którym wszyscy turyści podążający na czubek góry, zawracają zawiedzeni, wywołując tym uśmiech żołnierzy. Cofnęliśmy się do parkingu przy 300-metrowym szlaku wiodącym do olbrzymiej czarnej sosny, której wiek oceniany jest na 500 lat. Cały szczyt porastają wielkie sosny, z których niektóre mogą mieć nawet 1000 lat.

Czarne sosny na Górze Olimp, najwyższym szczycie Cypru

01.10.2024 r.

Wąwóz Avakas – Z naszego noclegu, do jednej z najpopularniejszych atrakcji na Cyprze mieliśmy półtorej godziny jazdy i około 90 km do pokonania. Wąwóz Avakas ma długość 3 km i szerokość w najwęższym miejscu około 3 m. Jego wysokie ściany są wyrzeźbione przez wodę, a dno porasta  roślinność. Najwęższy odcinek jest zacieniony i pozbawiony roślin.

Wąwóz Avakas

Wąwóz jest licznie odwiedzany przez wycieczki, więc trudno tu o spokojne podziwianie przyrody, aczkolwiek warto tu przyjechać, bo Avakas jest naprawdę malowniczy. Do wąwozu wiedzie szutrowa droga, która wygląda niezbyt dobrze, ale w rzeczywistości można ją pokonać nawet najmniejszym samochodem. Wracając podjechaliśmy na pobliską Toxeftra Beach, o której brzeg rozbijały się wzburzone fale.

Wąwóz Avakas

Pafos – Na koniec pobytu na Cyprze zaplanowaliśmy wypoczynek na Coral Beach w Pafos. Zjedliśmy mały lunch w restauracji przy plaży – grillowany ser halloumi z pomidorami oraz pieczywo czosnkowe i sos tzatziki. Chcieliśmy wypożyczyć leżaki i parasol, ale plaża była okupowana przez mieszkańców pobliskich hoteli, którzy swoimi ręcznikami oznaczyli zajęte miejsca. No cóż… Widać, że Pafos jest popularne wśród Polaków :-)

Wąwóz Avakas

Spokojna woda zachęcała do kąpieli, a piasek do wypoczynku, więc mimo wszystko skorzystaliśmy z uroków kurortowego życia. Błogi wypoczynek zakłócała jedynie świadomość, że za parę chwil wracamy do domu…

Toxeftra Beach

W centrum Pafos poszliśmy jeszcze na obiad na promenadzie, na który był „wypas” owoców morza oraz piwo (wielka porcja i dwa piwa – 53,60 €). No cóż, w końcu był to nasz pożegnalny obiad. Dostaliśmy dwie całe ryby, kilka wielkich krewetek, muszle, kalmary, ośmiornicę, a do tego ryż z warzywami i frytki. Pycha!

Obiad w Pafos

Powrót mieliśmy o 21:35 (linie Ryanair, lot nr FR3554). Pozostało nam zatankowanie samochodu do pełna przez zdaniem go w wypożyczalni.  Szczęśliwi, że natrafiliśmy w końcu na stację benzynową, chcieliśmy zatankować. No cóż, była to stacja automatyczna z bardzo nietypowym interfejsem. Okazało się, że stoimy przy niewłaściwym dystrybutorze, ale nim podjechaliśmy do odpowiedniego, to już nie mogliśmy zatankować. Ku naszemu zaskoczeniu, maszyna i tak pobrała płatność.

Promenada w Pafos

Trzeba było zapłacić jeszcze raz. Tym razem skutecznie, bo pomógł nam przemiły pracownik stacji. Do tego powiedział, że wcześniejsza płatność będzie anulowana i nie mamy się martwić. No cóż. mimo doświadczenia w podróżowaniu, coś ciągle nas zaskakuje :-)

Do Gdańska wróciliśmy pół godziny po północy, więc pozostał nam tylko powrót do Torunia.