Bieszczady

22 – 29.09.2007 r.

22.09.2007 r.

Wetlina
Wetlina

Wetlina – Do Wetliny dojechaliśmy dość wcześnie, mimo, że po drodze trzy razy zabłądziliśmy, w tym raz o mało nie wprosiliśmy się na wesele. Mieliśmy trochę problemów, żeby znaleźć kwaterę i musieliśmy pytać ludzi o drogę. W sklepie powiedziano nam, że trzeba szukać „Bazy Ludzi z mgły”. Tak też zrobiliśmy i trafiliśmy na naszą kwaterę. Z zewnątrz dom nie prezentował się zbyt ciekawie, gdyż był nieotynkowany. Wewnątrz robił całkiem inne wrażenie. Wszystko było zupełnie nowe, pokój duży, cały w boazerii, a do tego własna łazienka. Jedyna niespodzianka polegała na tym, że aneks kuchenny stanowił czajnik bezprzewodowy i lodówka, nie było więc możliwości gotowania obiadów, co pierwotnie zakładaliśmy. Po rozpakowaniu ruszyliśmy na zwiady. Musieliśmy zrobić rozeznanie jakie są knajpy, gdyż w międzyczasie zdecydowaliśmy, że nie będziemy cały tydzień żyć na suchym prowiancie, a zamiast tego będziemy stołować się w barach. Była piękna pogoda, więc poszliśmy na piwo.

23.09.2007 r.

Smerek - Połonina Wetlińska
Smerek – Połonina Wetlińska

Połonina Wetlińska – Przed ósmą wyruszyliśmy na żółty szlak, który rozpoczynał się 5 minut drogi od naszej kwatery. Zaskoczył nas przymrozek, który szronem pokrył trawę. Byliśmy ubrani ciepło. Już od samego początku oczom naszym ukazały się piękne widoki. Prawie dwie godziny wspinaliśmy się na Przełęcz Orłowicza. Szlak długo wiódł przez las, ale nie był zbyt ciężki i dobrze nam się szło. Potem oczom naszym ukazała się Połonina Wetlińska i dalej szlak wiódł już otwartą przestrzenią. Połonina okazała się łąką położoną na górskim grzbiecie. Wybraliśmy rewelacyjną porę roku, dzięki czemu łąka przybrała kolor od zieleni, przez żółć i pomarańcz, na czerwieni kończąc. Do tego pogoda nam sprzyjała i niebo było bezchmurne. Poszliśmy w kierunku najwyższego punktu Połoniny Wetlińskiej na szczyt Roh (1255 m n.p.m.). Po drodze podziwialiśmy niżej położone stoki porośnięte drzewami, które zaczynały zabarwiać się na rozmaite kolory jesieni. Idąc podziwialiśmy przepiękne, kolorowe Bieszczady i zachwycaliśmy się nimi. Wiedzieliśmy już w tym momencie, że wyjazd w te góry był strzałem w dziesiątkę.

Połonina Wetlińska
Połonina Wetlińska

Na końcu połoniny na wysokości 1228 m n.p.m. znajduje się schronisko Chatka Puchatka, w którym wypiliśmy herbatkę z miodem i cytryną, która nam bardzo smakowała. Po odpoczynku ruszyliśmy w dół. Po drodze spotkaliśmy mnóstwo wchodzących do góry ludzi. Następnie zeszliśmy na czarny szlak, którym bardzo długo wracaliśmy do szosy wiodącej do Wetliny. Na końcu szlaku spotkaliśmy koniki huculskie. Najgorszy był powrót szosą do wsi, gdyż nie dość, że był długi, męczący, to jeszcze mijało nas bardzo dużo samochodów, a szosa nie miała pobocza.

Przebraliśmy się i poszliśmy na obiad. Weszliśmy do chaty, w której serwowano dania z rusztu. Zamówiliśmy karkówkę i ziemniaki, które upieczono na naszych oczach korzystając z pieca, nad którym był zawieszony żelazny ruszt. Pycha!

24.09.2007 r.

Tarnica
Tarnica

Tarnica i Halicz – Jadąc do Wołosatego spotkała nas mgła. Potem mieliśmy niespodziankę w postaci niezwykle dziurawej drogi. Pobiła ona wszelkie rekordy. Zaparkowaliśmy samochód na dużym parkingu i wyruszyliśmy na szlak na Tarnicę. Szliśmy przez bardzo ładny, tajemniczy las tak długo aż wyszliśmy na otwartą przestrzeń, z której to wyraźnie widać było już szczyt Tarnicy z krzyżem. Doszliśmy do przełęczy pod Tarnicą i skierowaliśmy się na króciutki szlak prowadzący na ten najwyższy szczyt polskich Bieszczadów (1346 m n.p.m.). Na szczycie stoi wielki metalowy krzyż, a dookoła roztacza się widok zarówno na polską, jak i ukraińską część Bieszczadów. Z góry mogliśmy ocenić co nas jeszcze tego dnia czeka.

Halicz
Halicz

Zeszliśmy z Tarnicy i poszliśmy w stronę Halicza. Najpierw czekało nas zejście do Przełęczy Goprowców, a następnie wzdłuż grzbietu powoli zaczęliśmy wspinać się w kierunku Kopy Bukowskiej. Szliśmy wzdłuż skał oraz osuwisk skalnych mogąc podziwiać Tarnicę. Szlak był bardzo przyjemny, niezbyt forsowny, aż doprowadził nas pod Halicz. Wejście na Halicz było również niezbyt trudne. Na szczycie (1333 m n.p.m.) było wielu turystów, zarówno młodych, jak i w podeszłym wieku. Zjedliśmy drugie śniadanko, pooglądaliśmy widoki, chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w dół w kierunku kolejnej góry – Rozsypańca (128 m n.p.m.).

Tarnica
Tarnica

Z Rozsypańca widzieliśmy już ukraińską granicę, ale nie dane było nam do niej dojść, gdyż po dość ostrym zejściu pośród samotnych skał, szlak odbijał od granicy i podążał do Wołosatego. Powrót na parking oznaczał dwie godziny bardzo intensywnego i męczącego marszu, a już mieliśmy za sobą sześć godzin chodzenia po górach. Nogi były bardzo zmęczone, ale musiały nieść nas dalej. Myśleliśmy już tylko o obiedzie, a pamiętaliśmy, że na parkingu znajdowała się knajpa z jedzeniem. Zamówiliśmy lokalne danie, czyli placki po bieszczadzku z gulaszem baranim. Były to dwa razy po dwa placki ziemniaczane przełożone gulaszem z baraniny z dużą ilością sosu, na wierzchu polane śmietaną. Wszystko przygotowane było na ostro, co podkreślało smak. Pyszności!!! Po raz pierwszy w życiu posmakowaliśmy baraniny i bardzo nam ona zasmakowała. Najedzeni wróciliśmy na kwaterę i poszliśmy jeszcze na piwo do Bazy Ludzi z mgły.

25.09.2007 r.

Cerkiew w miejscowości Czerteż
Cerkiew w miejscowości Czerteż

Czerteż – Dzień ten postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie. Zaczęliśmy od cerkwi. Początkowo planowaliśmy zobaczyć tylko dwie, ale zobaczywszy pierwszą nie sposób było poprzestać tylko na dwóch. Drewniana cerkiew w Czerteżu jest jedną z najstarszych, a co najważniejsze nadal służy grekokatolikom. Charakterystyczny cebulasty hełm oraz krzyż i pod nim półksiężyc, już na pierwszy rzut oka świadczą o przeznaczeniu budynku. Bardzo ładna drewniana budowla.

Cerkiew w Jurowcach
Cerkiew w Jurowcach

Jurowce – Nieopodal miejscowości Czerteż znajduje się dużo nowsza cerkiew, pięknie wyremontowana z  trzema kopułami. Wejście na teren stanowi jeszcze piękniejsza dzwonnica z trzema dzwonami. Cerkiew obecnie pełni funkcję kościoła rzymskokatolickiego.

Cerkiew w Hłomczy
Cerkiew w Hłomczy

 

 

Hłomcza – Jadąc dalej w kierunku Ulucza zobaczyliśmy przy drodze drogowskaz na cerkiew w Hłomczy. Wyróżniała się ona intensywnie zielonym dachem. Nadal pełni funkcję cerkwi.

Dobra – W Dobrej spodziewaliśmy się promu przez San, a tu niespodzianka – most. Niedaleko za mostem zobaczyliśmy pięknie wyremontowany zespół dwóch cerkwi.

Cerkiew w Dobrej
Cerkiew w Dobrej

Duża pełniąca dziś funkcję kościoła katolickiego i mała bramna pełniąca dziś funkcję dzwonnicy. Mieliśmy szczęście, bo cerkiew bramna była otwarta i po drabinie weszliśmy do środka. W środku znajdowały się dzwony. Cerkiew jest bardzo charakterystyczna i jest jedynym takim budynkiem w Polsce.

Ulucz – Cerkiew w Uluczu znajduje się na dość wysokim wzgórzu i prowadzi do niej bardzo stromy szlak będący zarazem drogą krzyżową.

Cerkiew w miejscowości Ulucz
Cerkiew w miejscowości Ulucz

 

 

Na szczycie oglądać można ciekawą cerkiew nie będącą już świątynią żadnego wyznania lecz muzeum, zamkniętą z powodu remontu. Jest to najstarsza drewniana cerkiew w tym rejonie i jest śliczna. Dookoła cerkwi znajduje się cmentarz z licznymi nagrobkami.

Cerkiew w Łodzinie
Cerkiew w Łodzinie

Łodzina – Na końcu zboczyliśmy do Łodziny, gdzie znajduje się jeszcze jedna drewniana cerkiew przerobiona na kościół. Jest również bardzo ładna.

Sanok – W Sanoku zaczęliśmy od zwiedzania skansenu. Jest to największy skansen w Polsce. Gdy kupiliśmy bilety poinformowano nas, że aby obejrzeć wnętrza trzeba wynająć przewodnika. Okazało się jednak, że było to zwykłe naciąganie, ponieważ sami mogliśmy obejrzeć wszystkie ekspozycje, jedynym utrudnieniem były drewniane kraty w drzwiach, przez które trzeba było oglądać wyposażenie budynków.

Chałupa Bojków w Skansenie w Sanoku
Chałupa Bojków w Skansenie w Sanoku

Rozpoczęliśmy od części poświęconej Bojkom. Chałupy były ciemnobrązowe z białym wypełnieniem między belkami. Wyposażenie raczej bardzo biedne. Charakterystyczne było to, że posadzkę stanowiła polepa gliniana. Do sektora Bojków należą także dwie cerkwie oraz młyn wodny. Nieco dalej rozciągał się sektor dotyczący Łemków z charakterystyczną dużą cerkwią. Ciekawym elementem były zdobienia chałup odróżniające ich od Bojków. Zdobienia te znajdowały się wokół okien i drzwi. Społeczność ta również była bardzo uboga. Idąc dalej minęliśmy odtwarzany właśnie dwór, przy którym trwały prace, aż doszliśmy do sektora naftowego.

Sektor naftowy w Skansenie w Sanoku
Sektor naftowy w Skansenie w Sanoku

Na sektor składały się różnego rodzaju urządzenia i budynki związane z wydobyciem na tych terenach w XIX i XX w. ropy naftowej. Oglądaliśmy zarówno wieże wiertnicze, jak i maszyny .Następną grupę etniczną stanowili Pogórzanie, których chałupy wyróżniały się błękitnym wypełnieniem luk między belkami. W dolnej części skansenu zobaczyliśmy jeszcze między innymi: kościół drewniany wraz z bogatą plebanią, szkołę, a następnie poszliśmy na dwie wystawy.

Chałupa Pogórzan w Skansenie w Sanoku
Chałupa Pogórzan w Skansenie w Sanoku

Jedna z nich dotyczyła ikon karpackich, a druga obrazowała XX w. Szczególnie interesująca była wystawa ikon, gdyż zawierała ich ogromną ilość i prawie kompletne ikonostasy. Po skansenie chodziliśmy około trzy godziny, a zwiedzanie z przewodnikiem trwa zaledwie dwie godziny. 

 

Zamek w Sanoku
Zamek w Sanoku

Następnie udaliśmy się na zwiedzanie zamku, który znajdował się na wysokiej górze. Zaparkowaliśmy na osiedlu poniżej i stromymi schodami doszliśmy do jedynego ocalałego budynku. Z zamku zachowała się ponadto oryginalna studnia. W zamku obecnie mieści się galeria ikon, wystawa katolickiej sztuki sakralnej oraz malarstwa współczesnego. Każda z trzech kondygnacji dotyczyła czego innego. Wystawa ikon na parterze była mniej ciekawa niż w skansenie. Wystawa sakraliów na pierwszym piętrze nie była również zbyt ciekawa. Gdy zobaczyliśmy, że na drugim piętrze znajduje się galeria sztuki współczesnej myśleliśmy, że z muzeum wyjdziemy całkiem zawiedzeni. Okazało się jednak, że połowę drugiego piętra zajmuje niezwykle ciekawa wystawa malarstwa Zdzisława Beksińskiego. Był to pierwszy przypadek kiedy malarstwo nas aż tak zainteresowało. Zatrzymywaliśmy się przed każdym obrazem i dyskutowaliśmy na jego temat. Nie sposób opisać treści, gdyż trzeba to po prostu zobaczyć. Jako pamiątkę kupiliśmy sobie nawet dwie pocztówki z reprodukcjami obrazów Beksińskiego.

Zamek Sobień
Zamek Sobień

Sobień – Nieopodal Sanoka znajdują się ruiny zamku na górze Sobień. Najpierw zapędziliśmy się nie w to miejsce co trzeba, ale dowiedzieliśmy się, że kawałek dalej znajduje się parking i wygodna ścieżka do zamku. Weszliśmy przez pozostałości budynku bramnego i doszliśmy do ruin pomieszczeń. Na krańcu znajduje się punkt widokowy, z którego rozciąga się przepiękna panorama na Dolinę Sanu. Szczegółowo obejrzeliśmy pozostałości po zamku, ustalając jak mógł on wyglądać pierwotnie.

Ruiny klasztoru w Zagórzu
Ruiny klasztoru w Zagórzu

Zagórz – Ruiny widzieliśmy już z daleka, lecz żeby do nich dotrzeć trzeba było przejechać po szutrowej drodze wysypanej tłuczniem, który raz po raz uderzał w podwozie. Widok tak zrujnowanego klasztoru w Polsce nas zaskoczył. Przed niemal kompletną bryłą pozbawionego stropu kościoła stoi wielka kolumna z figurą Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Figura nie pasuje do tego miejsca i sprawia przez to dziwne i jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie. Olbrzymi niegdyś klasztor mimo prób odbudowy popada w ruinę. Jedynym świadectwem dawnej świetności są freski na ścianach kościoła.

Zwiedzanie ze względu na dużą ilość miejsc oraz sporo kilometrów do przejechania zajęło nam dużo czasu, więc gdy wracaliśmy było już późno i wszystkie bary przydrożne były już zamknięte. Znaleźliśmy jednak smażalnię pstrąga i zamówiliśmy sobie po pstrągu z frytkami i surówką. Usiedliśmy na ciekawych ławach przy jeszcze ciekawszym stole, zrobionym z wozu. Obiad był wspaniały.

26.09.2007 r.

Połonina Caryńska
Połonina Caryńska

Połonina Caryńska – Dojechaliśmy do Brzegów Górnych, gdzie zaparkowaliśmy samochód. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem. Na samym początkuna napotkaliśmy pozostałości cmentarza oraz miejsce po cerkwi. Najpierw szlak wydawał się niepozorny, ale już po chwili zaczął stromo piąć się w górę i tak było przez dwie godziny, aż do samej połoniny. Było to najbardziej męczące podejście w Bieszczadach. Weszliśmy na najwyższy punkt połoniny (1297 m n.p.m.). Zdecydowaliśmy, że dojdziemy do końca połoniny i zamiast zejść do Ustrzyków Górnych zawrócimy do punktu wyjścia, gdyż nie chcieliśmy wracać szosą, a pod dużym znakiem zapytania stało skorzystanie z busa.

Połonina Caryńska
Połonina Caryńska

Podziwialiśmy coraz bardziej dojrzałą jesień. Większość drzew liściastych była już żółta, pomarańczowa, czerwona a nawet brązowa. Taki widok to marzenie. Z Połoniny Caryńskiej z jednej strony widzieliśmy Połoninę Wetlińską, a z drugiej Tarnicę i Halicz, gdyż byliśmy niemal pośrodku nich. Szliśmy przez połoninę, która była szeroką górską łąką, po drodze przeszliśmy przez dwa pomniejsze szczyty, aż doszliśmy do skraju lasu, gdzie zjedliśmy drugie śniadanie. W drodze powrotnej przez połoninę ponownie podziwialiśmy górskie szczyty. Najgorsze było to, że musieliśmy zejść tym samym stromym szlakiem, którym wchodziliśmy. Okazało się, że nie było aż tak strasznie, a droga powrotna zajęła nam tylko godzinę. Po powrocie zjedliśmy ruskie pierogi.

27.09.2007 r.

Zamek w Lesku
Zamek w Lesku

Lesko – W Lesku znajduje się zamek, który chcieliśmy zobaczyć. Obecnie jest to hotel. Na szczęście można swobodnie spacerować się po jego terenie. Z elementów oryginalnego zamku zachowały się przypory, wieża bastejowa, portal, ale ogólnie jest on mocno przebudowany i nie robi aż takiego wrażenia. Na mapie wyczytaliśmy, że w Lesku znajduje się także synagoga. Bez większego trudu kierując się tylko „nosem”, znaleźliśmy to co chcieliśmy. Budynek jest okazały, posiada na ścianach inskrypcje pisane po żydowsku. Widać, że była to budowla obronna, a obecnie mieści się tu galeria.

Kamień Leski
Kamień Leski

Kamień Leski – Już z drogi widać potężną skałę. Bardzo wysoki ostaniec o podciętej przez kamieniołom podstawie, budzi podziw. Jest on dobrze widoczny dzięki temu, że powycinano część drzew. Na skałę można częściowo wejść i niemalże obejść ją dookoła.

Solina – Po zaparkowaniu samochodu na prywatnym parkingu, poszliśmy w kierunku tamy. Po drodze mijaliśmy budki z pamiątkami. Poczuliśmy się trochę jak w Zakopanem. Weszliśmy na zaporę, skąd rozpościerał się widok na Zalew Soliński oraz po drugiej stronie na elektrownię wodną. W wodzie pływały olbrzymie karpie. Chcieliśmy przejść do końca tamy, żeby dostać się na przystań, z której odpływają statki białej żeglugi w rejs po zalewie. Niestety trwał remont nawierzchni i przejście było niemożliwe.

Elektrowni na Zaporze solińskiej
Elektrowni na Zaporze solińskiej

Dowiedzieliśmy się jak dojechać do przystani, znaleźliśmy właściwe miejsce i poszliśmy dowiedzieć się czy mamy szansę popłynąć po Solinie. Okazało się, że za ponad godzinę statek popłynie. Pochodziliśmy sobie więc po tej stronie zalewu. Krótko przed rejsem kupiliśmy bilety i popłynęliśmy w 50-minutowy rejs. W czasie rejsu z głośników płynęła muzyka żeglarska uzupełniana co chwilę informacjami o zalewie i zaporze. Po drodze mijaliśmy wiele żaglówek, ośrodki oraz  przystanie.

Zalew soliński
Zalew soliński

Dodatkową atrakcją były ćwiczenia policji, która szkoliła się z ratowania ludzi z wody za pomocą helikoptera. Dopłynęliśmy do Wyspy Energetyków, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby zabrać grupę Niemców, którzy na wyspie mieli imprezkę.

Po powrocie pojechaliśmy na Słowację po zakupy. Już ucieszyliśmy się, że nie ma przejścia granicznego, a tu po słowackiej stronie wyszedł nam na przeciw pracownik służb granicznych, który zapytał nas czy jedziemy na długo, na co my odpowiedzieliśmy, że na chwilę. W Medzilaborce odszukaliśmy market, dokonaliśmy zakupu niezbędnych towarów (wiadomo jakich 😉 )  i wróciliśmy do kraju. Tym razem słowacki pogranicznik sprawdził nam paszporty i zapytał czy to powrót.

Potem szukaliśmy już tylko knajpki z jedzeniem. Trafiliśmy do skupu runa leśnego, który okazał się nowoczesną restauracją z rewelacyjnym daniem – półmisek dla dwojga. W teflonowej, prostokątnej  formie przyniesiono nam trzy rodzaje mięs z grilla, pieczonego oscypka, ziemniaki z rusztu oraz z ogniska i dwa rodzaje surówek, a do tego dwa sosy: czosnkowy i pomidorowy. Pyszne i do syta.

28.09.2007 r.

Zdziczała grusza w okolicy Krywego
Zdziczała grusza w okolicy Krywego

Krywe, Tworylne, Hulskie – Na ostatni dzień zostawiliśmy sobie szlak po wysiedlonych wsiach. Początkowo szlak wiódł starą drogą, a my mieliśmy problem, żeby znaleźć wieś Hulskie. Poszliśmy więc dalej w poszukiwaniu wsi Krywe. Po półtorej godzinie szlak odbił w las, a raczej w krzaki, co nam się nie spodobało, gdyż musieliśmy się przedzierać. W końcu wyszliśmy na drogę, aż do drogowskazu. Skręciliśmy w lewo na niebieską szlak. Idąc zaczęliśmy zauważać zdziczałe drzewa owocowe – jabłonie, śliwy, grusze. Owoce były tak malutkie, że z trudem rozpoznaliśmy co to jest.

Cerkiew w miejscowości Krywe
Cerkiew w miejscowości Krywe

W tym momencie uświadomiliśmy sobie, że drzewa owocowe rosną z reguły w pobliżu domostw i spojrzawszy pod nogi zobaczyliśmy pozostałości kamiennych podmurówek domów. Nic więcej nie zostało z osiemdziesięciu dwóch domów, które stały tu do 1947 r. Idąc dalej, doszliśmy do zrujnowanej cerkwi z dzwonnicą i cmentarza. Znajdowała się tam również tablica informacyjna, z której wyczytaliśmy o losach mieszkańców tej dawniej ponad pięćsetosobowej wsi. Zrobiło to na nas bardzo przygnębiające wrażenie. Jeszcze dalej napotkaliśmy ruiny dworu, z którego pozostały tylko trzy ściany.

Cmentarz w miejscowości Tworylne
Cmentarz w miejscowości Tworylne

W tym miejscu szlak się kończył, a drogowskaz wskazywał na wieś Tworylne, do której prowadziła nieoznakowana droga. Postanowiliśmy tam pójść. Pierwszą niespodzianką po drodze był strumień bez kładki. Nie był na tyle wąski, że można było go przeskoczyć, więc po zwalonym pniu udało nam się jakoś przejść i nie wkąpać się. Po chwili zobaczyliśmy ciekawy obrazek – samochód terenowy na środku Sanu. Na początku myśleliśmy, że nie może wyjechać, ale myliliśmy się. Pierwszy raz na żywo widzieliśmy jak samochód pokonuje rzekę i to z taką łatwością. Im dalej szliśmy, tym droga była bardziej błotnista. Niemal po kostki brodziliśmy w błocie. Czasami zastanawialiśmy się jak przejść, żeby nie ugrzęznąć. Dodatkowo mieliśmy wątpliwości czy aby na pewno idziemy dobrą drogą. Po godzinie dotarliśmy do miejsca, w którym ponownie zaczęliśmy odkrywać słabo widoczne ślady wsi. Było to Tworylne, z którego tak naprawdę pozostały cmentarze po dwóch stronach drogi. Kilkanaście nagrobków przypominało o losach mieszkańców. Ponownie poczuliśmy przygnębienie.

Cerkiew w miejscowości Hulskie
Cerkiew w miejscowości Hulskie

Wróciliśmy tą samą drogą, ponownie zmagając się z błotem i strumykami. W Krywem poszliśmy czerwoną ścieżką wiodącą bardzo długim podejściem pod górę. Byliśmy już bardzo zmęczeni, a do tego zaczął kropić deszcz. Gdy doszliśmy do miejsca, w którym powinna być wieś Hulskie zapytaliśmy leśnika o drogę. Bez trudu odnaleźliśmy ruiny cerkwi, dzwonnicy i kilka nagrobków. Wieś ta była bardzo stara, gdyż pochodziła z XVI w., a skończyła podobnie jak poprzednie.

Wracaliśmy w lekkiej mżawce, która po chwili przestała nas niepokoić. Chcieliśmy być jak najszybciej w samochodzie. Cały szlak zajął nam niemal 8 godzin. Krótko po wejściu do samochodu zaczęła się ulewa, która trwała do wieczora. Mieliśmy dużo szczęścia, że do samochodu wróciliśmy na czas. Tego dnia na obiad zjedliśmy naleśniki z jagodami polane sosem śmietanowym.

29.09.2007 r.

Powrót do domu zajął nam tylko dziewięć i pół godziny i obyło się bez pomyłek.

PODSUMOWANIE

Rewelacyjny wyjazd. Piękne góry podczas pięknej pory roku, no i wstrzeliliśmy się w idealną pogodę. Nie może być lepiej. Do tego bardzo wypoczęliśmy i zjedliśmy pyszne obiadki. Mieliśmy także okazję zapoznać się z odmienną kulturą i nie do końca chlubną historią tych ziem. Jest to miejsce, do którego na pewno kiedyś będziemy chcieli powrócić.